Każdy człowiek w miarę obyty z popkulturą powinien znać skecz Monty Pythonów "Upper Class Twit of the Year", czyli
"Zawody o tytuł głupka roku" - ciekawe jak trudno zwięźle w polskim tłumaczeniu oddać pełny sens tytułu angielskiego. Tudzież mam wrażenie, że w PL każdy śmieje się, oczywiście, bo to jest przezabawny skecz, ale jednak dalece nie wszyscy rozumieją, jak gorzka i trafna była to satyra na brytyjskie stosunki społeczne i klasowe. I co gorsza, nadal jest.
Ostatnio studiuję sobie kawałki historii i pokrewnych, głównie ulubionej historii militarnej, militariów, techniki, floty, które kiedyś przeoczyłem czy nie starczyło na nie życia - na przykład historii flot z okresu, powiedzmy, rewolucji technicznej i wyścigu zbrojeń końca XIXw. i I wojny światowej (poprzednia notka też była nieco "o tym").
Niniejsza przydługa notka powstaje na skrzyżowaniu obu powyższych "obszarów", tj. ciekawego kawałka historii rozwoju techniki, militariów, taktyki i strategii, itd. z idiotycznymi zaułkami kultury i społeczeństwa, generującymi w ciekawych czasach nietrafione decyzje, kolosalne błędy i spore legiony Twits of the Year, oraz ich ofiar.
Główny bohater: sir Robert Keith Arbuthnot, 4th Baronet Arbuthnot of Edinburgh (czyż nie nazywa się dokładnie w stylu Monty Pythona, jak "Vivian Smith-Smythe-Smith, ma maturę z mycia rąk i potrafi zliczyć do 4"?). Potomek w miarę interesującej szkockiej rodziny szlacheckiej, skądinąd pochodzącej nie z Edynburga, ale z okolic Aberdeen, z historią sięgającą bodaj XIIw.; która dorobiła się majątku w Edynburgu, potem boleśnie zbankrutowała w pokoleniu pradziadka sir Roberta, pewnie stąd pokolenie dziadków okrutnie poszło "na ambicję" i odbiło się z powrotem, aż do poziomu czołowych stanowisk politycznych i ekonomicznych w okolicy Edynburga i uzyskania baronetii Arbuthnot. Skądinąd, to nadal bogata rodzina upper class i tytuł jest nadal aktualny; a odnoga hrabiowska, związana z oryginalnym "siedliskiem" pod Aberdeen nadal posiada tam grube kilometry kwadratowe.
Sir Robert urodził się w 1864r., nie chce mi się szukać jakie i jak porządne formalne wykształcenie otrzymał, ale można przyjąć, że maturę z mycia rąk miał. Co pewne, to że otrzymał bardzo solidne konserwatywne wychowanie, chyba połączone z pewną surowością (np. praktykujący i wierzący protestant w Church of Scotland), oraz doskonale wpisał się w rozkręcające się mody ówczesnej "klasy próżniaczej" - najpierw na sport (bardzo dobry bokser, we wczesnej dorosłości poważny gracz rugby), w wieku średnim - motoryzacja (brał udział w wyścigach motocyklowych i wygrywał słynny Isle of Man; aktywny motoklubowicz i automobilista, itd itd).
Sir Robert The Baronet wybrał karierę szkolno-zawodową w Royal Navy (dalej RN), całkiem rozsądnie, no bo co może chłopak o zacięciu "sportowiec - upper class twit" robić w życiu, jeśli wydaje się nieco za tępy na politykę czy finansjerę, a zbyt aktywny na siedzenie wygodnie w majątku pod Edynburgiem czy Aberdeen i "zarządzanie" nim? Zaczął normalnie, od kadeta (w jego czasach szkolenie odbywało się w połączeniu z normalną służbą na okrętach szkolnych), w wieku lat 19 planowo został podporucznikiem, dalej awansował zgodnie ze swoim znacznym statusem klasowym i kalendarzem.

