... czyli o robocie i okolicach, bo spiętrzyło się ostatnio, więc może se uleję troszeczkę. Niestety, bez nazwisk, firm i zdjęć, no bo wiecie rozumiecie, klauzule i biznesy. Ale tak troszeczkę, czemu nie.
Najpierw może tło - istotnym kawałkiem biznesu, w którym dłubię w pracy w Szkocji, są farmy wiatrowe. Co do opłacalności energetycznej, ekonomicznej, ekologicznej, itd. na poziomie społeczno-politycznym, to może innym razem i jest o czym porozmawiać; natomiast co pewne, to że dostawcom elementów, hardware i software, od turbin, przez rozdzielnie i infrastrukturę, po ogrodzenia i drogi, krzywda się nie dzieje. Jak zresztą w całej energetyce.
A przynajmniej tak było w UK do zeszłego roku, kiedy rząd zassał se z kciuka nowe pomysły i zmienił politykę dotowania wiatraków, co wygenerowało pewne spiętrzenia i panikę pod koniec roku, bo wszyscy chcieli i musieli a to zacząć projekt, a to go skończyć, a to podłączyć się, itd. itp. A nie są to przecież drobne maszyny czy urządzenia, to jednak elektrownie rzędu 50-100MW, wewnętrznie na 33kV, w stronę sieci 133kV; tu niewiele rzeczy jest łatwe czy tanie.
Stąd nadludzkim wysiłkiem i przy braku odpowiednich zasobów (bo nikt nie będzie rozwijał firm czy zatrudnienia na pół roku) usiłowaliśmy, jak zresztą większość podwykonawców, ogarnąć ze 3x więcej obiektów i problemów, niż normalnie; z czego wynikło sporo fakapów, kwasów, nerwów i wkurzenia. Mnie też wrobiono i np. zamiast dłubać swoje trzy czy cztery "skromne" projekciki, musiałem latać po połowie Szkocji i udawać, że kumam projekty kolegów i próbować robić odbiory z klientami. No była z tego kupa pociechy z przewagą kupy. A moje wąsaczowe i obce kulturowo podejście do problemów i tematów nie pomagało (np. dygresja - co robi kupka Szkotów na odbiorze, jeśli ktoś zgubił klucze do 6 szaf sterowników, więc odbiór jest praktycznie niemożliwy? Narzeka. Co ja na to? W 10min. wyrywam wszystkie zamki, uszkadzając bodaj dwa tylko. Nie uwierzycie ile z tego było szoku, niedowierzania, emaili, no i dyskusji o zamkach za 60 funtów, kiedy dniówka (ludzie*godziny) odbioru to jakieś 1600, a dzień opóźnienia w podłączeniu do sieci, to tak bliżej 16000 albo i lepiej).
Moje 3 "wiatrakownie" były planowane nieco później, i dopiero po Nowym Roku rozwinęły się na dobre. Nie są to tak duże i skomplikowane obiekty (choć mają pewne nietypowe haczyki i chyba właśnie dlatego mnie szefu w nie wrzucił) i u znacznie mniej upierdliwych klientów, niż to, co trenowali koledzy, przy moim skromnym współudziale; ale też trzeba to planować i ogarniać, a nawet - zrobić. A bonusowo, 2 z 3 leżą w Highlands, a nie, jak większość z końcówki zeszłego roku, o (większy) rzut beretem od Glasgow, stąd logistyka, transport, itd. są pewnym wyzwaniem. I warunki meteo też.
Jednak kwestie techniczne, wszelkie niuanse przekombinowanych i osieciowanych jak głupie systemów kontroli i sterowania, czy logistyki i organizacji kilku projektów, w kilku miejscach odległych o setki km, bledną przy temacie moich klientów, czyli projektantów i wykonawców infrastruktury wysokiego napięcia, ew. klientów klientów, czyli głównych graczy - dostawców turbin i ich systemów, czy operatorów sieci, czy głównych wykonawców.
Czyli, ogólnie, dlaczego spotyka mnie menażeria zamiast inżynierii.
Żebyśmy się rozumieli - nie mówię, że wszyscy są pieprznięci i jak dzieci we mgle, a ja jeden Porządny Inż. (TM). Oczywiście, że trafiają się, nawet w nawale i zadymie, ludzie ogarnięci i na poziomie, prezentujący porządną inżynierię, albo usiłujący nie zdechnąć, próbując nadal uprawiać porządną inżynierię.
