Nieraz beznadziejnie tonę w rozważaniach na ile to, co mamy za unikalne, niezwykłe, przełomowe jest takie „obiektywnie” a na ile tylko „w oku patrzącego” - od zwykłego świadka, przez badaczy, po naukowców, czyli na skrzyżowaniu antropocentrycznego rozpoznawania wzorców z prawami wielkich liczb (a kto nie czytał „Kataru” Lema, idzie do kącika wstydzić się i przeczytać szybciutko).
W rozważaniach o historii, szczególniej wojennej, czy w szczególe wojenno-morskiej, robi się z każdym krokiem trudniej, bo ani historia nie jest jakoś szczególnie naukowa czy „obiektywna”; a wojen to już w ogóle, plus jeszcze większe emocje i propaganda; a morska dodatkowo – bywa mało świadków i świadectw, bo np. mało kto przeżył, ci co przeżyli g... widzieli, a „dowody” leżą na dnie w bliżej nieznanym miejscu.
Stąd czasem trudno powiedzieć, czy bohaterowie zostali bohaterami, bo rzeczywiście zrobili coś „above and beyond the call of duty” (obecne kryterium amerykańskiego Medal of Honour itp.), czy przypisała im to usłużnie propaganda, czy może wcale nie jesteśmy z głębi wygodnych foteli ocenić po dekadach, jak było „naprawdę”.
Po przydługim wstępie, przejdźmy do rzeczy – czyli Ubooty będą. Każdy fan historii wojenno-morskich właśnie się ocknął i sprawdza, czy „Das Boot (director’s cut)” nadal stoi na półce, i czy pamięta biografię K. Doenitza na wyrywki, no i zadaje sobie pytanie, o którym okręcie czy konwoju atlantyckim będę snuł.
A niedoczekanie wasze – cofniemy się tam, gdzie "Das Boot" z II wojny światowej był prawie fantastyką naukową, a przynajmniej wygodnym komfortowym transatlatykiem, w porównaniu. Czyli witamy na pokładzie pierwszej jakoś tam w praktyce działającej niemieckiej łodzi podwodnej, U-9 (czyli pierwszej łódki z trzeciej serii, pierwsza seria była raczej badawcza, druga ekhm, dopiero od serii 4 szt. zaczętej U-9 rozwija się historia Uboota na serio).

Unterseeboot z 1910 miał 57m długości i 6 szerokości, ale kadłub ciśnieniowy - wewnętrzny zaledwie 48m długi i średnicy 3.6m. Może rozejrzyjcie się w koło, i znajdźcie jakiś niezbyt szeroki pokój 4m, potem wyobraźcie sobie, że jest długi na kilka domów – ale nadal ma powierzchnię jak większego mieszkania, lub małego domku. I na tej powierzchni trzeba zmieścić silniki spalinowe i elektryczne o mocy tysięcy koni mechanicznych, baterie, osprzęt, torpedy, zapasy techniczne, no i gdzieś upchnąć 29 ludzi, z ich pracą, bytowaniem i zapasami żywności.
Trochę mi słabo, jak tylko o tym czytam czy obrazki oglądam.
Łódka jest zdolna do zanurzenia się na jakieś 50m zaledwie, w niezbyt imponującym tempie. Jej prędkość na powierzchni to żałosne 14 węzłów (czyli tyle, co byle parowca z epoki), pod wodą dostojne 8 węzłów. Ma silniki spalinowe dwusuwowe na naftę, wymagające w położeniu nawodnym postawienia komina klasy „rura od piecyka”, z którego dym, przy dobrej pogodzie, widać z pierdyliarda mil. Przed zanurzeniem trzeba rurę złożyć oczywiście i zabezpieczyć wydech i inne włazy.
Kadłub jest nieizolowany termicznie i nie ma sensownej wentylacji, poza minimum wymaganym dla bezpieczeństwa wybuchowego baterii elektrycznej (produkującej odpadowy wodór), więc jest to jakby pieczara czy piwnica, zawsze wilgotna i gorąca od silników itp., ale z temperaturą ścian rzędu paru stopni, więc z ciągłym skraplaniem się wody na wszelkich powierzchniach zewnętrznych (i to się akurat nie zmieniło gdzieś do końca II wojny bodajże). I zagrażająca pożarem paliwa, wybuchem wodoru albo wyduszeniem wszystkich chlorem (przy ew. zalaniu baterii wodą morską) – do wyboru do koloru.