Około 1900r. był już młodym komandorem i oficerem operacyjnym pancernika
HMS Royal Sovereign (pre-drednota, czyli takiego sprzed epoki nowoczesnych pancerzy, turbin parowych i "all big guns", ale już bez żagli itp. staroci). I miał już wyrobioną reputację, jako człowiek, który potrafi, nawet w chorych standardach dyscypliny i społeczności XIXw. RN, wykonać spory krok naprzód i przekroczyć wysokie poprzeczki regulaminów, posłuszeństwa rozkazom, zupackiej tępoty tudzież nadgorliwości. Opinie służbowe o nim rozciągały się od "nadgorliwy" po "głupi", opinie historyków od "miłośnik autorytarnej dyscypliny, egzekwowanej bezlitośnie" po "szalony w potocznym, o ile nie klinicznym, sensie".
Na przykład, ówcześnie zarządzanie okrętem w czasie pokoju opierało się na
King's Regulations, czyli standardowym regulaminie RN plus rozkazie bieżącym, specyficznym na potrzeby danego okrętu, wydawanym/walidowanym co jakiś czas przez (nowego) dowódcę, w formie załącznika kilkustronicowego do
Regulations. Sir Robert The Baronet, jako dowódca operacyjny HMS Royal Sovereign wyprodukował "Książkę rozkazów dowódcy pancernika" ("A Battleship Commander's Order Book"), w objętości
300 stron. Zrobił nią z siebie pośmiewisko w kadrze oficerskiej RN tak bardzo, że w późniejszych latach zażądał usunięcia wzmianki o tej książce-rozkazie z leksykonu "Who's Who in the Navy" (skądinąd pozostaje ona podobno świetnym źródłem historycznym na temat życia i służby na pancerniku RN ok 1900; "podobno", bo nie udało mi się dorwać).
Śmieszkowanie kolegów i opinia nadgorliwca, który ma zajoba nie tylko na służbie, ale i prywatnie (codzienne nabożeństwo, wykłady chrześcijańskie dla załogi; codzienne, niezależne od pogody, ćwiczenia fizyczne na pokładzie - wiecie, rozumiecie, ten typ, który ma "najwyższe możliwe" standardy życia duchowego i fizycznego), nie przeszkadzało mu zbytnio w karierze - nie z jego pochodzeniem i nastawieniem.
W 1901r. zostaje ranny w wypadku na pancerniku (działo 150mm przygotowywane do salutu, rozrywa się, zabijając 6 ludzi), dochodzi do zdrowia, w czasie rekonwalescencji zostaje awansowany na kapitana.

Dygresja motoryzacyjna: w 1903, ugruntowując istotny awans w karierze RN i robiąc sobie ekstra prezent wieku średniego, sir Robert the Baronet kupuje za 500 gwinei (czyli 525 funtów) auto klasy wyższej, nówkę nieśmiganą
Sunbeam 12hp Tonneau (link wiedzie do domu aukcyjnego, który opchnął
ten egzemplarz, ori po bohaterze notki, za 320tys. funtów parę lat temu). Jest zafascynowany czterocylindrowym 12 konnym pojazdem; pisze entuzjastyczną opinię dla Sunbeama, wykorzystaną w katalogu firmowym 1905. Ściga się nim w próbach i rajdach, jak wielu bogatych twits z tych lat, taka moda (a co bogatsi zaraz w samoloty się przesiedli).
Życie osobiste, służbowe i motoryzacyjne sir Roberta płynie, powiedzmy, normalnie do 1910, kiedy daje pokazówkę w najlepszym stylu twit of the year - będąc dowódcą pancernika
Lord Nelson, wygłasza płomienną antyniemiecką i antyliberalną przemowę polityczną na dużym spotkaniu świeżo powstałego, acz wiodącego klubu motoryzacyjnego Auto-Cycle Union, nawołując do przygotowania do wojny z Niemcami i głosowanie przeciw Liberałom. Skandal robi się może nie aż na skalę krajową, ale niewąski: oficerowie RN są pod rozkazem - zakazem zabierania głosu publicznie w kwestiach politycznych, szczególnie w roku wyborów powszechnych; Admiralicja żąda wyjaśnień, co sir Robert ma w dupie i nawet nie przeprasza; ambasada niemiecka wystosowuje protest, itd itd.
