Kiedy czytam o rozkwicie agresywnej ignorancji, jak w
notkach Barta o lobbowaniu pro-epidemicznym, czy o wywodach kreacjonistów czy anty-ewolucjonistów z USA, czy głupoty denialistów klimatycznych czy nawet zderzam się z prostym lamarckizmem u kolegi z pracy, nawet już się nie dziwię. Bo przez lata wdrukowałem sobie nieźle to, co ładnie ujął Denning w
tłumaczonym chwilę temu - że na świecie tak naprawdę mało jest prawdziwej ignorancji (w sensie - braku wiedzy), niewiele więcej zła, za to monumentalna podniebna góra fałszywej wiedzy i błędów poznawczych, solidnie podparta przez te nasze prymitywne mechanizmy stada małp naczelnych i umysłowości każdej małpy z osobna.
I nie ma na to ratunku tak naprawdę, zresztą, nigdy nie było - edukacja czy praca u podstaw (jak Barta) moim zdaniem nie ma większego sensu. Nie mam tu na myśli, jak wielu narzekających, że przypływ agresywnej ignorancji jest obecnie szczególnie wysoki i dlatego beznadzieja, że "świat oszalał", że "schodzi na psy" - myślę, że co najwyżej przez możliwości techniczne obecnego świata przepływ głupot jest bardziej widoczny, głośniejszy; szybciej się idee, głupie czy niegłupie, rozpowszechnia; ale w rdzeniu ignorancji niewiele się zmieniło. Czasem wydaje mi się, że dobrobyt i łatwość przeżycia i życia, fundowana przez obecne cywilizacje i kultury I czy II świata mogą być nieco obwiniane za wypieranie wiedzy przez fałszywą wiedzę, ale zawsze przychodzi mi refleksja, że gówno prawda, bo od biedy i trudności przeżycia III świat czy dawne czasy wcale nie były jakoś mądrzejsze, czy lepiej znały granice swojego poznania, i nawet najkoszmarniejsze konsekwencje błędów i fałszywej wiedzy niekoniecznie łatwo czy bez oporu powodowały jej odrzucenie czy poszukiwanie lepszej wiedzy.
Wieczny konflikt rozumu z ignorancją z lekkością ujął Lem w "Cyberiadzie", w pierwszej opowiastce z "Bajki o trzech maszynach opowiadających króla Genialona" - tej z Doradcą Doskonałym, królem Mandrylionem, Trurlem i niebieskimi śrubkami.
Trurlowie, mędrcy, posługujący się jakimiś odmianami racjonalizmu czy metody naukowej, dostarczają ludzkości naukę, metody, technologie, narzędzia (Doradców). Ludzkość używa tego wszystkiego do zaspokajania swoich, przeważnie, małpich potrzeb, tak osobniczych jak stadnych; tudzież bardzo kocha te wszystkie technologie i narzędzia, "swoje duszeńki". A Trurlów - "konstruktorów" chętnie zrzuca z wysokości blanków do fosy, najlepiej po wyrwaniu im kulasów, zamiast uczciwie odpłacić czy nawet tylko uznać zasługi. Ale cały czas małpa, której nie chce się i nie jest w stanie pojąć "jak to działa", w głebi ducha technologii nieco się boi, nieco w nią nie wierzy, ma ją za "przeciwną naturze" albo groźną. I wystarczy przypadkowy bzdet, rysa, korelacja, pomysł, zbieg okoliczności, żeby zaczęła rozmontowywać cywilizację (jak król - Doradcę) w imię swojej fałszywej wiedzy, gwarantującej kruchą małpią samoocenę - po czym tryumfalnie zawsze znajdzie jakieś "niebieskie śrubki": krzyk mózgowy, chemtrailsy czy inną płaską Ziemię.
Jedyny problem, że po zdemontowaniu przez ludzkość-małpę Doradcy, nie przychodzą się upominać o swoje Trurlowie, tylko zwykłe plagi tego świata - choroby, niedostatki, marnotrawstwa zasobów i życia, i suma nieszczęść, które nasza technologia i cywilizacja tylko ruguje, bo mało które tak naprawdę zniknęły i nie wrócą.
Co Lem ładnie pokazał opowiastką, to jak można zdemontować doskonały rozum, posługując się jako dźwignią - głupotą korzystających z doskonałego rozumu.