Ale obok mam okazy, że proszę wstać. Np. półoficjalna (bo sprzedałem ją kołorkerom i poszła w świat) metafora moich obecnych 3 klientów "wiatraków" (to są 2 firmy, ale 3 niezależne zespoły) jest mniej więcej taka: to jest ogólnie przedszkole i oni są w temacie systemów kontroli i IT, jak te dziatki we mgle, stąd zespół B) z którym znamy się mniej więcej od roku, to jest taki sympatyczny chłopczyk z lekkim ADHD, który lata w koło i robi więcej zamieszania niż roboty, ale przynajmniej sympatycznie i nie sposób się na niego gniewać; zespół A) to ten mały okularnik, który kiedy pani czyta czytankę, siedzi i tylko się patrzy, i nie bardzo wiadomo, czy w ogóle kuma, ale jak przychodzi co do czego, okazuje się, że kuma na jakieś 70%; no a zespół C) to ten maluch co się zawieruszył w kącie za pudłem z klockami, zeżarł tam kredki świecowe, i jedyne co pewne, że nic nie kuma.
I tak się nieco miotam od półtora miesiąca miedzy nimi (plus dyscyplina dodatkowa - 4 projekt, fikuśny upgrade, uwaga, średnia SCADA z (c) 1998 chodząca na Windows NT. Tak, nadal, w 2017r. Ale to inna przezabawna historia.).
Może jutro skończymy temat klienta A), który przez tydzień ogarniał mini-fakapy na mini-projekcie, bo to tylko 6 turbin (rozszerzenie starej farmy), ale nie uwierzycie ile można spitolić na nowych 6 turbinach (ale też - gratulacje moim kołorkerom, którzy niezbyt się popisali programując drobiazgi, oraz dostawcom hardware, np. zasilaczy i UPSów, pręt im w zwieracz) i w starej małej SCADA (a tu mnie możecie pogratulować nieco nieogaru, bo czemu nie).
Zaczynając od tego, że kiedy dwa tygodnie temu weszliśmy do starej rozdzielni-serwerowni, rack ze SCADA, co to ją mam rozwijać, był wyłączony. Ręcznie. Z "hebla". Bo tak o, i jak wyjaśnił operator - bo lepiej go nie dotykać, się czasem sam resetuje. CO DO K...? Przyszło poprawić-naprawić nieco zabytkowy rack z Windows XP, miejmy nadzieję, że nadal działa... Jutro się okaże. Przynajmniej ta farma jest blisko, kawałek za Edynburgiem.
Zespół B) może ogarnę na dobre pod koniec tygodnia, niestety, kawałek za Inverness. Tak naprawdę to jest z nimi nieźle, szczególniej ładnie układa się współpraca z klientem klienta, który się stara (znaczy szef projektu i jakiś jego konsultant) i przejął zadania mojego klienta, i próbują ogarnąć i pojąć tę czarną magię (bo to elektrycy - wysokonapięciowcy, przeważnie) systemów sterowania, SCADA i sieci. Jw. udaje się im, na jakieś 70%. A mój klient, słynny i zabawny P., przynajmniej nie przeszkadza za bardzo.
Mają o tyle trudniej, że ktoś se wymyślił, że cały przepływ danych i I/O zapewnia dostawca wiatraków, Znana Firma kojarząca się z elektryką i generalicją (pewnie ktoś ładnie uzasadniał, że tak będzie taniej i mniej się zdubluje), ale z drugiej strony ktoś sobie zażyczył na rozdzielni "naszej" SCADA, która zrobiła się przez ostatnie lata nieoficjalnym standardem w połowie Szkocji i nie tylko. Stąd powstało kuriozum, jak nasza SCADA, normalnie "umocowana" na "naszych" sterownikach, nieźle zintegrowanych z rozdzielniami średniego napięcia i czasem z interfejsami dołożonymi do turbin (tak jest np. u klienta A) i C) ), ale tym razem "fizycznie" nie połączona z niczym, tylko osieciowana razem z systemami bazodanowymi wiatraków i "wkładkami" od dostawcy turbin.
A rozmowy i praca z nim, to jest jakbyście próbowali uzyskać pomoc czy info od niemieckiego helpdesku Microsoftu, bo wam się polski Windows krzaczy. Fakt, że dosłownie usiłujemy rozmawiać i uzgadniać holajzy i lochbajtle z niemieckim oddziałem Firmy i jego programistami, to zupełny przypadek, niezwiązany, oczywiście.
