(
ciąg dalszy po, czyli przegląd filmów "nowych" roku bezpańskiego 2015)
(minor spoilers alert!)
47 Ronin - w skrócie, kaszan. Oczywiście, łebek mi się zaczął odkręcać już po 3 minutach, na mistyczno-fantastyczne zagrywki wsadzone w całkiem historyczny przecież wątek zemsty 47 samurajów-roninów. Ale po chwili przestał mi się łeb obrywać i stwierdziłem, ok, czemu nie, można tę historię pożenić z mitologią, shinto i fantasy, tak dla odmiany i zmieniłem nastawienie na otwarte i przyjazne. Tylko, że niestety, zaraz okazało się, że można ten ożenek koncertowo spieprzyć, i nawet w takich założeniach ten film po prostu nie trzyma się kupy i woła o pomstę. I jak lubię Keanu Reevesa, tak robi w tym obrazku za jakiś popieprzony holywoodzki product placement. Ogólnie, trudno uwierzyć, że na tej produkcji spalono 175 megadolarów (zapewne głównie na ładne detale scenograficzne, idiotyczne FX i zbędne dwujęzyczne kręcenie) - po prostu wierzyć się nie chce, że ktoś dał taką kasę praktycznie debiutantowi reżyserowi i na tak gówniany scenariusz... "Potem żałował".
Robocop - po debilnym remake Total Recall, strach było sięgnąć po drugiego "odświeżonego" klasycznego Voerhovena. Ale zacisnęliśmy zęby i zapuściliśmy, bo taki jest cel naszego ćwiczenia - żeby zapoznać się ze stanem bieżącym, nawet jeśli to bieżący ściek. A tu taka miła niespodzianka - to jest najlepszy średnio-twardy SF widziany nie tylko w obecnym cyklu, ale też od bardzo bardzo dawna. Po ładnie rozegranym, znacznie "nowocześniej" niż oryginał, początku, nastąpił ogólny WTF, kiedy Murphy już został cyborgiem i "przecież to jakiś inny film będzie" - ale zaraz scenariusz, przy wydatnej pomocy świetnych Keatona (ma fazę dziadek!) i Oldmana, zakręcił w miarę ostro i spójnie jak trzeba, i to kilka razy, i zrobił się bardzo ładny, bardzo świeży, lepszy niż oryginał, Robocop. Lepszy, bo znacznie bardziej skomplikowany niż Voerhoven i głębiej poruszający problemy styku ludzi i maszyn, cyborgizacji, przemysłu militarno-policyjnego, polityki vs. tenże przemysł, nauki vs. tenże przemysł, i w ogóle cud-mniut i orzeszki i wielka tłusta foka aprobaty. I co miłe, jak na ostanie filmowe SF - wszystko całkiem całkiem spójnie. Aż dziw bierze, czemu film ma w necie takie niskie oceny - mam wrażenie, że recenzenci i oceniający niewiele z niego zrozumieli, albo już nie odróżniają dobrego SF od oczojebnego krapu SF - gdyż albowiem w obu napieprzają się efekciarskie zmechy i różne robotopodobne konstrukty, a kto by tam wnikał po co to robią i czy to ma jakiś sens. Może tylko nieco przeszarżowana i spłaszczona wizja mediów (choć S. L. Jackson i tak fajny w roli "mediów"), no i tradycyjnie, minimalnie skopano zakończenie - na marginesie wydaje się, że wielkobudżetowy holywood po prostu nie potrafi robić sensownych zakończeń, o braku happyenda już nie marząc nawet. Znaczy, zawsze nie umiał, ale ostatnio jakby bardziej.
True Detective (sezon 1) - obejrzeliśmy, w naszych realiach, prawie ciurkiem, w dwa wieczory. Bardzo przyjemnie nakręcona, w bardzo malowniczych sceneriach i realiach, bardzo fajna historia wieloletniej "przyjaźni" i walki ze światem i nie tylko, dwu, świetnie zagranych przez McConaughey'a i Harrelsona, detektywów z Luizjany. Co prawda, baza fabuły płaska jak deska, przewidywalność "kryminału" trywialna jak coś trywialnego, a dramaty damsko-męskie rodem z liceum i miejscami IMHO nieprawdopodobne, ale spoko, oglądało się i tak dobrze, a raczej - podziwiało błyskotliwych aktorów i co lepsze kawałki fabuły. Za wyjątkiem, oczwiście i tradycyjnie, zakończenia - a w tym przypadku spieprzone zakończenie rozciąga się, delikatnie licząc, na jakieś dwa ostatnie odcinki. A zupełnie serio, od momentu finałowej walki robi się festiwal żeny; sieć podpowiada, że najoczywiściej miała się historia skończyć tak jak trza, po walce, ale musieli, no k... musieli, polecieć w "lepsze" zakończenie, i jeszcze "lepsze", i jeszcze, i tak do wyrzygu jeszcze. Szkoda.