W konsekwencji zaraz traci dowodzenie oraz idzie w odstawkę z połową pensji. Ale przecież tak wspaniały upper class twit nie może się marnować, więc już za dwa miesiące dostaje synekurę w komitecie podwodniackim, po czym awansik na komodora i dowodzenie Pierwszą Flotyllą Niszczycieli, którą dowodzi do 1912. W międzyczasie uprawia socialnetworking, zostaje aide-de-camp (adiutantem honorowym) króla Jerzego V, po czym gładko awansuje na kontradmirała i zostaje zastępcą dowódcy Drugiej Eskadry Liniowej, na nowiutkim pancerniku
Orion (pierwszy super-dreadnot, działa 340mm w wieżach w osi okrętu, 21 węzłów, state-of-art roku 1913).
Po rozpoczęciu wojny zaraz w grudniu 1914 pokazuje, że zagrywki upper class twit of the year w czasie pokoju, to były małe miki w porównaniu z możliwościami czasu wojny. W czasie niemieckiego
rajdu floty na Scarborough i Hartlepool (niezbyt istotnego militarnie, ale ważnego politycznie) jego eskadra mniej więcej wykonuje plan przechwycenia sił niemieckich, wracających po bombardowaniu miasteczek. Ale kiedy w zamieszaniu i pogarszającej się pogodzie pod lufy jego 10 dział 340mm przypadkiem władowuje się parę niemieckich krążowników i niszczycieli i wieże są naprowadzone na cel i gotowe do zmiażdżenia
Stralsunda a kapitan wielokrotnie prosi o rozkaz otwarcia ognia, kontradmirał sir Robert Keith Arbuthnot, 4th Baronet, "łamie się" z chęci walki, ale wielokrotnie odmawia - gdyż przecież głównodowodzący eskadry nie wywiesił odpowiednich sygnałów-zezwoleń na otwarcie ognia. A kiedy dowodzący zespołem wiceadmirał sir George Warrender (skądinąd, taka nieco starsza wersja sir Roberta i niewiele mniejszy twit of the year) orientuje się, że coś tu za cicho i koryguje sygnały, jest już za późno, i Niemcy bezpiecznie odrywają się od przeciwnika, co najwyżej bardzo zdziwieni i z zapotrzebowaniem na upranie dużej ilości gaci.
Trudno powiedzieć, żeby ta kolosalna wpadka miała dla sir Roberta the Baroneta jakieś wielkie konsekwencje, pomimo straszliwej burzy medialnej i politycznej po rajdzie Scarborough (w sensie przeciw Niemcom - terrorystom, ostrzeliwującym głównie cywili, w tym kobiety i dzieci oraz przeciw Royal Navy, której Niemcy nasrali do wanny, nie powiedzieli przepraszam, i nawet nie udało się ich przechwycić wracających z akcji, na podwórku, zwanym Morzem Północnym). W 1915 obejmuje samodzielne dowodzenie Pierwszej Eskadry Krążowników, chociaż głównodowodzący Grand Fleet, admirał John Jelicoe (człowiek nieco innego formatu i podejścia niż omawiane czuby; protegowany słynnego admirała Fishera, z którym na spółkę przedefiniowali na przełomie wieków technikę, taktykę i strategię całej wojny morskiej) miał o sir Robercie zdanie co najmniej ambiwalentne. Że jest wspaniałym człowiekiem i dowódcą, ale z okrętami pod sir Robertem jest coś nie tak, najpewniej z powodu niemożliwych i wyśrubowanych standardów... i tego, co nazywamy obecnie "mikrozarządzaniem". Ale też, że w razie walki pokłada w sir Robercie pełne zaufanie.
Tak czy owak, sir Robert the Baronet dostał dowodzenie czterema przestarzałymi krążownikami pancernymi; powiedzmy, błyskawicznie przestarzałymi, gdyż były to czasy, kiedy okręty bywały przestarzałe, zanim zostały ukończone. Krążowniki sir Roberta były ok. 10 letnie i budowane mniej więcej w logice, która zaraz doprowadziła do krążowników liniowych itp. koncepcji, czyli: wzg. duże okręty, duże działa 230mm, prędkość nieco większa od pancerników, a pancerz, hm, na ile wystarczy wyporności po ustaleniu innych parametrów (np. zasięgu). Tyle, ze krążowniki pancerne z początku wieku miały to wszystko (działa, napęd, pancerz, itd) znacznie gorsze, niż krążowniki liniowe z 1910 czy 1915 roku.
W 1916 jego eskadra bierze udział w starciu stulecia, czyli Bitwie Jutlandzkiej.
