Po 6 latach
komputełek-mediacenter nam się zestarzał i postawiono na wokandzie temat jego unowocześnienia.
Na szybkiego zamówiłem pierwszą z brzegu płytę miniITX, w miarę świeżą i w miarę wydajną, w założeniach jak poprzednia (bezgłośna, na Intelu, w rezerwie wyjście optyką). Nie bardzo mi się podobało, że akurat padło na
ASrocka J4105, jakoś zawsze wolałem Asusy czy Gigabyte, ale przecież w końcu każdy nauczy się robić płyty główne, nieprawdaż. Ale rzeczona kusiła na przyszłość wsparciem wideo 4K, dźwiękiem 7.1 itd. itp. w cenie, więc czemu nie.
Fizycznie płyta (plus nowa pamięć oczywiście) wyglądała bardzo ładnie, wymiana ze starą 1:1, wstała spoko, okazała nowoczesne UEFI zamiast BIOSu, różne ficzery, szmery, bajery, nawet dyski.
Czego nie pokazała, to jakiegokolwiek bootowalnego dysku. Gdyż należy czytać drobny druczek (no dobra, po prostu gdzieś tam w tekście opisu na 4 stronie), że płyta bootuje się WYŁĄCZNIE z Windows 10 ew. z linuxami.
Ponieważ jeszcze tydzień temu tak gigantyczna głupota nie przyszłaby mi do głowy, zostałem nieco zaskoczony. Ale jak to mówią "trzeba było uważać", także na zjebane pomysły nowoczesnej infor..., nie, może jednak nie wycierajmy sobie mordy informatyką; trzeba było uważać na zjebane pomysły ludzi produkujących komputery i systemy operacyjne.
Ponieważ Win10 mam dość w pracy i nie chcę oglądać go w domu (voice mode
Vincent Vega) "on general principle", a odsyłać płyty też mi się nie chce, stwierdziłem, że może dam szansę jakiemuś distro linuxa, w końcu każdy nauczy się robić systemu operacyjne, nieprawdaż. A linux AD2018 do muzy, filmów i przeglądania internetu też chyba się już nadaje.
Zaciągnąłem jakieś najnowsze Ubuntu, zrobiłem se pendrajwa (bo do zaorania oryginalnego bootującego SSD z Win7 jeszcze nie jestem przekonany), Ubuntu zbootowało się i wstało. Po niejakiej rozkminie (bo wszystkie moje w miarę nowożytne próby z linuxem były na KDE a nie gnome, i daaawno temu) wyszło, że jakoś to działa, i może się nadaje do multimediów. Oczywiście, jak się zrobi z tego wersję porządną i dociągnie parę rzeczy, bo out-of-the-box jest tak sobie.
Niech będzie, w końcu urok linuxa nigdy nie leżał w tym, że nadawał się do czegokolwiek out-of-the-box, więc zacząłem zabawy z instalacją "jak trzeba", a nie testami z obrazu itp. No powiem tak, zajęło to już ze dwa czy trzy dni (znaczy, nie to, że siedzę nad tym, ale gdzieś tam w tle się kompilują jądra czy komputełek se robi jakieś czary mary) i np. właśnie przed chwilą wypierdolił się do góry kołami instalator, tym razem w wersji OEM i max uproszczonej, zdaje się już przy podziale docelowego dysku na partycje. Poprzednio ze dwa razy nawet przeszedł full wypasione kopiowania, instalacje, kompilacje, debilacje, co najwyżej zajmowały mu 8 czy 10h, tyle, że zaraz wypierdalał się do góry kołami przy pierwszych bootowaniach, aż do poziomu rozpieprzenia systemu plików i kernel panic.
Dam mu jeszcze jedną-dwie szanse, może. Ale jakoś nie jestem przekonany, że te Ubuntu 18 jest jakąkolwiek konkurencją normalnego systemu operacyjnego.
Morały z sytuacji są generalnie dwa:
Czytać drobny druczek przy hardware, bo nawet jak wam się wydaje, że coś jest betonową podstawą podstaw IT (jak rozdzielenie warstwy sprzętowej od warstwy OS), to nie takie rzeczy nowoczesne "IT" potrafi zdemontować i "ulepszyć".
Instalowanie nowoczesnego linuxa vs. nowoczesny hardware wygląda mniej więcej jak Win95 vs. pierwsze pentiumy MMX, czyli gdzieś tak koniec roku 1996.
I to jest chyba najogólniejsza konkluzja - wydawałoby się, że po 22 latach postęp w tematach "IT dla ludu na desktopie" powinien być totalnie kolosalny i kolosalnie totalny. Tylko, że k... jakoś nie jest.