Wpisy    Losowo    Autor    Rejestracja    Zgłoś błąd
RSS blog   RSS komentarze







Autor: Boni
Kiedy: 2015-02-28, sobota
Tagi:  przemysł, varia, hejt
___________________________________
... czyli jak przetrwać na etacie w I/II świecie kapitalizmu skażonego neolibem. To jest kompilacja uwag, czasem systemowo-ogólnych, czasem nadmiernie szczegółowych, z mojej łepetyny, jakiegoś tam doświadczenia, i wielu źródeł, przeważnie zapomnianych, na jakie się natknąłem przez lata.

Najpierw garść ogólników:

0) Wstępne przypomnienie o co kaman i "dla kogo kogo" - praca w tej notce i jej okolicy jest rozumiana jako praca najemna w kapitalizmie, czyli pracownik, który nie posiada środków produkcji, wykonuje za wynagrodzeniem pracę ("przy pomocy" środków) na rzecz pracodawcy, który środki posiada. Zyski pracodawcy są stratą pracownika (stąd czasem zwane wyzyskiem). Nie ważne czy się komuś marksistowska perspektywa nie podoba z przyczyn dowolnej religii czy ideolo jakie se tam wyznaje, nie ma innego sensownego opisu sytuacji. Znaczy, są, ale są to opisy fałszywe, przeważnie mające ustawić pracownika (w szkole - przyszłego pracownika) tam gdzie jego miejsce, czyli kiedyś przy taśmie montażowej albo w szeregu milionowej armii, obecnie w karnym rządku korpo-dron albo prekariatu, itp. Praca nie jest żadną mistyczną "wartością społeczną", "podstawową", "uniwersalną" czy inną cnotą, proszę nie dawać sobie wmówić takich pierdoł, tudzież nie dawać ich wmawiać waszym dzieciom czy wnukom. Najważniejszym sensem pracy jest to, że przynosi korzyści. Jeśli korzyści są wyłącznymi pożytkami pracownika, to jest to hobby albo autarkia albo jednoosobowa działalność gospodarcza (ta prawdziwa, a nie szarostrefowa), ale nie praca najemna w kapitalizmie. Jeśli za pracę pracownikowi ktoś płaci, zatrzymując istotną część wypracowanych korzyści, to choćby pracownik był święcie przekonany, że to hobby i uwielbiał pracę i pracodawcę, jest to praca najemna. I nie ważne czy pracownik to sprzątaczka czy CEO, żadne racjonalizacje im nie pomogą, jeśli realnie nie są właścicielami środków produkcji.

1) Praca na obecnym etapie naszej cywilizacji nadal jest ciągła, tzn. niewiele się zmieniło przez ostatnie wieki - zmieniają się potrzeby, środki, narzędzia, struktury firm, itp. ale nadal praca jest konieczna a jej środki mają żądnych zysku właścicieli (dlatego nadal kapitalizm i wyzysk ma się dobrze). Stąd - jest nieskończona, NIE MA KOŃCA PRACY jako takiej. Można oczywiście przestać pracować, bo wygrało się w totka, poszło na swoje, poddało się i zostało bezdomnym czy wariatem czy złodziejem, ale w sensie przeciętnego człowieka na etacie - zapamiętaj, że ZAWSZE będzie następny projekt, następny ważny klient, kolejny poniedziałek. I nie znaczy to, że depresja i tylko pochlastać się zostało, raczej mówię, że nie warto się przejmować. Zaprawdę powiadam ci, jeśli wyczekujesz nieustannie końca pracy, nawet tylko w formie "aby do piątku", czeka cię rozczar i deprecha; o nadziejach typu "aby do końca roku", "aby do końca projektu", a nie daj boh "aby do emerytury" nie mówiąc. Nie warto mieć nadziei na koniec pracy, nie warto uważać pracy za beznadzieję, ot, jest, pracuje się, dajcie se na luz. To ważne w kontekście tego, że karbowych rozwiniętego kapitalizmu, czyli managerów itp. ustawia się i tresuje od góry do dołu tak, żeby mniej (w ekololo-startupach) czy bardziej (w sweatshopach a la magazyn supermarketu) nieustannie wmawiali pracownikom (zresztą, sobie też, gdyż niektórzy w to wierzą), że jeszcze jeden wysiłek, że ten projekt jest najnajnaj, że ten miesiąc najważniejszy. Gówno prawda, zawsze będą jakieś następne wysiłki, miesiące, projekty, nie w tej firmie, to w innej, nie z tymi ludźmi, to z innymi.