W pierwszej fazie bitwy, w skrócie, obie strony usiłowały ustalić z czym mają do czynienia i wciągnąć wroga pod najcięższe lufy swoich najlepszych okrętów - w praktyce krążowniki liniowe i krążowniki strzelały do siebie całkiem skutecznie i ganiały się po morzu, a zespoły pancerników parły do siebie mniej więcej nieuchronnie. W tym całym zamieszaniu i działaniach osłonowych, skrajny krążownik lekki, "rozpoznawczy", wpadł na 4 niemieckie krążowniki lekkie, które mu przyłożyły, ale zaraz same wpadły na Trzecią Eskadrę Krążowników Liniowych i dostały solidne bęcki od admirała Hooda (człowieka, nie mylić z okrętem z międzywojnia i od
Bismarcka). Np. flagowiec Hooda,
Invincible, tak w ogóle pierwszy na świecie "prawdziwy" krążownik liniowy, solidnie przyłożył z 304mm dział lekkiemu krążownikowi
Wiesbaden perforując mu śmieszny pancerz 60mm razem z maszynownią.
Po tym starciu bitwa błyskawicznie wchodziła w etap, kiedy obie strony: a) ustaliły, że żarty się skończyły i to nie jest duża potyczka krążowników, tylko pełnoskalowe starcie Grand Fleet z Hochseeflotte; b) mniej więcej poukładały swoje klocki, tzn. zespoły i eskadry, ganiające się w zamieszaniu po dziesiątkach mil, nawiązały w końcu łączność wzrokową (bo radiowa była jeszcze w powijakach) i poustawiały się mniej więcej na pozycjach, i zaczęły przechodzić rozkazy; c) obie floty najcięższych okrętów, zaczęły się widzieć i wstrzeliwać w siebie nawzajem.
Zrozumcie skalę czasową tych zdarzeń -
Wiesbaden zostaje unieruchomiony zaraz przed 18:00, w ciągu 10min. po tym Jellicoe decyduje się ryzykownie rozwinąć Grand Fleet, za to do uderzenia Niemców klasycznie, "poprzeczką nad T" (
jak Nelson pod Trafalgarem, jak Togo pod Cuszimą); rozkazuje rozwinięcie około 18:15. To są te momenty, o których Churchill pisał później, że Jellicoe "był jedynym człowiekiem, po obu stronach, który mógł przegrać całą wojnę pewnego popołudnia".

Nasz ulubiony twit of the year, sir Robert, ze swoimi 4 krążownikami w nieco rozciągniętej formacji, jest w tym momencie na skrzydle połączonych 2 eskadr nowiuśkich potężnych krążowników liniowych Beatty'ego (dokładniej tego, co zostało po pół dnia bitwy, ale zostało jeszcze sporo). Gdzie w koło rozwija się praktycznie cała Grand Fleet do ustawienia w szyk liniowy i klasycznego przypierdolenia Niemcom z wszystkich dział, całymi burtami. W zasięgu wzroku Niemcy usiłują uporządkować swoje formacje i odpowiedzieć Anglikom pięknym za nadobne. Każdy kto ma działa rzędu >=280mm strzela albo przygotowuje się do strzelania i manewruje uważnie. Kto takich dział nie ma, modli się żarliwie, żeby nikt z działami >=280mm mu się nie przyglądał, szczególniej przez dalmierz, oraz manewruje chyżo, żeby znaleźć się na wyznaczonej pozycji, najlepiej jak najdalej od właścicieli dział >=280mm i przy tym nie będąc rozjechanym przez własne ciężkie okręty. Zamieszanie jest takie, że w literaturze angielskiej nie bez powodu ta faza ma ksywę "Windy Corner" ("wietrzny narożnik", idiom na bardzo ruchliwe skrzyżowanie dróg czy ulic).
A TU NAGLE! Nasz ulubiony sir Robert the Twit Baronet, widzi na środku pola walki unieruchomiony poprzednio krążownik
Wiesbaden i w duchu ogólnej taktyki RN, rozkazuje swojej eskadrze zwrot w stronę Niemców, skrócenie dystansu i atak. Jego flagowy
Defence i następny w szyku
Warrior przechodzą przed dziobem krążownika liniowego
Lion, flagowca Beatty'ego, w odległości jakichś 200m, czyli w realiach takiej bitwy, "na żyletkę",
Lion ledwo unika kolizji, ciągle prowadząc ogień do Niemców z 8 dział 340mm... Następny krążownik sir Roberta,
Duke of Edinburgh nie odważa się przeciąć toru krążowników liniowych, walących do Niemców i zostaje po "bezpiecznej" stronie, czwarty,
Black Prince został w ogóle za daleko w tyle.
Obie floty w zdumieniu obserwują szarżę dwu staroci sir Roberta na pole, gdzie padają dziesiątki najcięższych pocisków przeciwpancernych. Zespół Beatty'ego nie wierzy w idiotyzm, który widzi - dym z szarżujących krążowników maskuje Niemców w dalmierzach ciężkich okrętów, a skracanie dystansu do trzonu niemieckiej floty przez sir Roberta to samobójstwo. Porucznik na pancerniku
Malaya zanotował "kiedy tylko ich zobaczyłem, wiedziałem, że są skazani na zagładę". Kapitan Cowan (wkrótce legendarny admirał RN), na krążowniku liniowym
Princess Royal skomentował, że założy się o cokolwiek, że to Arbuthnot. Niemcy nieco wzruszają brewką na niewiarygodny idiotyzm, ale przecież przenoszą ogień na szarżujące na zbliżenie krążowniki. Kapitan Gunther Paschen z krążownika liniowego
Lützow wspominał "całe pole widzenia dalmierza, od lewej do prawej, zajmował okręt, nieprawdopodobnie bliski i wyraźny, od pierwszego rzutu oka rozpoznałem starszy angielski krążownik pancerny... wydałem odpowiednie rozkazy... odległość 7600m... poszło pięć szybkich salw, trzy obramowały, po czym zobaczyliśmy znajomy widok eksplodującego okrętu". Kapitan Georg von Hase z sąsiedniego krążownika liniowego
Derfflinger nawet nie zdążył porządnie wycelować do sir Roberta, tak szybko 305mm
Lutzowa rozstrzelały flagowy krążownik baroneta.
Niestety, razem z 902 ludźmi, nikt się nie uratował.
Niemcy natychmiast przenieśli ogień na
Warriora, który nawet się chwilę odgryzał, ale 15 trafień ciężkimi pociskami zaraz zrobił z niego sito. Od podzielenia losu
Defence uratował go niespodziewanie pancernik Warspite, tak, ten sam, bardziej znany z II wojny - z zaciętym sterem wszedł w cyrkulację, i wykonał dwa kółeczka wkoło obezwładnionego
Wariorra, ściągając na siebie ogień Niemców. Pod wieczór po bitwie właściwej, próbowano odholować
Warriora ale nie udało się, zatonął, tyle, że z mniejsza stratą ludzi.
A czwarty krążownik śp. sir Roberta, to w ogóle miał superpecha, bo nocą wpakował się wprost po lufy ciężkich okrętów niemieckich przypadkiem; Niemcy rozstrzelali go jak
Defence, nikt nie przeżył. Z całej eskadry bitwę przetrwał tylko
Duke of Edinburgh.
Komentarze do akcji głupka roku, a raczej stulecia, rozciągają się od historyków "gorliwość do walki, na poły religijna" czy "odważna, ale źle zamierzona", przez samego admirała Fishera "wspaniała, acz niewystarczająco uzasadniona śmierć", po moje "zdaje się jednak głupek, chyba?".
Najciekawsze, jak bardzo chory jest ogólnie system społeczny, który takich twits of the year promuje, daje im władzę i przywileje, a w szczególe, jak może profesjonalna organizacja jak Royal Navy tolerować i awansować takiego wariata przez lata, aż "do skutku".

Oczywiście, nawet pośmiertnie upper class twit ma lepiej, wpadła mu komandoria Orderu Łaźni i tabliczka pamiątkowa w
najbardziej efektownej katedrze Edynburga. Tysiąc marynarzy, których zabrał ze sobą, nie ma pomnika czy nagrobka.
A tytuł przejął młodszy brat, Brigadier-General Sir Dalrymple Arbuthnot, 5 Baronet Arbuthnot. Brzmi jakoś podobnie montypajtonowo jak początek tej notki... ale ten aż takim upper class twit jak brat, zdaje się, nie był; zwykły żołnierz i artylerzysta, wojny kolonialne i I wojna światowa.
Znaczy, "zwykły" na tyle, na ile upper class twit jest zwykłym obywatelem.