Przejdźmy się po U-9 od dziobu – na przodzie są dwie wyrzutnie torped 450mm, plus dwie zapasowe torpedy. Za nimi „kajuta” dwu podoficerów, nawigacyjnego i maszynisty, wyjątkowo zimna i mokra. „Kajuta” bo są to ich łóżeczka i niewiele więcej. Następnie mamy „kajutę” dowódcy, czyli łóżko i szafkę, na biurko itp. ekstrawagancje nie znalazło się miejsce.
Żeby przeładować torpedy zapasowe do wyrzutni, trzeba całość „kajut” podoficerów i kapitana, łącznie z łóżkami i szafką upchnąć gdzieś w tylnej części okrętu, w kabinach pozostałych oficerów itp. czyli z trudem skompresować się bezstratnie, bo ani przejść ani miejsca z tyłu w nadmiarze nie ma.
„Kajuta” oficerska jest następna – łóżeczka szefa-mechanika i pierwszego oficera rozdziela przejście, no bo to już „zapracowana” część okrętu. Żeby spać w takim łóżku np. pierwszego oficera, wymagane jest obycie i „pewna finezja” - łóżko jest za krótkie, żeby spać na plecach; trzeba się dobrze zaklinować na boku między wręgą a szafką, żeby nie wypaść przy kołysaniu; no i trzeba uważać, co się robi ze stopami, gdyż w nogach jest skrzynka bezpieczników z której wiecznie spada pokrywka i łatwo w nie wsadzić stopę i zrobić zwarcie. Oczywiście, wszystkim w czasie snu przeszkadza kapiąca na twarz woda, skraplająca się wszędzie powyżej. Tudzież wszędzie śpi się na bateriach - kwasiakach, grożących wybuchem wodoru, ale to już zdaje się wisieć całej załodze kalafiorem...
„Kajuta” oficerska jest też mesą – to akurat wygląda jak w serialu „Das Boot”, czyli może i kapitan z oficerami mogą se zjeść posiłek jak w kamperze, ale jeśli ktoś przechodzi środkiem, trzeba złożyć stoliczek itd.
Dalej za wręgą wodoszczelną jest przedział załogi, z elektryczną kuchenką z piekarnikiem, wiecznie grożącą zwarciem. Wydawanie z niej 100 posiłków na dobę jest czystą SF, więc przeważnie na powierzchni używa się na pokładzie kuchenki turystycznej „heavy duty”, w typie powszechnym na norweskich trawlerach itp. działającej nawet przy silnym wietrze.
W ogóle żywność jest na początku patrolu upchnięta wszędzie gdzie się da, w każdej wolnej przestrzeni, łącznie z toaletą itp. I w warunkach technologii 1914 i w wilgotnej piwnicy jw. psuje się błyskawicznie.
Załoga ma do dyspozycji parę łóżeczek, plus trochę hamaków, śpią, oczywiście, na zmiany. Za pomieszczeniem załogi jest przedział sterowania, potem przedział wentylatorów, kompresorów itp. do zanurzania i balastowania okrętu. W jego rogu jest toaleta, oddzielona parawanem; jak powiedział nasz człowiek na Ubocie – kiedy ją pierwszy raz zobaczył, zrozumiał, czemu doświadczeni koledzy zalecali opium w sporych dawkach (laudanum, ówczesny lek przeciwbiegunkowy), przed każdym patrolem dłuższym niż 12h...
Potem mamy maszynownię, z 4 silnikami na naftę (której smród, pomieszany ze spalinami, przenika cały okręt, bo nafta na łodzi ma swoje własne prawa, co tak pięknie opisał J.K. Jerome w „Trzech panach w łódce”), i 2 silniko-generatorami i 2 silnikami elektrycznymi. Wszystko tworzy dwa zestawy napędzające dwie śruby.
