Podsumowanie ostatniego półrocza gier i zabaw.
Po
siakim-takim Farcry3, poszedł Crysis 3. A raczej - powlókł się, gdyż piecyk ledwo-ledwo uciągnął tę graficzną kobyłę. Pograłem nieco, ale bez zachwytów, formuła i grywalność mniej więcej jak Crysis 2, czyli "strzelanka-galerianka", to nie jest coś co mnie bardzo rusza, ot, zabijanie czasu i pixelków. Do ulubionych RPG czy sandboxów-RPG daleko mu.
Stąd zimą miałem powrót do i fazę na Skyrima; nadal nieźle żre. Ale koło 50-60 levelu zrobiło się po prostu nudno: długie questy za długie (główny już pociągnięty aż do pokonania Alduina itd.), małe questy nieciekawe, mapa przebadana we wszystkie strony, i tylko resztki sandboxu w sandboxie. Nawet walka zrobiła się trywialna, bo mając w drużynie wylewelowaną i "nieśmiertelną" Mjoll robiącą za wsparcie, tudzież przywoływanego Dremora Lorda robiącego za tanka, to se można stać i podziwać jak spuszczają wpierdol dowolnym osobnikoma, bandom, oddziałom, nawet sporym smokom, na sztuki i w parach, i nawet nie warto im pomagać, bo się przeszkadza. Zapewne można by jeszcze nieco podłubać w tej grze, nie mówię że wyczerpałem - ale w okolicach jw. skończyła mi się faza. Co oczywiście nie zmienia faktu, że Skyrim jest ciągle bardzo zacny.
Po odklejeniu się od Eldersów, rozważałem inne RPG-sandboxy, jak powrót do Stalkera z dodatkami czy Farcry 2 może. Jednak padło na nowość jak dla mnie (bo jednak starość) czyli w końcu, tada, Fallout: New Vegas. W skrócie - chyba najlepszy RPG-sandbox jaki kiedykolwiek grałem (ale inne depczą mu po piętach, nie żeby był o dwie długości przed FC2, Skyrimem, Stalkerem, itp.). Mądrzy ludzie dawno mówili, że F:NV to silny zawodnik i mieli całkowitą rację. W zasadzie, nie bardzo widzę do czego można by się przyczepić, tak wielka jest tu zawartość miodu w miodzie. Może do zbyt płaskich i prostackich fakcji (tak, na was patrzę, legionie Cezara), może do twistów i zaskoczeń fabuły na poziomie 13 latka (ale przecież to on jest targetem, nie ja), może do wysokiej umowności tego świata post-apo. Ale poza malkontenceniem i drobiazgami, zatwierdzam zdecydowanie. Nawet starawa grafa mnie nie wkurzała, bo przynajmniej na starawym piecu chodzi jak tornado. Pograłem sporo, w zasadzie zrobiłem całą główną mapę i dużo questów, została końcówka New Vegas, sprawki z Cezarem no i wszystkie dodatki, ale jakoś wtedy skończył mi się rozpęd na granie, i odłożyłem Fallouta najpierw na trochę, ale potem okazało się, że na dłużej. Ale na pewno wrócę, kiedy wróci mi wola na sandbox, strzelankę, RPG i SF (miękkie raczej...) w jednym. A luźna myśl przy F:NV - jakby ktoś na dokładnie tym engine (ok, z poprawioną umiarkowanie grafą) i mechanice, bez wynajdywania koła od nowa, z odpowiednią starannością i ikrą, zrobił Ghost in the Shell - to klękajcie narody i leżałbym plackiem przed ołtarzykiem...
Potem stoczyłem się na jakiś czas w gierki-flaszówki, klony angrybirdsów i typu odmóżdżacz totalny; to pewnie z powodu nadmiaru myślenia w pracy, domu i zagrodzie. Ale pomału mi przeszło.
A kiedy mi przeszło i zacząłem rozglądać się za czymś normalniejszym do pogrania i lepszym niż puzzlequesty czy inne tołer defensy, to akurat w mojej bańce internetowej wyraźnie zaczął narastać ciąg i huczek o
Kerbal Space Program. Oczywiście ludzie mądrzy, dobrzy i geekowaci mówili i
pisali o tym grubo ponad rok temu, ale ja mam jak zwykle powolny rozpęd, tudzież skromne zasoby czasu i uwagi, nawet jeśli nerdozę mógłbym dostarczać rurociągiem.
W skrócie - KSP dla technicznego geeka jest jak twarde narkotyki dla twardego narkomana. To wciąga. Zostaliście ostrzeżeni. Straciłem na KSP już grube kilkadziesiąt godzin a dopiero się rozkręcam.
O samej grze możecie se poczytać gdzieś na boku albo u producenta albo w linku powyżej, nie będę przepisywał sieci. Naświetlę może minusy i plusy gry, takie zupełnie subiektywne (albo i niezupełnie).
Uwaga organizacyjna - gram w betę i to starawą. Stąd trafiają mi się wykrzaczenia i na pewno nie wszystko jest jak być powinno, nawet tylko w sensie programu czy interfejsu, o założeniach i różnościach w grze nie mówiąc. BTW gram na laptoku ośmiordzeniowym z 8GB RAM, więc przynajmniej symulacja itp. chodzi jak burza (ale nie jeśli włączyć grafikę na max, bo tego akurat firmowy laptok zbytnio nie wspiera).