2) Pracuje się za umówioną zapłatę. Niekoniecznie są to pieniądze, jestem zgodny dzieciak, i mogę przystać na koncepcję, że dodatkowe korzyści jakie pracodawca sypnie pracownikowi, też się wliczają, nie tylko oczywiste bonusy, czy służbowa bryka, czy jakieś ubezpieczenia czy usługi, ale nawet dobre słowo czy atmosfera czy uścisk dłoni prezia, czemu nie. Ważne są dwie rzeczy - czy tak się umawialiśmy, tzn. jeśli ktoś myśli, że roczny bonus może zamienić na uścisk dłoni, to chyba och... i sayonara, bitch; dwa, czy bonus albo "bonus" przynosi korzyści pracownikowi "tu i teraz", w takim sensie jak jego praca przynosi korzyści pracodawcy "tu i teraz". Nie wolno dawać se pociskac kitu "z odroczoną płatnością" różnych takich "bonusów" (a nie daj boże odraczaniem zapłaty wprost) - np. dobezpieczenie zdrowotne jest warte dla zdrowego pracownika tyle, co świstek na którym polisę wydrukowano, nawet jeśli pracodawca twierdzi, że gardło sobie podrzyna i taaaki bonus, kochani. Podobnie z obietnicami, że za rok będzie taaaka podwyżka - nie dawajcie się omamić, nic nie dostaliście, to tylko takie gadanie, które oczywiście można brać pod uwagę, ale to nie jest żadna zapłata, tegorocznych rachunków nie opłacicie przyszłoroczną podwyżką (znaczy, można próbować, kapitał w sensie banków itp. ucieszy się i zarobi na was).

3) Pracuje się w umówionych godzinach. Oczywiście, w tym ustroju nikt za bardzo nie broni wam zdechnąć z powodu przepracowania czy karoshi, "krew z nosa nie leci, możesz robić", a ja zawsze zgodzę się, że jest za dużo ludzi na świecie - ale to jednak suabe jak coś suabego, naprawdę złożyć życie w ofierze na ołtarzu zysków jakichś gości, którzy są właścicielami czy pracodawcami; serio, od ręki mogę wymyśleć ze trzy lepsze cele w życiu. I nie mówię, że czas pracy to koniecznie ma być 40h/tyg. uważam, że zdrowy człowiek jest w stanie pracować nieco więcej - jeśli CHCE i ktoś godziwie za to ZAPŁACI? Czemu nie. Ale narzucanie więcej niż umówiono, jednostronnie przez pracodawcę (np. bo pkt. 1)? Spadówa na drzewo, biczes i sayonara. Z drugiej strony, myślicie, że możecie naprawdę pracować 100h/tygodniowo i nie zejść na zawał itp. w kwiecie wieku? Myślcie tak dalej, to firma jako bonus dorzuci wam wieniec na nagrobek.

4) Pracuje się w sensie "na zlecenie" a nie w sensie "o dzieło". Oczywiście, nie zawsze i wszędzie jest idealnie, i niektóre zawody tradycyjnie, a cała reszta przez chcicę pracodawców i managerów, łatwo skręcają w "o dzieło", tzn. struktura pracy i płacy jest (albo usiłuje być) taka, że promuje osiągnięcia celów, deadlajnów, targetów sprzedaży, key indicators, czy co tam se aktualnie karbowi wymyślą do mierzenia zysków i wyzysków. Takie miejsca pracy czy stanowiska dostają z miejsca minus siedemset do sympatii. Bo, choć uznaję istnienie w miarę sensownych systemów motywacyjnych dla jakiegoś podzbioru pracy najemnej, to przeważnie my, jako salarymen, nie mamy dostatecznego wpływu na osiąganie "dzieła", cele są niejasne, zmienne, a gonienie różnych wyimaginowanych przez pracodawcę króliczków wbrew pozorom niewiele mniej szkodzi niż 100h/tydzień, gdyż stres zabija równie skutecznie jak przepracowanie. Dlatego jeśli to możliwe, warto trzymać się podejścia "na zlecenie" - dostarczam najrzetelniej przepracowane 160h/mies. wsparte moim doświadczeniem i wiedzą, a wasze problemy, targety, cele, zyski i ogólnie RYZYKO biznesowe, to wasz problem, jak będę koniecznie chciał takie problemy brać na głowę, to se firmę założę.

5) Poza pracą jest życie. Życie nie polega na klientach, kolegach z pracy, firmie. Znaczy, spędzamy w pracy sporą część życia, i to ważne jak w pracy jest, ale jeśli najważniejszą częścią czyjegoś życia jest praca i jej środowisko, no to kondolencje i co ja mogę. A jeśli w chwilach filozoficznej zadumy nad życiem, Wszechświatem i całą resztą, jednak znajdujecie jakąś inną część waszego życia ważniejszą niż praca, to pamiętajcie o tym także w pracy, wobec szefów, kołorkerów i całego tego cyrku. Że zdrowie macie jedno, a praca jakaś zawsze się znajdzie. Że czas oddany pracodawcy zamiast tym, którzy dla was ważni, nie da się w żaden sposób odkupić i nie wróci. Że urlop czy weekend czy inne przerwy od pracy należą się jak psu buda i niech nikt wam łaski nie robi, gdyż, zgadliście, sayonara, biczes.

Teraz trochę bardziej szczegółowych acz luźnych uwag, tudzież anekdata z ostatnich 20 paru lat i rysy osobiste.

