Podsumowanie urlopu zeszłotygodniowego, a głównie - wycieczki okrężnej po Irlandii. Miała być prosta notka, ale ponieważ straszliwie mi spuchła i zmęczyłem się, chyba będą ze trzy notki, czyli: wstęp plus ze dwa dni trasy, potem kolejne dwa, na zakończenie ostatki oraz refleksje i wydumki.
Po pierwsze primo, dawno nie miałem urlopu typu urlop z dużą wycieczką, ale nie "biznesową" do Polski, tylko ot tak; poza wymuszonymi urlopami bożonarodzeniowymi (bo poprzednia i obecna firma się zamyka na święta) spędzanymi w domu, nic podobnego mi się nie zdarzyło od lat. Weekendów czy jednodniówek było oczywiście od groma, ale żeby 5 dni wycieczki na luzie, nie w pracy? Jakoś nie przypominam sobie, może było coś w poprzedniej dekadzie, albo w poprzednim wieku raczej.
Po drugie primo - dlaczego Irlandia, kiedy w podobnej cenie mogłaby być Hiszpania, Włochy czy Grecja? Bo ponieważ ale o. Lubimy mem zwany "Irlandią", nie byliśmy jeszcze (tj. byłem raz, dwa dni na szybkiego, w robocie), była dawno obiecana w kontekście zabytków neolitycznych itd.
Po trzecie primo, szczegóły techniczne - pojechaliśmy naszym wozem, ergo promem do Irlandii i z powrotem. Przystań kawałek od nas (ok. 150km, okolice Stranraer), za to jest blisko po wodzie (2h zaledwie), no i jest w cholerę drogo, bodaj czy nie przez brak dopłat na liniach NI/IE - UK/SCO. Ale wygoda, niski koszt i święty spokój ujeżdżania własnego lexusa wygrały w porównaniu z nieco tańszym lataniem i badziewnym pożyczakiem na parę dni. Noclegi były po hotelach i B&B ze średniej półki.
No to płyniemy (sobota rano):

Po drodze na poranny prom udało się w końcu (bo przejeżdżałem parę razy obok, ale jakoś zawsze w pośpiechu) zahaczyć o unikalny pomnik ciekawego okrętu z przełomu XIX i XXw, rosyjskiego krążownika
Wariag. Na zdjęciu to tablica, kotwica i widoczek na przymgloną
Ailsa Craig, właściwy pomnik
jest znacznie bardziej okazały. Unikalny, bo to zdaje się jedyny (a na pewno pierwszy) rosyjski pomnik militarny na ziemi brytyjskiej, na ogół znajduje się tu pomniki "wprost przeciwne", że tak powiem. A o historii
Wariaga może będzie notka kiedyś.

"Wyścig" poranny promów średniego kalibru. Płynęliśmy P&O do Larne, bliźniak na pierwszym planie płynął z Larne w Irlandii, a ścigaliśmy się nieco ze Stena Line (w głębi) płynącą z tej samej zatoki co my, ale nieco bardziej na południe, do Belfastu.


Pierwszym punktem w Irlandii Północnej, nieco "przelotowym", były miasteczko Ballymena i wioska Gracehill. Balymena naprawdę w przelocie, tak tylko, żeby zobaczyć gdzie się wychował
Liam Neeson, a Gracehill nieco "bardziej", gdyż jest to wioska założona w 1746r. przez misję
braci morawskich, frakcję protestancką wywodzącą się z braci czeskich, wywodzących się od protestantów i anabaptystów z XVIw., a jak poskrobać głębiej, to i od husytów. Trza było to zobaczyć w wersji irlandzkiej, wioska jest całkiem normalna, tylko architektura i ludzie "nieco inni". Nas też zauważono (akurat czyn społeczno-ogrodniczy się odbywał), zagadano, chciano otworzyć i pokazać kościół, ale wymówiliśmy się, bo trzeba było pruć dalej.


Pierwsze klify zielonej wyspy, bardzo ładne. Oraz pogoda zaczęła się poprawiać (przez poprzedni tydzień ciurkiem lało w Szkocji i w Irlandii, wycieczka zapowiadała się mokrą makabrą). Wyjechaliśmy na turystyczną nadbrzeżną trasę północną (Causeway's Coast Road) w miasteczku Ballycastle z dwu powodów - żeby zobaczyć Szkocję z tej strony (pasek za klifem to półwysep Kintyre z miasteczkiem Campbeltown, dosyć odległe zakamarki beskidu szkockiego, ale byliśmy i tam) oraz chciałem zobaczyć miejsce gdzie cwaniak Marconi zaczął kręcić pierwsze lody z Lloydem (1898, pierwsze komercyjne łącze radiowe dla Lloyda z wyspą Rathlin, w zasięgu wzroku, ale jednak); potem poszło już z górki, to był taki moment dla Marconiego i jego biznesów radiowych, jak Altair BASIC wystrugany przez Billa Gatesa dla Microsoftu itp.


"Schody Giganta", czyli znany cud natury i mitologii irlandzkiej,
bazalt spękany w charakterystyczne kolumny. Rozczarowanie, bodaj największe z całej wycieczki. Miejsce skomercjalizowane, właściwa formacja skalna znacznie mniejsza i mniej efektowna niż na filmach czy w wyobrażeniach, na dodatek wszystko grubo pokryte stonką turystyczną. Natura oczywiście jest spoko, zatoki, klify, bazalt w normie, ale cała reszta be.

Przypadkowa wizyta w gorzelni Bushmills - źle skręciłem we wsi, przyszło zawrócić, za drugim przejazdem przed malowniczym obiektem postanowiliśmy go jednak nieco zwiedzić. Bardzo sympatycznie, bardzo porządnie, jedna z najfajniejszych gorzelni jakie widzieliśmy, powiedzmy top 5 (a widzieliśmy kilkadziesiąt).



Jedna z najfajniejszych niespodzianek wycieczki - ruiny zamku Dunluce i okolica. Powiedzmy, zamków opatrzyliśmy się przez ostatnie lata na pęczki, na szkockich nadmorskich skałach też - tutaj skądinąd zamek jest w gruncie rzecz też jakby szkocki, ale wkoło jest inny poziom piękna i dobra, szczególniej kiedy słońce zaczęło się przebijać. A przy tym niewielka ilość turystów, względny spokój. Historia miejsca i okolicy też dosyć ciekawa. Poleca się.




Zabytki po lordzie Bristol, barwnej postaci "the Earl-Bishop (smallprint: agnostic)" z końca XVIIIw.; niektóre zabytki same w sobie kontrowersyjne, jak ta
spora rotunda, postawiona dla i na cześć kuzynki lorda, po jej młodej śmierci - jako jej mauzoleum. O ich stosunkach, plotkach itd. można książkę napisać, o bogatym życiu bogatego ekscentrycznego lorda Bristol chyba parę napisano (ciekawostka - od jego wypraw po Europie czasem wywodzi się pojęcie "Hotel Bristol"). Założenie odnowionej przez lorda
posiadłości Downhill bardzo ładne, rotunda na klifie, na wzór rzymskich, też fajna; okolice (w tym dawny ogród) bardzo spoko. Oczywista refleksja - niezwykłe, jak szybko może popaść w ruinę dowolnie wielki (ale wielki raczej tylko rozmiarem) zabytek. Oraz - warto było odwiedzić Downhill i Mussenden Temple.