Jest z tego sporo pociechy, z przewagą sporów, błędów i wypaczeń. Jak na przykład, kiedy okazuje się miesiąc temu, że może i dostałem listę adresów IP interfejsów do ethernetu, które zabudowano w turbiny na potrzeby naszej SCADA (najprostsze zdalne I/O, normalnie my jakieś dostarczamy i klient je "dostawia" do turbin; tym razem są Zupełnie Inne i Elektryczny Generał miał je zabudować), ale jakoś nic tam nie gada ani nie pinga. No to się grzecznie pytam, gdzie te interfejsy, bo może ktoś zasilanie zapomniał im włączyć czy coś - a nie mam pojęcia, co jest po drugiej stronie tego kabla. Na co następuje konsternacja i pewna niedogodność, gdyż nie jest łatwo się dostać do mini-rozdzielni 33kV pod pracującą turbiną, ale już kilka godzin później wiadomo, że owszem, interfejsy se siedzą w szafach, ale zupełnie i dokładnie niezaprogramowane. No kudos, kudos.
A potem jest zabawniej i zabawniej - przy okazji pytam się o mapping I/O z tych interfejsów, bo w sumie nikt nie raczył się podzielić tą informacją, co tam w tych paru bajtach ma latać i na co te bity, a na zgadywanie czy wnikanie w nie swoje schematy nie mam ochoty. Na co konsultant (ma chłop pamięć!) wyciągnął po dłuższej chwili ze sterty papierów jakiś zapomniany świstek, gdzie ktoś z Firmy napomknął, że interfejsy mają mapować I/O na rejestrze nr.21 Modbus'a. Tak, na pewno tylko na tym jednym rejestrze.
I wiecie, ja chciałbym być miły i staram się rozumieć tę menażerię, że połowa tych ludzi nie kuma o co cho, bo wrobiono ich w cudze role; a druga ma jak ja, żonglerkę 4 projektami na raz i usiłuje nie zwariować od trzymania tego w jednej łepetynie, ale czasem zaprawdę trudno być zen.
Jak na przykład jw. kiedy gość, na oko opłacony dwa razy lepiej niż ja, bredzi, sprzedając info od niemieckiego Dipl.Ing., też pewnie opłaconego dwa razy lepiej niż ja, o trzy razy większym mniemaniu o sobie nie mówiąc, że interfejs ma na 16 bitach rejestru 21 pokazać 18 sygnałów I/O.
Ale przyznaję, nie musiałem długo mu tłumaczyć, że ktoś tu p... jak potłuczony, szybko skumał.
Myślicie, że to koniec tego kawałka? "Ależ z was naiwne łosie", dzisiaj, po ok. miesiącu, uzgadniając wypad do nich na koniec tygodnia, mimochodem zapytałem, czy ktoś zaprogramował te interfejsy i czy adresacja danych po Modbusie jest w końcu ustalona. W odpowiedzi nastąpił wybuch paniki emailowo - technicznej i próbują ustalić jak jest. Mają parę dni, pożyjemy, zobaczymy.
A co do klienta C), tego co kuma tyle, co dziecko żujące świecówkę, to cóż mogę powiedzieć - jak siedzę w branży coś ponad 25 lat, to chyba jeszcze takiej ignorancji i nieogaru, szczególniej projektanta, nie widziałem. A zaprawdę powiadam wam, wiele widziałem.
Za pierwszym razem kiedy zamówili nasz odbiór, to się okazało, że nie tylko nie ma okablowania sterowań i kontroli, ale nawet ethernetu między "moimi" szafami (SCADA i PLC). Ale zaraz dorzucili to, jak im eRJotek parę dałem, no bo kabel mieli, ale wtyczki niekoniecznie.
Potem, jak już się trochę ogarnęli, w podejściu nr.2 postawiłem SCADA i PLC, pokazałem operatorowi farmy (klientowi klienta), który nawet wydał się zadowolony i wyglądało, że będzie git, i uda się niebawem skończyć - jak tylko połączą ostatnie interfejsy (dla ustalenia uwagi, przedszkole klasy on/off i analogowe 4-20mA, ze dwadzieścia sygnałów).