Moje uwagi są szkodliwe społecznie, spojrzenie spaczone, a reklamacji nie przyjmuje się, gdyż zmieniałem pracę 3 razy na dwadzieścia pare lat, nikt mnie nigdy nie zwalniał, nie miałem problemów ze znalezieniem następnej, każda następna była lepsza, itd itp. Może jestem zdolny i mądry i piękny i skromny, może przekułem hobby w dobry zawód i trafiłem w trendy i sensowne rejony przemysłu/ów, może umiem się sprzedać, może wszystko na raz - pod rozwagę poddaję, że warto poszukać trwałej i niekoniecznie bardzo modnej niszy a potem w tej niszy spróbować być dobrym, no i jeszcze żeby płacili ze dwie - trzy średnie krajowe. Wtedy jest jakby znacznie łatwiej, niż jeśli się idzie za trendem, gdzie płacą 2x tyle ale jest 10x więcej cwaniaków na etat; nie mówiąc o zawodach popularnych, gdzie wystarczają zdolności nijakie takie, więc płaci się raczej licho, a chętnych nadal 10x tyle.

Kiedyś dosyć namacalnie osiągnąłem granicę przepracowania i nie mam na myśli rozbicia się "maluchem" po około 50h bez snu (kiedy jeszcze próbowałem na raz - pracować, budować dom i studiować), ale raczej, kiedy po ok 2 tyg. pracy po 14-16h/dz i praktycznie tylko spaniu i myciu w domu, odespałem w weekend w końcu to całe zlecenie i zamieszanie, wylazłem zadowolony z siebie, zrobiłem "przytul tatę" do 3 letniej córki, a ta uciekła z krzykiem jak od obcego. Właśnie wtedy coś mi się w ceberku nieco przestawiło i priorytety lekko przetasowały.

Praca w nadgodzinach za godziwe wynagrodzenie może mieć jakiś tam sens. Praca w ustalonych godzinach ma sens lepszy. Praca w elastycznych godzinach to piękno i dobro. Tu gratulacje dla poprzedniego pracodawcy, jak bywało tak bywało, ale sensowny flextime (zaczynamy <9am, kończymy >3pm, 8h dziennie plus przerwa, reszta szczegółów to drobiazgi) dla pracowników umysłowych był zawsze. A w macierzystych fabrykach w Danii na flextime byli wszyscy, nie tylko biura.

Nigdy nie pracowałem z domu (choć pewnie dałoby się w mojej branży), więc nie wiem, czasem wydaje mi się to sensownym pomysłem a dojazdy i te całe biura stratą czasu, ale innym razem mam wrażenie, że jednak ułatwienie kontaktu z zespołem i zmiana miejsca i atmosfery zmienia nastawienie i wydajność na tyle, że warto ruszyć tyłek.

Ludziki siedzące permanentnie po godzinach albo stawiające się w pracy pół godziny przed czasem, są może normalne w Japonii, ale w moim świecie są albo chytro-durne, albo bardzo naiwne. Chytro-durne, jeśli wierzą, że coś zyskują w oczach szefów czy współpracowników (testowo - proponuję sprawdzić, co się stanie, jeśli, bez ostrzeżeń czy umawiania, po 2 tyg. przychodzenia o godzinę wcześniej, powiedzmy ze dwa dni przyjdziecie o godzinę później). Naiwne, jeśli myślą, że "przerobią robotę" w ten sposób, bo TO WAŻNA PRACA. Patrz punkt 1) robota jest nieprzerabialna, po prostu sponsorujecie pracodawcę. Szefowie, którzy zachęcają i promują takie praktyki, to złamasy, widocznie wychowane na takich praktykach i podobne no-lajfy, głupie albo naiwne. Szefowie sensowni, widzą to jako sygnał, że ktoś jest durny (próbuje oszukać pozorami pracy), albo naiwny (próbuje przerobić nieprzerabialne), albo po prostu nieefektywny i nie radzi sobie w pracy.

Urlopy są częścią umowy a nawet prawa pracy, i nie ma żadnej łaski, jeśli ktoś je wykorzystuje. Uropów nie "udziela się", czy "daje", urlop się należy i co najwyżej się go uzgadnia, żeby obie strony się nie zdezorganizowały nadmiernie. A zaległe urlopy nie są żadną inwestycją, sa kredytowaniem pracodawcy (jak pkt 2, bonusy odroczone), możecie pracę stracić, może pracodawca się zmienić, może zajść wiele rzeczy, straconego urlopu a.k.a czasu nie wyrówna żaden ekwiwalent. Jak w tym ładnym przykładzie - "Skończyć krytyczny projekt czy trzy tygodnie we Włoszech? A za 10 lat, ty czy twoja rodzina, co będzie się pamiętać bardziej, ten projekt czy te wakacje?" i przeważnie tyle w temacie.