Za maszynownią są dwie załadowane wyrzutnie torped, bez zapasowych.
Wróćmy na „mostek” – w wieży jest przedział dowodzenia, mieszczący trzech ludzi (dowódcę, pierwszego oficera i sternika), dwa peryskopy, dwa „pianina” z 24 dźwigniami każde do kontroli zbiorników balastowych na obu burtach, trochę zegarów i wskaźników i zaworów, elektryczne stery głębokości, rury głosowe, no i urządzenia do odpalania torped.

Wygląda to wszystko trochę podobnie jak widywane po okrętach muzealnych z IIWŚ czy z „Das Boot”, tyle, że jest tego nieco mniej, prostsze i bardziej chaotyczne, i nikt za bardzo nie wierzy w te wszystkie zegarki i wskaźniki – kto w tym fachu ufał technice roku 1910 zbyt mocno, umierał młodo. Np. najpewniejszą metodą oceny czy zbiornik balastowy jest napełniany czy pełny, jest obserwacja przez okienka „mostka”, czy idą z niego bąbelki, albo czy już przestały...
Powyżej stacji dowodzenia jest mostek zewnętrzny, obsadzony tylko jeśli nie ma gotowości do zanurzenia. Bo składa się głównie z solidnej gumowej barierki, którą trzeba zwinąć przed zanurzeniem, włazy pouszczelniać (a najpierw złożyć komin) itd. itp. A jeśli nie rozwinie się relingu, itd. grozi wyrzucenie lub zmycie za burtę nawet przy niewielkim stanie morza. Obsadę stanowi wachtowy siedzący na włazie, podwachtowy siedzący w otworze włazu (a 4 silniki spalinowe, w sumie coś koło 1000 koni, wsysają mu powietrze w kroku, gdyż główny właz jest jedynym chwytem powietrza do silników) oraz marynarz „na oku”, czyli stojący na trójkątnym „stołku” powyżej - przeważnie przywiązany dla bezpieczeństwa.
Sterowanie okrętem jest trochę „jak zeppelinem”, i nie jest to jakaś natchniona alegoria czy romantyka – raczej należy to czytać „jest równie ch...owe”. W poziomie jest niezgorzej, kadłub i stery są w miarę ok, ale w pionie to są zagadki i zgadywanki, często z gatunku „czy Bóg istnieje? przekonamy się w następnej minucie naszego programu!”, kiedy okręt nagle nurkuje ostrzej niż planowano, przekraczając dopuszczalną głębokość konstrukcyjną. Zabawy zbiornikami i sprężonym powietrzem, przy gównianych wskaźnikach i zaworach, i malutkim okręcie, powodują wszelkie nieprzewidziane ruchy - jest to tak trudne, że czasem próbuje się kompensować pochylenia i balastować częścią załogi, biegającą w długiej osi okrętu...
Ten przydługi opis techniki i warunków na U-9 i podobnych z epoki, przyciągnąłem w kilku celach – żeby niektórzy niedouczeni fani zrozumieli gdzie robią błąd, postulując anachroniczną budowę setek okrętów podwodnych w 1910, zamiast dziesiątek pancerników. Żebyśmy lepiej zrozumieli, czemu wielkie admiralicje, brytyjska, niemiecka, amerykańska, rosyjska itd. przyglądały się okrętom podwodnym z pewną nadzieją na skuteczne działanie, ale głównie z obrzydzeniem i niewiarą, że to już dojrzała technologia – w przeciwieństwie do ówczesnych okrętów nawodnych, które weszły właśnie w fazę pt. drednot (pancernik), czyli całkiem dojrzałą. No i żeby naszkicować tło dla człowieka, gdyż ten cykl jest bardziej o ludziach, niż o okrętach.