Czego moim zdaniem nie da się pokazać ani wymyśleć nawet, to jak zdemontować ignorancję, posługując się jako dźwignią rozumem tych rozmontowujących. Może działa to dla prostych eksperymentów fizycznych czy chemicznych czy podobnych nauk ścisłych, ale wysiada już przy biologii czy astronomii, o naukach i problemach społecznych nie mówiąc. Zawodzi edukacja czy nawet popularyzacja nauki, zawodzi odwołanie do autorytetów (bo ignorancja ma przecież dosyć własnych, na miejcu i na wynos, zresztą, to jest jednak sprzeczność, rugowanie fałszywej wiedzy za pomocą autorytetu). Próby demontowania ignorancji przez używanie sarkazmu czy parodię czy nabijanie się z niej, jak
w przykładzie z blogrollki czy czasem u Barta, są skazane na porażkę - dobrze wykształcony głupek sarkazmu nie jest stanie rozpoznać, trollerkę weźmie za dobrą monetę, w razie czego poszuka sobie "lepszych" wyjaśnień (od teoriospiskowych po prawdopośrodkowe), itd.
Jedyne co moim zdaniem warto, to przy młodych i jeszcze nieopancerzonych fałszywą wiedzą i źle skierowaną asertywnością małpach, próbować metody sokratejskiej i ogólnego zachęcania do krytycyzmu, pogłębiania analizy, grzebania w źródłach, pokazywania tego jako dające fajne efekty i zacne satysfakcje; mniej więcej jak w eseju Dunninga wzmiankowano.
Przy solidnie doświadczonych osobnikach, z łbami pełnymi dobrze zakutej wiedzy, tyle, że fałszywej, nie za bardzo można cokolwiek zrobić. Na ogół metoda sokratejska kończy się raczej szybko i oby nie tak źle, jak dla Sokratesa. Na analizę i źródła, panie, kto ma czas na takie pierdoły, skoro guru/ znachor/ rydzyk/ jaśkowiak/ biblia/ tabloid/ koran/ telewizja/ dawno ustaliły, jak jest naprawdę.
Oczywiście, można próbować rozmawiać, a nawet trzeba, kiedy agresywna ignorancja niesie nieszczęścia trafiające nie tylko ignoranta, ale rykoszetem np. jego dzieci czy ogół społeczeństwa, jak przy nieszczęsnych szczepionkach. Ale nie wróżę sukcesu. Moim prywatnym otwarciem w takich rozmowach jest przeważnie popperyzm dla ubogich, czyli minimum falsyfikowalności, czyli "Tak, jasne, astrologia twoim zdaniem ma całe biblioteki dowodów, to się sprawdza olbrzymiej liczbie ludzi - ja akurat mam ją za bzdury wyssane z chciwego palucha pomnożone przez dane anegdotyczne i fałszywe korelacje. Ale zanim zaczniemy się przekonywać - czy wyobrażasz sobie jakiś argument czy ciąg argumentów, który mógłby cię przekonać, że astrologia nie ma najmniejszego znaczenia i nie dostarcza żadnych informacji?". Co przynajmniej daje szansę na przemyślenie przez delikwenta postawy i metawiedzy. Jeśli odpowiedź wskazuje na jakiekolwiek rysy czy szczeliny w pancerzu fałszywej wiedzy, można je próbować poszerzyć czy drążyć w dyskusji i pracą u podstaw. Jeśli, przeważnie, odpowiedź jest klasy "Nie ma takiej możliwości, bo astrologia to najprawdziwsza prawda", dyskusja o astrologii, podobnie jak dowolnej religii czy ideologii, jako takiej, nie ma większego sensu; jeśli się uprzeć, można próbować zupełnie przenieść rozmowę na poziom meta- w sensie "Ale przecież chyba nie urodziłeś się z wiarą w astrologię, tylko skądeś ci się wzięła? A skąd?" itd. i zakwestionować przynajmniej mechanizmy transportu ignorancji i wysiać trochę krytycyzmu i analitycznego myślenia. Ale znowu, nie wróżę sukcesu.
Bo tak czy owak, dopóki są ludźmi - jutro znajdą sobie kolejne niebieskie śrubki.