Minusy:
Niezbyt sensowne poukładanie odkryć w trybie kariery (czyli rozwoju) i ogólnie sporo rzeczy dużo za wcześnie. Nie mam na myśli fantazji czy uproszczeń, ale zafałszowanie techniki i/lub historii w ramach tegoż uproszczonego fantazyjnego modelu. Na przykład według KSP ogólnie łatwiej dolecieć załogowo na księżyc itp. niż zmontować se byle akumulator czy baterię słoneczną czy sterowanie bezzałogowego satelity. A wypasiony plecak EVA miał już Gagarin. Itd itp. To jest ahistoryczne i antyedukacyjne.
Nadmierne uproszczenia są nieco nadmierne - zupełna likwidacja zagadnień life supportu? No nie wiem... ktoś powiedział, że to gra o mechanice orbitalnej a nie o duszeniu i wymrażaniu Kerbali, ale jednak...
Plusy - eee, cała reszta?
Po kilkudziesięciu godzinach (mały trening w trybie sandbox, większość w trybie kariery) zaliczyłem wszelkie zabawy na orbicie Kerbin (Ziemi), totalnie Mun (Księżyc), obleciałem Minimusa (okruch, drugi księżyc) i nawet ostatnio orbitę Evy (Wenus)
odkryłem połowę drzewka nauki (tę tańszą połowę...) - ale wygląda na to, że gry jest 5x więcej (dalekie planety, lepszy sprzęt, więcej nauki, wahadłowce, lądowania próbników, ba, dokować jeszcze się nie nauczyłem...). I warto brać poprawkę, że jestem dosyć otrzaskany w tematach poruszanych przez KSP, skądinąd, że tak powiem - wydaje mi się, że człowiek normalny może potrzebować i dwa razy tyle czasu na dojście o co w tym chodzi i co z czym i do czego.
Dużą zaletą jest sandboxowość KSP, i nie mam na myśli tryb sandbox (gdzie wszystkie części i urządzenia dostępne od ręki), ale dowolność celów, eksploracji, zagadnień, nawet w trybie kariery. Podoba mi się bardzo, że nie ma ścieżek-misji czy grubych scenariuszy, mam nadzieję, że komercyjna 1.0 też jest taka. Stąd mogę robić w KSP co mi się żywnie podoba (jak zawsze w grach) a gra mnie za to nie karze, tylko umiarkowanie nagradza (jak rzadko która).
Na przykład staram się robić tryb kariery "realistycznie", tj. bez nadmiernych strat, szczególniej w kerbalach, ale też - jak najmniej cofać się do nagrań. Wynikają z tego czasem zajebiste akcje - i taka jest właśnie cecha dobrego sandboxa jako interakcji systemu systemów: to 90% zabawa klockami, oby nie nudna, ale w 10% wygrzew, jakiego żaden normalny projektant nie wymyśli, a producent nie zatwierdzi. Jak na przykład taka akcja - drugie "udane" lądowanie załogowe na księżycu (to są lądowniki raczej na zasadzie rosyjskich Łuna niż amerykańskich LEM-Apollo) kończy się niespodziewanie tak:
czyli lądownik dobił do gleby uszkadzając silniki i delikatnie się przewrócił, ale z dużą dozą szcześcia, bo nie uszkodził nic z osprzętu i nie przygniótł włazu. Stąd smutny Jeb mógł wyjść i kontemplować swój zasraniutki los.
Ale kerbale się nie poddają, zamiast cofnąć się do nagrania albo ukatrupić pojazd i Jeba, wymyśliłem sobie zadanie ewakuowania go z księżyca. Za dane o eksperymentach itp. przesłane przez Jeba z powierzchni, udało mi się wyfedrować tyle "punktów nauki", że starczyło na mały sensowny moduł sterowania bezzałogowego - stąd po pechowca mógł polecieć bezzałogowiec, ale z jednoosobowym pustym lądownikiem (wcześniej nie było szans na takie combo). Wylądował "z orbity" prawie idealnie, zaledwie drobne 41km "za krótko" do Jeba... Maraton po księżycu, acz możliwy, okazał się niepraktyczny, 1m/s i brak przyspieszenia czasu w trybie łażenia po planecie, oznaczał, że butelka po piwie, która stała na klawiszu "bieg", musiałaby tam stać 10h, do rana. No jednak nie jest to eleganckie rozwiązanie, więc choć obawiałem się, że braknie paliwa na powrót, podleciałem pojazdem ewakuacyjnym te 40km. Załadowałem Jeba z próbkami, wystartowałem spoko, poleciałem najoszczędniej jak się dało do domu. Tak, zgadliście, jak bym nie cyrklował, paliwa brakło na hamowanie, na jakieś 1000km do planety... Ale kiedy Jeb kręcił się beznadziejnie po długiej elipsie, a ja rozważałem ile dni IRL zmarnuję, zanim go ewakuuję na orbicie "burta w burtę", okazało się znowu, że pierwszy badass Kerbin ma więcej szczęścia niż czegokolwiek, bo po obrocie Muna (księżyca) wzg. planety dochodzi do takiego zbliżenia, że asysta grawitacyjna obniża orbitę Jeba akurat na tyle, żeby twardo, ale jednak wylądował w domu...
Ogólnie, mam wrażenie, że w KSP będę grał jeszcze długo i namiętnie. A niech mnie, może nawet wersję 1.0 kupię.