Otto Eduard Weddigen pochodził z szacownej rodziny kupieckiej z Herford (miasto w obecnej Północnej Nadrenii – Westfalii, kiedyś Ravensberger), był jedenastym, najmłodszym synem. Rodzina była i jest bogata i nadal ma
duże biznesy tekstylne; w jej szeregach było wielu literatów, duchownych, naukowców, przemysłowców. Po szkole średniej Otto poszedł do podchorążówki morskiej – w armii około 1900 nie było sensownych ścieżek kariery dla nie-junkra, tylko potomka kupców z ambicjami. W 1904 został podporucznikiem, w 1906 służył na kanonierkach w niemieckich koloniach w Chinach. Po powrocie do Niemiec w 1908 trafił na szkolenia podwodniackie, służył na kilku pierwszych Ubootach. W 1911 objął tymczasowe dowództwo na nóweczce U-9 opisanej powyżej, komandorem został w 1912 (dygresja – angielska wikipedia i niektóre źródła podają jakieś dziwne daty nt. temat, jakoś bardziej wierzę w niemieckie dane), już w 1913 prowadził skutecznie ćwiczenia-manewry przeciwko własnym trzem pancernikom.
W momencie wybuchu wojny w 1914 był chyba jednym z najlepszych ekspertów – dowódców broni podwodnej w Niemczech, jeśli nie na świecie.
Nawet nie idzie o przymioty osobiste czy jakieś waleczności, które przypisuje ludziom jak on propaganda, ale o taką techniczną, „niemiecką” solidność i po prostu zaangażowanie w swoją pracę – np. nikomu się nie chciało ćwiczyć przeładowania torped na morzu, na okrętach wczesnych serii, tak bardzo było to upierdliwe. Otto Weddigenowi się chciało, przeszkolił solidnie załogę w operacjach rutynowych, awaryjnych i w ogóle wydaje się, że metodycznie „robił swoje”.

Jak pisał w pamiętniku w końcu 1914:
Mam 32 lata i jestem przydzielony do flotylli podwodnej i jest to najbardziej mnie interesujący rodzaj floty. W momencie wybuchu wojny nasze łodzie zostały rozmieszczone w różnych portach Morza Północnego. Ożeniłem się 16 sierpnia 1914 w domu mojego brata w Wilhelmshaven z moją chłopięcą miłością, panną Prete z Hamburga. Musieliśmy pobrać się dokładnie w tym miejscu i czasie, i zrobiliśmy to - w ciągu 24h po tym musiałem odejść na spotkanie wyzwań, które niosły znaczne szanse, że moja nowa żona zostanie wdową.
Po 6 tygodniach wojny niemieckie Ubooty miały na koncie zero wyników, pomimo znacznych wysiłków i zaangażowania, i utraty dwu okrętów. Co po obu walczących stronach utwierdzało opinię, że okrętom podwodnym daleko do operacyjnej i taktycznej gotowości, jako narzędzia nowoczesnej wojny. W patrolach na Morzu Północnym Otto Weddigen starał się to zmienić, przepuszczając drobnicę i nawet małe torpedowce itp. szukając „big game”, jak mawiają myśliwi.
Po stronie angielskiej, Morze Północne patrolowało trochę niszczycieli i krążowników, tzw. Siły Południowe; okrętów nieco „drugiej świeżości”, tj. trochę starszych i wyjętych z naftaliny, stąd z obsadą rezerwistów raczej – bo na tym etapie polityką Churchilla i admiralicji było trzymanie trzonu Grand Fleet „przy klacie”, w Scapa Flow i na północy. Siódma Eskadra, złożona z 4+1 starszych krążowników pancernych
typu Cressy (plus ze dwie flotylle niszczycieli), patrolujący wahadłowo południe Morza Pn. mniej więcej od Holandii na zachód, nie bez powodu miał ksywkę „żywa przynęta” – obawiano się, że w razie czego znacznie nowocześniejsze krążowniki niemieckie zjedzą 7 eskadrę raz dwa trzy. Ale ktoś i tak musiał patrolować południe Morza Pn. i wejście do Kanału, więc uznano, że co za różnica...

Około 20 września z patrolu zszedł flagowy krążownik
Euryalus, z braku paliwa, oraz odesłano niszczyciele, z powodu zagrażającego im sztormu. Na patrolu zostały trzy krążowniki,
Aboukir,
Hogue i
Cressy, operowały w odstępie paru mil od siebie.
