(Uwaga organizacyjna - linki w notce prowadzą do tubek, które wymagają wysokiej klasy słuchawek albo kolumn głośnikowych zdolnych przesuwać ściany i małe samochody. Inaczej trudno jest pojąć o co idzie.)
Obiegowe opinie i stereotypy mówią, że Afryka ma bębny we krwi, co potem rozniosło się globalnie na cały świat, przez Karaiby, Ameryki, itd. Dla mnie zawsze to było dziwne, bo jednak najbardziej żywe i ogniste bębny i perkusje i idiofony, i wyczucie proporcji dla walenia w tam-tamy i "przeszkadzajek" wzg. muzy mają Japończycy. A nawet jak walą w syntezatory, to słychać to wciąż i wciąż.
Na przykład Yoko Kanno, znana raczej z delikatnych muzyczek filmowych/anime, no może czasem z nieco ostrzejszych synkretycznych, potrafi wokół perkusji, przeszkadzajek i szczątkowego basu zbudować cały podkład pod genialny wokal (spróbujcie w głowie odjąć Origę)
Podobnie, a nawet bardziej jest w "Rise":
Jeśli bas wymienić na dzwony, a przeszkadzajki elektroniczne na idiofony to może wam powyższe zagrać banda mnichów plus chór plus paru gości wyrobionych na taiko, mogą być np. ci
Skądinąd widziałem ori występ taiko, nie zawodowców jeżdżących po świecie po salach koncertowych, ale grupę półzawodową grającą w świątyni w Tokio
Wtedy dopiero zrozumiałem siłę tego przekazu. Oczywiście w zrozumieniu pomogło nieco odczucie bębnów przez stopy (kamienny dziedziniec...) i przeponą - jak się rozejrzałem, to okazało się, że stoję z aparatem na pustawym placu, bo tłum przezornie cofnął się 10m za moje plecy.
I oni potrafią te swoje bębny i idiofony sensownie dołożyć do wszystkiego, co cudnie widać w tubce
podrzuconej przez WO:
Oczywiście, wszyscy powyższe znają w kontekście "Kill Bill" (a jeśli nie znają, cóż, niech poznają), ale ja np. niezbyt przepadam za gitarami, rockiem, solówkami, nawet w wersji japońskiej, więc normalnie Hotei mnie nie zwilża - jednak ta koncertówka, z zestawem TRZECH perkusji, i to TAKIM zestawem robi mi zdecydowanie dobrze i masuje mi czarną duszyczkę.
W moim chorym światku chyba tylko jeden kawałek przebija powyższy w kategorii "wrzućmy do blendera japońskie bębny i idiofony i tradycję, razem z zachodnią muzą, i zobaczymy co dobrego wyjdzie" (minor spoiler do "Zatoichi"!)
Za tego "Zatoichiego" Kitano ma spory posąg (kolejny) w mojej świątyni filmu, za wstawki muzyczno-przeszkadzajkowo-stepująco-taneczne, no, ma ołtarz w nawie bocznej - ale za finałowe sceny, szczególniej muzę (to wejście blachy na taiko!!!) chyba muszę mu oddzielną katedrę postawić.