(ciąg dalszy fotek i notki z wycieczki po Irlandii,
początek tutaj)



W poniedziałek w Irlandii był dzień wolny (bank holiday), więc szybciutko z rańca, żeby choć trochę uniknąć spodziewanych tłumów, polecieliśmy w trasę, zygzakiem przez The Burren, krainę spękanego wapienia, obranego przez lodowiec z gleby (ok 60% powierzchni to skałki jak ze zdjęć); jak skomentował za Cromwella dowódca angielski
"kraina, w której nie ma w czym utopić człowieka, nie ma na czym powiesić człowieka i nie ma jak pochować człowieka". Ale bardzo malownicza, pełna megalitów, dziwnej geologii i jaskiń; niestety, mieliśmy tylko 2/3 dnia na to. Pogoda kontynuowała grymasy, rano lało momentami uczciwie, aż posiedzieliśmy w samochodzie trochę na parkingu przy dolmenie Poulnabrone ze zdjęcia.



Z serca Burren pociągnęliśmy na słynne
klify Moher, zaczęło się przejaśniać, zaczęły przewalać się wszędzie tłumy. Same klify bardzo ok, "lepsze" niż Grobla Giganta, chociaż "stonka turystyczna" była podobna, no ale skala tłumu wzg. 200m klifów inna niż wzg. kupki "trylinki". I w końcu zobaczyliśmy w naturze maskonury! (zawsze chcieliśmy, ale jakoś nigdy nie wybraliśmy się na odpowiednie wysepki czy klify, a te ptaszyska unikają łatwo dostępnych miejsc). Na skałkach Moher, poza "zasięgiem" ludzi ale "na widoku", mieszkają ich setki. Zaskoczenie - ptaszek mniejszy od mewy, klusek o gracji naziemnej oczko wyżej od pingwina, a lata bardzo sprawnie.



Z okolic Moher już bez pośpiechu ruszyliśmy do
jaskini Doolin (inaczej Pol an Ionain), jednej z paru jaskiń Burren dostępnych do w miarę łatwego zwiedzania, bodaj najciekawszej. "Łatwego" tzn. w małych grupach z przewodnikiem, zejście ok. 30m po schodach szybem w stylu kopalnianym, wbicie się w kask, potem kilkaset metrów korytarza, w którym trudno się minąć a kask bardzo się przydaje komuś mojego wzrostu. W nagrodę - wielka komora i wolnowiszący 7m stalaktyt (jeden z największych na świecie, największy w Europie) oraz trochę mniejszych formacji i komór, też efektownych. Prywatna komercjalizacja jaskini była i jest kontrowersyjna, ale co pewne, to - warto TO zobaczyć, a w tej formie może zwiedzić miejsce o kilka rzędów wielkości więcej ludzi, niż kiedy trzeba było pełznąć szczelinami w skale przez 600m do komory...



Z powodu moich marynistycznych zainteresowań zahaczyliśmy o Spanish Point, czyli jedno z wielu miejsc w Szkocji i Irlandii, gdzie rozbijały się okręty hiszpańskiej Wielkiej Armady usiłującej opłynąć Brytanię w 1588. W okolicy Spanish Point w hrabstwie Clare przez pewien czas próbowało chronić się kilka (sześć, może osiem) okrętów; Anglicy nie mieli czym ich atakować czy się bronić, ale pogoda nie pozwalała Hiszpanom na cokolwiek poza próbami pozyskania zapasów. W końcu okręty odpłynęły na południe, ale dwa galeony (
San Esteban i
San Marco) zniosło na skały i mielizny między Spanish Point a wysepką Mutton (na zdjęciach na horyzoncie za półwyspem). Okręty poszły w drzazgi, utonęło kilkuset Hiszpanów, wszystkich ocalałych i tak powieszono. Jeśli nawet kogoś marynistyka czy historia nie rusza, i tak warto miejsce zobaczyć; zatoki, skały, atakujący je Atlantyk - przepiękne.




Z wybrzeża Clare zrobiliśmy duży "skrót" do Waterford na południu wyspy, omijając mnóstwo atrakcji irlandzkich, np. cały pd.-zach. i piękne okolice Killarney (w założeniu, że piękną Szkocję to mamy u siebie, nie potrzebujemy irlandzkiej wersji) czy okolice Cork czy Limerick (w założeniu, że nie ma tam aż takich atrakcji). Z mijanych po drodze czy prawie po drodze zyliona zamków, zwiedziliśmy tylko Cahir Castle, bardzo duży i dobrze zachowany zamek na skalnej wyspie na rzece, obecnie w środku miasteczka Cahir. Warto było, może trochę "surowo" i wyposażenie symboliczne, ale architektura fajna i większość budynków z dachami, oknami, dostępna, a nie - typowe szkocko-irlandzkie ruiny. Z ciekawych detali, kołowrót bramy (bodaj oryginalny), z wielokrążkami itp., kiedyś przy przebudowie przeniesiony znad bramy "w kąt", przetrwał w rzeczonym kącie.
Zmęczenie zaczęło nas dopadać, pogoda zaczęła znowu się psuć - odpuściliśmy sobie zygzaki przez górki na pd. od Cahir czy efektowny zamek Cashel. Hotel w Waterford wydał się nagle najciekawszym miejscem do zwiedzenia w całej Irlandii.
(kiedyś nastąpi ciąg dalszy, niestety -
motzno opóźniony, ale nastąpił)