22 września Otto Weddigen i jego U-9 wracał z nieudanej wyprawy na Ostendę – ten sam sztorm, który odesłał niszczyciele osłaniające 7 eskadrę, uniemożliwił mu sensowne działania zaczepne.
O 06:10 rano, w poprawiającej się pogodzie, idący w półzanurzeniu U-9 dostrzegł krążowniki w szyku czołowym. Na krążownikach, pomimo wystawienia obserwatorów i częściowej gotowości bojowej, nie zauważono Uboota czy, później, peryskopu.
(Dygresja – istnieje kilka wersji akcji z 22 września, także w wersjach książkowych, różniących się w szczegółach, i zaprawdę, nie wiem w którą wierzyć – ale to tylko szczegóły)
Otto zanurzył U-9 i poszedł centralnie, na przechwycenie środkowego krążownika; wyszedł na doskonałą pozycję i wsadził
Aboukir torpedę „z przyłożenia”, z jakichś 500m, w śródokręcie z prawej burty. Wybuch torpedy i magazynów (w wersji angielskiej – kotłowni) spowodował szybkie zatonięcie krążownika – w 20 czy 25 minut nic nie zostało na powierzchni, poza jedną szalupą... jak opisywał Otto:
jego załoga była odważna i nawet kiedy śmierć zaglądała im w oczy, do końca utrzymała swoje pozycje, wypatrując celów dla bezużytecznych dział.
Wobec niezauważenia peryskopu, angielscy dowódcy przyjęli, że
Aboukir wszedł na minę i oba pozostałe krążowniki ruszyły nieść pomoc i ratunek, czyli pełną parą weszły pod wyrzutnie Weddigena.
Otto odpalił w zbliżający się krążownik
Hogue kolejną torpedę (w wersji wiki itp. – dwie, ale jakoś wątpię, prędzej był zdwojony wybuch np. magazynów itp.), zaledwie z 270m; przy odpaleniu ciężkiej torpedy kiepsko wytrymowany U-9 „wyskoczył” na powierzchnię, załoga krążownika podniosła alarm i kilka dział
Hogue otwarło chaotyczny ogień, ale nie trafiło U-9, który zdołał z powrotem schować się pod wodę. A krążownik „wyskoczył z wody najmniej sześć cali” i zaraz poszedł na dno.
Jedyny pozostający na chodzie
HMS Cressy już wiedział, że to nie miny i że to Uboot, ale to nie powstrzymało go przed próbami podjęcia rozbitków tudzież strzelaniem do czego popadnie (w ogóle opisy akcji
Cressy są najbardziej zagmatwane i z czapy – że widzieli Uboota, jednego, drugiego; strzelali, próbowali taranować, że jedna torpeda trafiła a druga minęła, ale potem dostali trzecią z drugiej burty, itd itd – nie bardzo się to wszystko klei z pozycjami okrętów, wspomnieniami Otto i innych, itp.).
Może też nie przerywali akcji ratunkowej, bo liczyli na to, że po „wyskoczeniu” i ostrzelaniu Uboot zaszył się w głębi i ma dosyć. Zresztą, to nie były jeszcze czasy, kiedy uprawiano nieograniczoną wojnę podwodną czy nawodną, nie było w modzie „rzucić połowę tratw i kół ratunkowych i płynąć dalej”; imperatyw ratowania na morzu, nawet wrogów, był mocno zakorzeniony; Niemcy przy peryskopach U-9 też głęboko przeżywali walkę o życie setek ludzi, na tonących krążownikach.
Na
Cressy przeliczyli się mocno, że Uboot już odpuścił - Otto wyprowadził U-9 na kolejną pozycję do strzału i wystrzelił pozostałe mu dwie torpedy, pierwszą z dalszej odległości, około 1000m, nie ryzykując podejścia do rozsierdzonego przeciwnika. Obie trafiły,
Cressy w ciągu 10-15 minut wywrócił się do góry dnem, i zaraz zatonął. A jego załoga nawet jeśli zdołała opuścić okręt, znalazła się w rozpaczliwym położeniu i w wodzie, bo ich łodzie były już pełne rozbitków z dwu siostrzanych krążowników.