Ale wtedy projektant zaczął robić poprawki i zmiany (o część z nich założyłbym się, że zapomniał po prostu) i mieszać w interfejsach, a szef projektu naciskać, żeby natychmiast to wdrożyć, gdyż opóźnienie i jego klient/operator się piekli. Też bym się pieklił, jakby farma na 32 wielkie wiatraki stała prawie gotowa, i nie można było jej podłączyć do sieci, bo parę sygnałów nie bangla, gdyż kabelki trafiają w złe miejsca, albo nie tak jak powinny, albo nie uzgodniono czegoś pół roku wcześniej. Co niesie stratę, powiedzmy, 50000 funtów dziennie.
A główna bieda w tym, że część tych zagubionych w czasie i przestrzeni I/O idzie do operatora sieci WN na poziomie wojewódzkim/krajowym, który życzy(ł) sobie widzieć kluczowe parametry farmy w jakimś centrum operacyjnym cholera wie gdzie i po co - ale punkt w tym, że jeśli nie widzi, no to nie ma zgody na testy pełnej mocy itp., o podłączeniu "na stałe" nie mówiąc.
Staramy się robić klientom, wróć, iść klientom na rękę (szczególniej, jeśli ekstra płacą za dodatkowe dni uruchomienia, gdyż zużyli wszystko z zakontraktowanych w projekcie), stąd pognałem tydzień temu, we wtorek, na jeden dzień, żeby nieco ogarnąć, gdyż nie wydawało się nam (mnie i szefowi projektu), że w piątek uda się wszystko przekrosować, oprogramować, przetestować i przetestować z operatorem sieci. Ogarnąłem co się dało, wyglądało to nieźle.
W środę projektant dorzucił 9 analogowych i parę cyfrowych I/O, "przelatujących" przez moje szafy.
W piątek skoczyłem jak umówiono, żeby może dokończyć, jednak. Zastałem szafę rozgrzebaną i dopchać się nie mogłem, bo dwu elektryków, z kurwikami w oczach, usiłowało rozplątać dobrze poukładane kable i przekrosować sporo, bo nowe sygnały wyznaczono w zapasowych żyłach "poprzednich" kabli, niekoniecznie zgodnie z logiką czy dobrą praktyką czy fizycznymi możliwościami.
Czy wspomniałem, że listy połączeń i schematy ich elektrycy dostali w godzinie magicznej, w czwartek o czwartej?
Oczywiście, nie udało im się skończyć w piątek. Ja swoje zrobiłem, na ile się dało, ale np. po sygnałach analogowych se mogłem tylko testerem podzwonić, dzyńdzyń, oraz dumnie podłączyć czujnik ciśnienia atmosferycznego, bo mi go wepchnęli do szafy, to nic że bez uzgodnień, akurat był pod ręką.
A najlepsze, taka wisienka na klocu w kiblu, postawiona przez projektanta mistrzowskim opanowaniem zwieracza, nastąpiła na sam koniec, kiedy zaczepiłem klienta brygadzistę-elektryka (skądinąd nieźle kumatego i jedynego, który trzyma inwestycję w kupie, wobec ignorancji i meganieogaru projektanta, i tylko nieco mniejszego, lidera projektu), czy ma jakieś dane na temat skalowania tych analogów, bo projektant nie był łaskawy zdradzić tego fragmentu puzla. T. stwierdził, że przecież to gdzieś było i w ogóle jest jasne, i już 15min. później znalazł jakiegoś emaila na telefonie i mogłem spisać se skalowanie.
Niestety, jestem tak zdolny i kumaty, że już w parę sekund zauważyłem, że stara lista T. ma 11 pozycji, a świeże schematy i listy od projektanta 10. I niestety, ten jedenasty sygnał obu nam, mnie i T., wydał się ważny i na 99.9% operator sieci zechce go zobaczyć."No to se trochę poczeka".
I tak mi upływają w pracy dni, tygodnie, miesiące.
PS. Ale nie narzekam tak naprawdę, bo przynajmniej co se pojeżdżę po ślicznych Highlands, jak wyżej, na koszt pracodawcy i klientów, to moje. Zresztą, o tym, o podróżach i samochodach w nich używanych, może inną razą, bo i tak już za dużo bredzę; na zajawkę, jedna z najśmieszniejszych rzeczy na świecie, szczególniej jeśli wkoło więcej pickupów i koparek, czyli nasz zabytkowy lexi na budowie: