Ponieważ "gruba" notka w tle się pisze, ale nie chce się skończyć i nie zdążyłem z nią na piątek trzynastego, coś małego w międzyczasie:
Różnice w bogatszym, "zachodnim" świecie między epoką czy "wiekiem" inżynierii (powiedzmy mniej-więcej od końca XVIIIw. a późnym XXw.) a obecną gdzieś tak od lat '70-'80, a teraz w rozkwicie, epoką wyuczonej bezradności, definiuje stosunek do centralnego problemu "inżynierii" czy kreatywności, tj. stosunek do sytuacji zastanej, różnej od oczekiwań, wymagań, potrzeb podmiotu. Mam na myśli sytuacje materialne, ale można to chyba rozszerzyć na socjologię też.
Poprzednio normalnym stanem przeciętnych ludzi w obliczu "problemu" były próby mniej czy bardziej świadomego, mniej czy bardziej upartego i "profesjonalnego" jego rozwiązania, tj. uzgodnienia rzeczywistości z jej ideą w umyśle. Z mniejszym czy większym sukcesem.
Obecnie normalnym stanem przeciętnych ludzi w obliczu "niezgodności", jest błyskawiczne "poddanie się" umysłu wobec "problemu", poddanie się w najróżniejszej formie, od wyparcia (nie ma żadnego problemu), przez dostosowanie (spoko dam radę z tym żyć) po ucieczkę (do nowych zabawek, miejsc, ludzi, etc.). Plus odreagowanie bezradności i frustracji, wiodących do gniewu, narzekaniem i wspieraniem się wzajemnym w narzekaniach, a nie rozwiązaniach.
Ponieważ mentalnie należę bardzo mocno do dawnego świata, jest mi dość trudno pojąć nowoczesnych ludzi en masse, których spotykam w pracy, internetach, itd itp. Nie rozumiem, jak można nawet nie próbować rozwiązać samodzielnie (oczywiście z pomocą całej dostepnej obecnie w paru klikach wiedzy), "fizycznie", "inżyniersko" problemu, który ewidentnie komuś przeszkadza i nie wygląda na problem reaktora nuklearnego czy leku na raka. Jeszcze mniej rozumiem wylewanie frustracji z problemu i z bezradności (przy braku prób jego rozwiązania), w internetach albo i tradycyjnie "offline", twarzą w twarz.
Rozważania sponsorują najróżniejsze akcje związane z naszymi i nie tylko naszymi używanymi samochodami, jakieś fora samochodowe itp., ale też akcje w pracy i okolicy, itp. I wydaje mi się, że jest coraz gorzej z tym w tzw. I świecie (tj. wśród ludzi starszych ode mnie odsetek "bezradnych" był jeszcze niższy niż w moim pokoleniu, w pokoleniach młodszych i najmłodszych wydaje się znacznie wyższy).
(Oczywiście, można by wypisać tu zylion anegdot w temacie, ale nie chce mi się i szkoda czasu, ew. możemy się w komciach poprzerzucać)
Co do przyczyn, nie mam wyraźnego zdania, może to konsumpcjonizm, może hedonizm, może "bezpieczne wychowanie" (nie mówię że "bezstresowe"), może życie zbyt łatwo i należycie płynie na co dzień rzeszom ludzi, może braki edukacji i przykładu, może marketing "profesjonalizmu" miesza im w główkach od małego, a może wszystko na raz. Należałby zapewne dokładniej zbadać przyczyny, żeby zastanowić się nad rozwiązaniami dla następnych pokoleń - oczywiście, pod warunkiem, że w ogóle "jest problem" i że należy w obecnych czy przyszłych ludziach coś zmienić. Bo może w bezpiecznie konsumpcyjnym świecie "mli-mli" (Lem, "Powrót z gwiazd") zdolności i podejścia "dawniejsze" już większości nie są porzebne, tak naprawdę.
Interesujące jest też inne zagadnienie - skoro taki ze mnie hohoho "naturalny inżynier", to czemu narzekam na problem w notce na blogu, zamiast brać się za jego rozwiązanie. Wolę myśleć, że to dlatego, że socjologia czy edukacja to nie moja działka i "nie moje porno", a nie, że wyuczono mnie / wyuczyłem się bezradności w tych zakresach.