W ciągu mniej niż godziny cała wojna morska została zdefiniowana na nowo. Jak skomentował oficjalny historyk Royal Navy „Żadna bitwa w historii nie ogłosiła równie dobitnie zmiany sposobu prowadzenia działań na morzu, jak akcja 22 września”.
Weddigen odprowadził U-9 poza pole walki, wiedząc, że zaraz mu spadnie na głowę wszystko co Royal Navy ma w rejonie, a na resztkach baterii i z 8 węzłami musi zacząć uciekać wcześniej niż później.
Sygnały tonących krążowników i chmury dymu ściągnęły na miejsce walki trochę holenderskich parowców i trawlerów, które wyłowiły w ciągu paru godzin około 830 rozbitków – wkrótce przybyłe niszczyciele angielskie próbowały zlokalizować Uboota, ale było o wiele za późno. Około 1460 ludzi zginęło razem z trzema krążownikami.
Dygresja o unikalności – wydaje się, że jedyny przypadek przeżycia trzech torpedowań trzech różnych „własnych” okrętów jednego dnia, to marynarz Wenman Humfrey "Kit" Wykeham-Musgrave, który, zgadliście, pływał se wpław jak szalony z krążownika na krążownik i wyraźnie przynosił ze sobą pecha gorzej jak Jonasz; skończył tracąc przytomność na kawałku drewna, podjął go holenderski trawler. W czasie drugiej wojny dosłużył rangi komandora.

W UK rozlała się fala zgrozy i żalu, nie tyle do Niemców, co do Royal Navy i Admiralicji, która ewidentnie dała dupy. Oczywiście, wysokie rangi zrzuciły odpowiedzialność za katastrofę na dowódców krążowników, że nie zygzakowali, że wszystko robili źle, na wodach ewidentnie zagrożonych atakami Ubootów, no i proszę. Ale prywatnie i rzeczywiście, wysoka kadra RN, a co ciekawe także Kaiserliche Marine, z trudem otrząsała się z szoku, że łódź podwodna to już nie jest kosztowna acz niewygodna zabawka – w rękach zdeterminowanego specjalisty to już bardzo groźna broń na morzu.
Otto doprowadził bezpiecznie U-9 na przyjazne wody wieczorem 23 września, 24 osiągnął Wilhelmshaven, żeby dowiedzieć się, co dokładnie zatopił i że właśnie został bohaterem narodowym oraz celebrytą, i że cesarz jest zachwycony. A jego okręt i cała dzielna załoga dostała Krzyże Żelazne drugiej klasy; on sam dodatkowo Krzyż pierwszej klasy, jako dowódca.
Wydawał się trochę zaskoczony, uważał, że robił swoje, i że miał dużo szczęścia. Zawsze też podnosił męstwo marynarzy RN, którzy nie mieli w starciu z nim szans, ale walczyli do końca.
Nie bardzo miał czas gwiazdorzyć, nadal służył na okrętach podwodnych, za trzy tygodnie zatopił starszy krążownik
HMS Hawke pod Aberdeen (to w ogóle był pokaz indolencji RN w stylu
„twit of the year” – krążownik podejmował pocztę z parowca, więc zszedł z widoku eskadry; po czym śpieszył się zająć miejsce w szyku, więc nie zygzakował... Otto skorzystał i wsadził mu jedną acz skuteczną torpedę, i dopiero po naprawdę dłuższej chwili eskadra zorientowała się, że drogi Watsonie, chyba nam ktoś podpierdolił krążownik. Kosztowało to RN nieco ponad 500 ludzi, może i dobrze, że z kapitanem włącznie, bo powinno się go na rei obwiesić...)
Potem Otto miał malutki urlop z przyczyn zdrowotnych na początku 1915, ale już w lutym objął nowy U-29, trochę lepszy niż U-9; przede wszystkim – silniki Diesla, a nie benzynowe/naftowe. Czyli inne zasięgi i możliwości, na pierwszy patrol U-29 wyszedł aż na Morze Irlandzkie, o tu niedaleko nas, i zaraz zatopił ze cztery statki. A wracając wkoło Brytanii 18 marca 1915, w przesmyku między Orkadami a Szkocją, trafił na wracającą z ćwiczeń Grand Fleet.