Na koniec dnia - Derry / Londonderry, czyli nieco większe miasto Irlandii Północnej. Podobno stolica kultury i subkultury (fenomenalne murale wszędzie) i "młodzieżowego życia", cokolwiek to znaczy. Wrażenie raczej ponure i że się ludzie i miasto czają; po wsiach i trasach turystycznych trochę się zapomina, że to jest kraina kruchego rozejmu, ale niekoniecznie szczęścia i pokoju. W Derry od razu się przypomina, może nie jest to Belfast, ale prawie. Z historycznych rzeczy - nie udało nam się dojechać do byłych koszar (przez wieki) i bazy wojskowej (z 2WŚ), remonty i chore objazdy nas wyrzuciły. Za to obeszliśmy połówkę zachowanego kompletnego muru bastionowego starego miasta (sporego), zaprojektowanego i wybudowanego przez londyńskie gildie i obsadzonego głównie przez fanatycznych Szkotów w czasach "kolonizacji Ulsteru" w początku XVIIw. No nie da się nie zauważyć, że była to twierdza-miasto zwrócona przeciwko irlandzkiemu miastu i wsi na zewnątrz. BTW przetrwało parę oblężeń i nigdy nie zostało zdobyte, czyli projekt był ok.
Po Derry pojechaliśmy do miłego bed&breakfast (zrobionego z "zapasowego" domu na sporej posiadłości-farmie), kawałeczek w stronę granicy Irlandii, ale jeszcze po stronie UK. Dzień drugi (niedziela):




Kawałek za niewidzialną granicą UK-IRL znaleźliśmy na zupełnych zadupiach wiejskich wczesnośredniowieczny zrekonstruowany "fort"
Grianan of Aileach i piękne widoki na tereny Donegal (choć w przelotnych deszczach). W cudzysłowie fort, bo to raczej była efektowna siedziba króla Aileach (króla też w cudzysłowie, bo ci wszyscy "królowie" irlandzcy czy szkoccy to tak bliżej szefów klanów czy malutkich książąt się mieścili), niż miejsce obronne. Fort został rozpieprzony przez jakiegoś konkurencyjnego królika w 1101r., reszta historyjek o wczesnochrześcijańskim Aileach jest raczej niepewna. Ale za to miejscówka piękna, łatwo zrozumieć, czemu se taką szefu wybrał na symboliczną i efekciarską siedzibę (widział z góry swoją krainę, a fort poddani też widzieli doskonale). I rekonstrukcja zaskakująco fajna (szczególniej jak na XIXw podejście do rekonstruowania różności).



Przez tereny przypominające Szkocję klasy B (i bardziej zaludnioną) polecieliśmy na południe, do miasteczka Donegal, dawnej stolicy prowincji, hrabstwa oraz półwyspu o tej samej nazwie. W miasteczku dopadł nas deszcz, ale połaziliśmy troszkę - miejsce jest mocno turystyczne i na bogato, akurat z hoteli wysypywał się poranny miot gości, np. sporo Niemców. Naszym głównym celem był zamek Donegal, częściowo w ruinie (jak na zdjęciu - technicznie ciekawe resztki oficyny gościnnej, widać jak kominki stawiano), ale główny "stołb" oszklony, zamknięty, odrestaurowany, nieco wyposażony. Stany średnie na naszym zamkometrze, no może ta więźba sali górnej, ponad hallem, była ciekawsza niż typowa.




Czasowo niedziela była najbardziej napięta i najdłuższy odcinek jazdy, ale że między Donegal a Sligo wydawało się, że mamy jakiś zapas, wpadliśmy na cel zapasowy, czyli półwysep z wioską Mullaghmore, ładny kurorcik z ładną mariną i widokami na płaskowyżowe górki na granicy hrabstw Sligo i Leitrim, i na odległe Donegal. Ale prawdziwa perełka jest za wioską, to punkty widokowe na północ, od strony Atlantyku. Fajne krajobrazy dodatkowo wypunktowane przez zamek nad skałami. Zamek był do czasów współczesnych prywatną rezydencją, obecnie to chyba bardzo ekskluzywny hotel i spa, nazywa się teraz, proszę odstawić płyny, Mirador del Castillo.




Sligo jest sporym i ładnym miasteczkiem, ale mieliśmy czas tylko na danie główne - ruiny klasztoru dominikańskiego z XIIIw. Ruiny bardzo malownicze i w zaskakująco dobrym stanie, jak na tutejsze warunki - inna spawa, że odrestaurowane już w XIXw. Dużo unikalnych gratów przetrwało w Sligo Abbey; w naprawdę nielicznych rozpadających się i rozbieranych przez wieki kościołach i klasztorach zostały wieże, czy krużganki, czy oryginalny ołtarz. A tu proszę. Dla miłośników średniowiecza i architektury z epoki - warto.




Jednym z dwu głównych motywów przewodnich wycieczki były zabytki neolityczne (czy ogólniej, sprzed epoki brązu; drugim motywem były zabytki średniowieczne, zamki, Wikingowie, Normanowie, itp), stąd zaraz za Sligo wpadliśmy do
Carrowmore Cemetery, czyli sporego cmentarzyska neolitycznego, cirka 3700-3000pne. Teren hrabstwa Sligo jest ogólnie usiany dolmenami, kurhanami i menhirami bardziej niż syta kasza skwarkami, ale "cmentarz" Carrowmore to pewne spiętrzenie w temacie; poza coś koło pół km kwadratowego terenu z kółkami menhirów, grobów i centralnym kurhanem z dolmenem, na górkach w koło jest sporo okazałych kurhanów, "patrzących" z oddali. Ogólnie, mamy lekkiego hyzia (ja nieco bardziej historycznie i historiozoficznie, żona - artystycznie i historiozoficznie) na cywilizacje i zabytki sprzed epoki żelaza, im starsze tym lepiej, tylko się z tym ukrywamy. Stąd w Carrowmore było dla nas prze-fajnie, choć zaczęło wiać i pogoda ze zmiennej zaczęła się robić wredna.





Po Carrowmore pocięliśmy prędziutko (bo zaczęło się robić późno, nie sztuka odbić się od zamkniętego obiektu) na północ do
Céide Fields, czyli następnego wielkiego zabytku neolitycznego. Céide Fields są cholernie ważne, bo to może i niezbyt efektowne pola i ślady chałup, ale a) z około 3500pne b) POLA, bodaj najstarsze udowodnione pola NA ŚWIECIE, wykarczowane w ówczesnym lesie przez sporą grupę ludzi, hodujących bydło, uprawiających pola, produkujących różne graty c) na zadupiu hrabstwa Mayo i krańcu świata przykryło je coś ze 2m torfu, więc nikt tych pozostałości nie rozbierał i nie restaurował przez tysiąclecia, odkryto je przypadkiem w 1930 d) pod torfem przetrwały rzeczy, które nigdzie indziej nie przetrwały. Bonusowo - bardzo ładne centrum informacji turystycznej (BTW polskie terminy z trudem oddają sens i wielkość niektórych "visitor center") oraz przepiękne klify w okolicy. Minus - no naprawdę zaczęło pizgać złem z zachodu oraz nieco deszczyć na dokładkę.
Z Céide Fields polecieliśmy z powrotem na południe, bo na objazd Mayo potrzebowalibyśmy dodatkowy dzień. Pogoda skwaśniała, ładne okolice Lough Conn obejrzeliśmy sobie przez szybę samochodu. Z Castlebar odbiliśmy kontrolnie na Westport, bo miało być kółeczko od zatoki Clew Bay i Westport wkoło górek od zachodu, przez beskid irlandzki do Galway - ale w Westport mieliśmy już tylko ścianę ulewy przed sobą, oraz zrobiło się zdecydowanie późno. Stąd ścięliśmy temat bez większego żalu (no może poza widoczkami Clew Bay), bo nie takie szkocje mamy za wsią, i polecieliśmy prosto w okolice Galway, na spotkanie ze szwagierstwem, mieszkającym od ponad dekady w Irlandii. Po krótkim spotkaniu, m.in. połączonym z tradycyjną staropolską wymianą butelek (Glengoyne vs. Bushmills), nocą głuchą okrążyliśmy zatokę Galway na południe, z przeprosinami dla czekającej na nas właścicielki B&B w Ballyvaughan.
(ciąg dalszy jak gdzieś ukopię siły i chęci -
nastąpił)