Otto wyszedł na pozycję i wymierzył do drednota
HMS Neptune, całkiem solidnego, jedynego pancernika tego typu, jeszcze całkiem „nowego” i sensownego – np. był to pierwszy okręt RN z wieżami głównej artylerii (305mm) jedna nad drugą, i już z dalmierzami na wszystkich wieżach, i pierwszym centralnym dalocelownikiem, prototypem, no ale jednak. Przełomowy unikat, zdaje się.
Weddigen nie trafił dwiema torpedami, za to stało się to samo co w bitwie 22 września – po zmianie wyważenia po strzale Uboot „wyskoczył” na powierzchnię bardziej niż przewidziano i został zauważony przez pancernik
HMS Dreadnought. Tak, przez TEGO
Dreadnoughta, pierwszego nowożytnego pancernika, w 1915 już przestarzałego - ale wiecie rozumiecie, to ten unikalny okręt, który swoimi „all big guns” + turbiny + pancerz przedefiniował wojnę morską i wyścigi zbrojeń początku XXw. i dał nazwę „drednotom”.
Dreadnought przyspieszył i rozjechał próbującego zanurzyć się U-29, przecinając go na pół. Nic nie zostało, wszyscy zginęli.
Jest to jedyny pewny przypadek zatopienia okrętu podwodnego przez pancernik w całej historii.
I jedyna akcja bojowa
HMS Dreadnought w czasie jego całej służby.
Otto Weddigen stał się niemieckim bohaterem pierwszej wojny i międzywojnia porównywalnym tylko z Czerwonym Baronem. W całej I wojnie, poza jego U-9, tylko rajder
SMS Emden (słynni piraci z Malajów, o których może inną razą) dostał Krzyż Żelazny dla okrętu i całej załogi. Odwoływali się do tradycji Weddigena naziści, odbudowując flotę podwodną; potem został nieco zapomniany, ale nadal nazywa się jego imieniem ulice i okręty.
Chyba nie sposób stwierdzić, czy był wyjątkowym i unikalnym bohaterem wojennym, czy tylko geekiem, zafascynowanym technologią, który „robił swoje” najlepiej jak potrafił - jak tysiące innych mu podobnych; przypadkowo w czasie, kiedy technologia całkowicie zmieniała sposób prowadzenia wojen.
PS.
Głównym źródłem co do realiów życia i walki na U-9, itp. są wspomnienia wydane w latach '20, "Sechs Jahre U-bootfahrten", autor Johannes Spiess - który był pierwszym oficerem Weddigena na U-9 i przejął po nim okręt. Tłumaczone i publikowane były tu i ówdzie; miało być ładne nowe rozszerzone i bogate wydanie angielskie, zapowiadane rok czy dwa temu, ale chyba nic z tego nie wyszło.
O bitwach i okrętach można poczytać na wiki itp. byle gdzie, wersje niemieckie deko się różnią; kawałki pamiętników Weddigena postawione w sieci tu czy tam, mówią czasem jeszcze coś innego, ale nie mam pojęcia z czego je ktoś tłumaczył, nie udało mi się zidentyfikować źródeł czy wydawnictwa. Chociaż nie wykluczam ich autentyczności, bo ludzie miewają bardzo ciekawe "dojścia" i wrzucają czasem perełki - np. przypadkiem znalazłem wzmiankę o dalszych losach J. Spiessa, który przeszedł do rezerwy w 1922 z przyczyn zdrowotnych i nie ma go w drugowojennych wykazach Kriegsmarine - ale ktoś wynorał w jakichś wpisach pamiątkowych po albumach kadetów itp., że Spiess został jednak powołany w czasie IIWŚ do działań "marynistycznych" pod egidą Abwehry o_O na terenie okupowanej Francji i okolic, i przeszedł na właściwą emeryturę dopiero w 1944r. Czego to się człowiek nie dowie z netu...