Mądrzy ludzie twierdzą, że trzeba brać 3 tygodnie urlopu ciurkiem koniecznie (mądrzy pracodawcy narzucają wręcz takie urlopy) - tydzień to jest nic w sensie odpoczynku i zaraz wraca się do pracy, która tylko się spiętrzyła. Dwa to jest lepiej, ale bywa różnie, jeszcze się nie odrywa od myśli o pracy a w pracy jeszcze spychają na. Przeważnie dopiero po trzech tygodniach delikwent naprawdę odpoczywa i wraca świeży, i nie zastaje spiętrzonych zaległości, poza naprawdę grubym kalibrem, bo ktoś musiał się tym zająć; a bonusowo zespół czy zastepca zyskuje obycie, bo naprawdę musi zastąpić delikwenta, a nie tylko przeczekać.

W obecnej cywilizacji śmierci i smartfonów, a nawet tylko telefonów i kompów, urlopy czy nawet weekendy podlegają atakom tele, emaili itd itp. To jest ZUO, gdyż poważny email czy tele wytrąca z równowagi na pół dnia, albo i lepiej; stąd powinien być traktowany jako praca zdalna i tak wynagradzany. I dobrzy szefowie tak też podchodzą do sprawy (pozdrowienia dla D. za niezapomnianą zjebkę za moje czytanie i odpisywanie na slużbowe emaile w weekendy, to była lekcja słuszna i zbawienna). Ale wielu ma to w d... i traktuje pracownika jako dostępnego 24/7 no bo przecież po to dali mu smartona służbowego, co nie? NIE. Należy nauczyć szefów, szczególniej że emaile czy SMSy, wysłane w weekend czy na urlopie zostaną odebrane albo i nie, ale raczej nie. A już szczególniej zabawne są instytucje pracujące globalnie, z kontaktami w różnych strefach czasowych. Jak powiedział kiedyś Ł. jak zapytałem czemu rzuca w sumie fajną pracę, którą lubił, i względnie wysokie stanowisko - popatrzył na mnie zmęczony i powiedział "ale zdajesz sobie sprawę, że do mnie dzwonią nad ranem Chiny, potem Indie, potem tutaj zapieprz, a wieczorem zaczynają dzwonić Meksyk i Stany?", tylko pokiwałem ze zrozumieniem, bo do mnie co najwyżej wydzwaniały Indie. I raczej oględnie, uważali, żeby nie przed 9 naszego czasu, wtedy odbierałem 3-4 telefon, około 14. Bo jak się pomylili, nie odbierałem wcale. Oczywiście na urlopie. I na prywatnym tele, gdyż jeden taki leniuszek-cfaniaczek dał Tamilom mój numer, ależ zabawne, uhaha.

BTW zapalnikiem, który spowodował, że nastąpiła finalna spinka w poprzedniej pracy, był sążnisty email, w języku-korpospiku, od niekompetentnego człenia, w sprawie idiotenprojektu, wysłany w sobotę po południu. Więc choć jeszcze w piątek wieczór byłem "hmm, no doobraa, okeeej", to już w poniedziałek rano "nie biorę tego projektu na siebie, nie chcę do Danii, wypadam do UK przy najbliższej okazji, sayonara panowie". Na szczęście obyło się bez większych strat i nerwów, gdyż coś koło tydzień później zadzwonił obecny pracodawca.

Płace, jak wiele innych elementów pracy i umowy, podlegają renegocjacji. Uwierzcie, jeśli pracodawca zobaczy stratę "z tytułu" waszej pracy, to was zaraz zwolni albo obetnie wam korzyści, itd itp. Więc analogicznie, jeśli widzicie się ponoszącymi straty albo niedocenionymi i to wszystko przestaje się opłacać, należy renegocjować od razu, a nie "kiedyś tam się odważę". Oczywiście bywają lata chude, bywają okoliczności rynku pracy czy jakieś inne zawirowania i kryzysy, i figę zobaczycie, a nie podwyżkę - ale jedno pewne, mało kto dostaje podwyżkę, jeśli nie poprosi (znaczy, poza układowymi czy systemowymi). Proście a będzie wam dane, oto myśl sensowna (co prawda, połowę podwyżek w życiu (niesystemowych) dotałem nieproszone, ale ja jestem anomalia, zapewne tania anomalia). Jeśli szefu itp. się oburza i łacha drze - czas rozejrzeć się za nowym miejscem z adekwatną płacą za wasze niedocenione zdolności (albo życie wam zweryfikuje wybujałe ego i przestaniecie gwiazdorzyć). Jeśli szefu sensownie i zgrabnie rozkłada ręce w przyjaznej atmosferze, że "nie da się", można poczekać, można wrócić do tematu, zawsze można i tak powiedzieć "sprawdzam". A niespodziewanie często - coś wam jednak wpadnie.

Podsumowując - pomimo wszelkich taktyk managerów, brudnych ideolo nadawanych przez medialne i edukacyjne tuby, sponsorowane przez lobby neolibów i całego tego pieprznika, tudzież pomimo przymusów ekonomicznych, nie warto się zbytnio przejmować pracą. A nawet - nie warto się przepracowywać.





janek.r
Sat, 28 Feb 2015 10:25:56
Amerykanie też tak radzą: http://kenrockwell.com/business/take-your-vacation.htm

roize
Sat, 28 Feb 2015 11:45:56
To co piszesz ma sens w przypadku osoby, która wnosi istotną wartość dla pracodawcy i nie jest łatwozastępowalna. Ma wiedzę, umiejętności itd. W przypadku osób niskowykwalifikowanych, szczególnie takich, które dały się omamić dobrom materialnym (że mają one istotną wartość w życiu plus kredyt na nie) - zupełny brak przełożenia.

Jeszcze jeden brakujący(?) aspekt. Niektóre firmy, zwł. większe, pozwalają swoim pracownikom na nabycie - często po preferencyjnych cenach - akcji firmy, w której pracują. Na zasadzie, że właściciele kapitału mają powiedzmy (strzał) 80-90% udziałów, pracownicy w sumie (20-10%). Pojedynczy pracownik pewnie jakieś promile. Jak postrzegasz wówczas sytuację?

Boni avatar Boni
Sat, 28 Feb 2015 11:50:16
@janekr

Jak to podlinkowałeś na blabie to przejrzałem po łebkach i zrobił się z tego trigger do dawno niechcianej notki; reszta pożyczona jest z Townsenda "Jak zdobyć szklaną górę organizacji"; z jakichś artykułów o "pracusiach" przed- i pogodzinowych; z rozważań o podwyżkach, które gdzieś kiedyś mi się spodobały; jeszcze innych o urlopach itd itp. no i z tzw. życia.

Boni avatar Boni
Sat, 28 Feb 2015 12:11:30
@rozie
To co piszesz ma sens w przypadku osoby, która wnosi istotną wartość dla pracodawcy i nie jest łatwozastępowalna. Ma wiedzę, umiejętności itd. W przypadku osób niskowykwalifikowanych, szczególnie takich, które dały się omamić dobrom materialnym (że mają one istotną wartość w życiu plus kredyt na nie) - zupełny brak przełożenia.

Stąd w tekście disclaimer o mojej specyficznej "karierze" i punkcie widzenia i uwaga, jaką niszę polecam sobie znaleźć, tudzież być w niej w miarę dobrym i trudnozastępowalnym. Wiedza czy umiejętności nie biorą się z powietrza czy tylko przez dobre geny, a kapitał (wielostronny) "po rodzinie" itp. pomaga, ale przecież nie gwarantuje; i mamy XXIw, pracę a nawet zawód będzie trzeba zmienić w życiu parę razy - ale to nieco inny temat, i nie rozwijałem go w tej notce.

właściciele kapitału mają powiedzmy (strzał) 80-90% udziałów, pracownicy w sumie (20-10%). Pojedynczy pracownik pewnie jakieś promile. Jak postrzegasz wówczas sytuację?

Jako kolejną formę złotych kajdanek, a najczęściej - jako iluzję leciutko pozłacanych kajdanek; więc przeważnie nie partycypuję w takich rzeczach dobrowolnie, a jeśli mi wmuszano, to się ich pozbywam. Ok, jeśli dywidenda z takich mikroudziałów byłaby na poziomie 1-2 pensji rocznie, to pewnie byłaby to dla mnie jakaś motywacja (no i można by podyskutować o "problemie łysego" w kontekście spółdzielni), ale złudzenie dywidendy czy złudzenie spekulacji, "patrz jak cena udziału rośnie!"? Prfff. Nie mylimy posiadania 0.001% przedsiębiorstwa z posiadaniem, hmm, czegokolwiek, proszę. Tak jak od posiadania pakietu akcji giełdowych nie jest się automatycznie kapitalistą, tak od posiadania, nawet 1000x większego udziału, tj. 1% niekoniecznie staje się ktoś współwłaścicielem swojego miejsca pracy.

Codiac
Sat, 28 Feb 2015 13:54:58
@Boni
"zapamiętaj, że ZAWSZE będzie następny projekt, następny ważny klient, kolejny poniedziałek."

Ale jednocześnie są projekty lepsze i gorsze, klienci sensowni i upierdliwi. Ot, przykład na czasie - ktoś z wysokiego managementu postawił sobie za punkt "honoru" (a raczej, taki sobie cel na ten rok uzgodnił z przełożonym) wprowadzenie nowego systemu. System jest ujowy strasznie i niedopracowany, powinno się mu dać z pół roku ciągłych testów i poprawek, ale mimo że wszyscy szeregowi pracownicy to mówią, managerowie nie odważą się tak powiedzieć, bo to decyzja kogoś wysoko postawionego (co jest osobnym tematem, jak bardzo oderwani są tacy ludzie od rzeczywistości). Więc się trochę poprawia wyniki, maluje trawę na zielono i za miesiąc zaraportuje sukces wdrożenia systemu, Ważnemu Managerowi spadnie ciśnienie, bo wykonał swój cel i ma na to podkładkę, o samym systemie wszyscy zapomną i będzie spokój. Przynajmniej do kolejnego roku, kiedy znowu sobie poustawiają nowe cele. W takim sensie owszem, wyczekuje się końca pewnych projektów, współpracy z klientami, etc.

"Nigdy nie pracowałem z domu (choć pewnie dałoby się w mojej branży), więc nie wiem, czasem wydaje mi się to sensownym pomysłem a dojazdy i te całe biura stratą czasu, ale innym razem mam wrażenie, że jednak ułatwienie kontaktu z zespołem i zmiana miejsca i atmosfery zmienia nastawienie i wydajność na tyle, że warto ruszyć tyłek. "

Jeśli jest się częścią zespołu, współpracuje z kimś regularnie, to warto pracować z biura. Okazjonalna praca z domu ma sens z paru powodów (np. jak się okaże, że nie ma jak dojechać do pracy w sensownym czasie, to można wrócić do domu i zacząć normalnie. Można też pospać trochę dłużej), ale osobistego kontaktu nic nie zastąpi. W ogóle inaczej się rozmawia z kimś, kogo chociażby się widziało, ale jeśli ma się ten kontakt regularnie, to poprawia stosunki między ludźmi. Dlatego managerom, którzy swoich parę poziomów w dół podwładnych nie widują, a jeśli już to jako szarą masę, tak łatwo jest ich odczłowieczyć i traktować wyłącznie jako zasoby.

"A zaległe urlopy nie są żadną inwestycją, sa kredytowaniem pracodawcy (jak pkt 2, bonusy odroczone), możecie pracę stracić, może pracodawca się zmienić, może zajść wiele rzeczy, straconego urlopu a.k.a czasu nie wyrówna żaden ekwiwalent."

Nie do końca. Mogą być też formą wbijania szpili :-) Ja tak zrobiłem. Albowiem są w niektórych krajach przepisy prawne, a w niektórych firmach wewnętrzne, wg których pracownik musi wziąć raz do roku urlop określonej długości. I jeśli nie weźmie, to jest problem (ale nie dla pracownika, tylko jego przełożonych).
Drugi powód - z tego co wiem firmy w Polsce muszą zabezpieczyć kapitał na pokrycie zaległego urlopu. Co zamraża im zasoby i o ile w przypadku małej firmy nie są to duże sumy, to w korporacji z tysiącami pracowników każdy niewykorzystany dzień się dokłada. W takich miejscach jest ogromne ciśnienie na koniec roku, żeby zaległego urlopu było jak najmniej, bo manager który ma pod sobą ludzi z niewykorzystanym urlopem zmusza firmę do zablokowania sobie części kapitału na pokrycie tego urlopu (czy może na pokrycie ewentualnego ekwiwalentu? Przyznaję, że mam na ten temat mgliste pojęcie), a na to firma patrzy bardzo niemiło. To co do tej pory było kredytowaniem pracodawcy, nagle staje się tego przeciwieństwem.

Ja raz z premedytacją nie brałem urlopu. Gdy nas w zeszłym roku szefowie ostro pocisnęli, specjalnie tak poustawiałem wszystko, żeby na koniec roku mieć dużo i ciągle odwlekałem urlop. W rezultacie nie wziąłem go, nie wypełniłem przepisu że trzeba mieć dwa tygodnie ciurkiem (co nakazują nam przepisy wewnętrzne, antykorupcyjne - ważna rzecz) i to nie był mój problem!
Obserwować, jak szefostwo z jednej strony denerwuje się, że będzie zjebka z góry, bo złamane przepisy, bo zamrożone pieniądze i kombinuje jak tu coś pozamieniać, żeby ten człowiek mógł wziąć urlop teraz, ale widać że się nie da, bezcenne. Chociaż raz zwykły pracownik ma szansę wykorzystać ten system wyzysku na swoją korzyść, zastawia pułapkę na chcących go wykorzystać i potem obserwuje jak się miotają. To tylko satysfakcja, ale i takich momentów w życiu potrzeba.

rozie
Sun, 1 Mar 2015 08:37:02
@Boni Przybliż proszę "problem łysego" - zupełnie nie kojarzę. Co do wartości - znajomy dość mocno zacieszał, bo jako świeży pracownik nabył (chyba nawet dostał, albo jakoś bardzo tanio kupił...) akcje (spore międzynarodowe korpo), po jakimś roku kurs gwałtownie poszedł w górę. No i właśnie chyba 1-3 pensje do przodu (gdyby sprzedał, nie dywidenda, jednak).

Nie mylimy posiadania 0.001% przedsiębiorstwa z posiadaniem, hmm, czegokolwiek, proszę. Tak jak od posiadania pakietu akcji giełdowych nie jest się automatycznie kapitalistą, tak od posiadania, nawet 1000x większego udziału, tj. 1% niekoniecznie staje się ktoś współwłaścicielem swojego miejsca pracy.
To chyba trochę zależy, ilu ludzi zatrudnia firma? Jeśli 100, to 1% akcji odpowiada dokładnie byciu właścicielem przeciętnego (niekoniecznie swojego...) miejsca pracy, prawda? Analogicznie z 0,001% i 100k pracowników.

Ja raczej zwracałbym uwagę, czy te akcje to element dodatkowy i niezależny, czy wmuszony element wynagrodzenia (typu premia uzależniona od wyniku firmy).

@Codiac Myślisz, że te zamrożone ~10% wynagrodzenia (w skali roku) pracownika firmę boli? Pewnie w firmach, gdzie wynagrodzenia są istotną częścią ponoszonych kosztów może tak być. Przy czym to co robisz ma krótkie nogi - pracodawca bardzo szybko może wprowadzić plan urlopów (gdzie musisz podać na początku roku, kiedy planujesz urlop, zwł. ten długi, czyli dwutygodniowy, który też AFAIK w Polsce jest wymagany), od którego odstępstwo może skutkować standardowymi sankcjami (czyt. brak premii). Plus, w przypadku kontroli będzie miał podkładkę, że deklarowałeś, że weźmiesz, a nie wziąłeś[1]. Plus, takie pogrywanie może skutkować tym, że będziesz chciał/potrzebował wziąć urlop w jakimś terminie i go nie dostaniesz.

Co do zaległego urlopu - tak, jest to kredytowanie pracodawcy. Czasem warto, ale to zależy od "układu" - jak się spodziewałem dziecka to byłem dogadany, że zaległy biorę od ręki, praktycznie z dnia na dzień, bez większego dogadywania się (modulo dyżury). Co bardzo mi pasowało.

[1] Last but not least - jakie są sankcje dla pracodawcy z powodu niewykorzystanych urlopów w przypadku kontroli? Bo owszem, HR/"szefostwo" może się spinać, ale właściciel kapitału może mieć wywalone. Więcej, koszt ew. opóźnień kontraktu, których nie było, bo ludzie nie poszli na urlop może być wielokrotnie niższy od maksymalnej kary.

Boni avatar Boni
Sun, 1 Mar 2015 12:59:12
@Codiac

Pewnie, że na koniec niektórych wyjątkowo spier... projektów czy zadań czy okresów czeka się z utęsknieniem nieco większym, ale mój (i nie tylko mój) point jest taki, że nadzieja matką głupich - w pracy po skończeniu danego rozdziału przeważnie nadchodzi następny, niewiele różniący się od poprzedniego. Więc pomijając jakieś zaburzenia typu wygrana w lotto, wielki spadek, zgon, przejście "na swoje" - nie warto wmawiać sobie "aby do końca", bo właściwa perspektywa to - nie warto przejmować się "końcem" pracy. IMHO ogólniej ludzie wpadają w tę pułapkę niezwykle często, szukając nadziei w cezurach: "jak skończę projekt", "po nowym roku", "jak się przeprowadzę", "w nowym domu", "po wyjściu z więźnia", itd. itp. a potem okazuje się że a) często jest tak samo b) zmiany jeśli są, to niespodziewane, inne niż antycypowane, i kto powiedział, że "na lepsze".

(urlopy jako wbijanie szpili)

Można próbować, ale IMHO zyski z presji, satysfakcji czy "zemsty" na szefach nie wyrównują strat (dla delikwenta, jego zdrowia fiz i psych, rodziny, itd) z odkładania urlopu. BTW rekordzista dawno temu naskrobał se 78 dni, czyli z 3 lat, i pewnie że jak sie wydało, szit hit de fan, również mnie lekko obryzgało, no bo jako jego brygadzista jakże mogłem nie wiedzieć, że P. ma tyle zaległego. Ale wisiało mi to jaki kilo kitu, to był problem, i to niewielki, dla naszego kierofnika, a P. jak dostał kopa na urlop gdzieś w maju, tak wrócił opalony pod koniec lata ;)

Boni avatar Boni
Sun, 1 Mar 2015 13:19:00
@rozie

Przybliż proszę "problem łysego" - zupełnie nie kojarzę.

Po wypadnięciu którego włosa kudłaty facet staje się łysy? Po rozdaniu ilu procent udziałów i w jakiej strukturze dana spółka (itp.) staje się spółdzielnią? Czy Sears w swoim czasie, z 20% dla 200tys pracowników już był spółdzielnią? Odwrotnie - czy Gore z udziałami dla każdego associate (pracownika) na pewno jest spółdzielnią?

Co do wartości - znajomy dość mocno zacieszał, bo jako świeży pracownik nabył (chyba nawet dostał, albo jakoś bardzo tanio kupił...) akcje (spore międzynarodowe korpo), po jakimś roku kurs gwałtownie poszedł w górę. No i właśnie chyba 1-3 pensje do przodu (gdyby sprzedał, nie dywidenda, jednak).

Czyli taki bonus po prostu, pewnie, też się cieszę z jednorazowego bonusa na poziomie 1-3 pensji. Ale przecież trzeba mieć pomroczność jasną, żeby se wmówić, że jest się po czymś takim udziałowcem pracodawcy czy współwłaścicielem miejsca pracy, czy że trzeba zapierdalać mocniej, bo wartość udziałów od tego wzrośnie.

To chyba trochę zależy, ilu ludzi zatrudnia firma? Jeśli 100, to 1% akcji odpowiada dokładnie byciu właścicielem przeciętnego (niekoniecznie swojego...) miejsca pracy, prawda? Analogicznie z 0,001% i 100k pracowników.

Przecież to nadal iluzja, np. jeśli istnieje właściciel posiadający 70% pakietu, to mając nawet 10% w 100 osobowej firmie, niewiele tak naprawdę posiadasz, a 1%? to w przybliżeniu nic, ok, tyle warte, co rynek albo właściciel większościowy ci za te 1% zapłaci.

BTW pracodawca misię przekształcał przez ostatni rok z dwuosobowej spółki w pseudospółdzielnię (bo jednego z właścicieli drugi razem ze starszymi pracownikami spłacił) - jeśli ci się wydaje, że nawet w codziennym życiu, o strategii i taktyce nie mówiąc, waga zdania gościa który ma powiedzmy 60% udziału, tego kto ma 20% udziału i tego co ma 5% udziału jest podobna, no to ci się wydaje. Ale oczywiście mamy obecnie coś 6 dyrektorów (nie chce mi się nawet liczyć ilu) i nawet niektórzy, poczciwi acz naiwni, w te swoje dyrektorowanie i udziały wierzą.

Ja raczej zwracałbym uwagę, czy te akcje to element dodatkowy i niezależny, czy wmuszony element wynagrodzenia (typu premia uzależniona od wyniku firmy)

Niby tak, ale to jest różnica tylko w sensie czy był to element umowy albo zmian umowy, czy atak z partyzanta - co do sedna, co za różnica, jeden pies. Można oczywiście liczyć na udziały i że przyniosą duże zyski, pewnie, podobno co drugi associate Gore odchodzi na emeryturę jako milioner, ale pytanie brzmi dlaczego akurat w te udziały inwestować i czemu zakładać, że to sie opłaci długoczasowo, i w ogóle dawać się motywować "moja praca zwiększa wartość moich mikroskopijnych udziałów".

gszczepa
Sun, 1 Mar 2015 15:24:32
@udziały:
Kiedy się pracodawca posypie to się traci jednoczesnie udziały i pracę, genialne.

Dorzuciłbym jeszcze dwie rzeczy:
1)Zrobienie więcej tego samego ma bardzo średni sens, lepiej już podchałturzyć na boku (jak sie da), pobawić w hobby itd.
Zrobienie czegoś zupelnie nowego/innego ma sens dużo większy i znacznie mniej wyczerpuje.

2) Praca to te 160h miesięcznie + dojazd i okolice. I uciążliwość/długość/kosztowność dojazdów też trzeba uwzględniać

Codiac
Sun, 1 Mar 2015 16:12:26
@ Rozie
"Myślisz, że te zamrożone ~10% wynagrodzenia (w skali roku) pracownika firmę boli?"

Zdefiniuj "firmę". Kogoś boli, ciśnienie na to, żeby zaległego było jak najmniej jest u nas duże. Zwłaszcza że niewykorzystane urlopy powinny być wzięte bodaj do końca marca, więc zamrożenie kapitału w skali roku może nie jest imponujące, ale w skali pierwszego kwartału duże.

"pracodawca bardzo szybko może wprowadzić plan urlopów (gdzie musisz podać na początku roku, kiedy planujesz urlop, (...)Plus, w przypadku kontroli będzie miał podkładkę, że deklarowałeś, że weźmiesz, a nie wziąłeś"

Mamy taki plan. Nikt go nie przestrzega. Podkładka marna, bo wystarczy wykazać, że plany kontroli istnieją teoretycznie i zupełnie się nie pokrywają z rzeczywistością.

"Plus, takie pogrywanie może skutkować tym, że będziesz chciał/potrzebował wziąć urlop w jakimś terminie i go nie dostaniesz."

I tak mam z tym problem w normalnej sytuacji. Co mi to zmienia?

"Last but not least - jakie są sankcje dla pracodawcy z powodu niewykorzystanych urlopów w przypadku kontroli? Bo owszem, HR/"szefostwo" może się spinać, "

Sprawa jest trochę bardziej skomplikowana. Właściciel kapitału mnie nie obchodzi. Obchodzą mnie ludzie te 2-3 poziomy nade mną, którzy ochoczo zgodzili się wziąć na siebie jakieś dodatkowe zobowiązania, a potem dopiero się okazało, że nie ma na to zasobów. Ludzie, którzy co ciągle zmieniają zdanie, co jest teraz największym priorytetem. Którzy byli ostrzegani, że posyłanie połowy zespołu na szkolenia na dwa tygodnie, gdy ktoś ma już tam urlop sprawi, że ci co zostaną, będą musieli zapieprzać za trzech każdy. Jeśli przełożeni prezentują stale postawę "jakoś to będzie, damy radę" to prędzej czy później odbije im się to. Ja wybrałem opcję później, tzn daliśmy radę, ale urlopu nie mogłem wziąć.

@Boni
"IMHO ogólniej ludzie wpadają w tę pułapkę niezwykle często, szukając nadziei w cezurach: "jak skończę projekt", "po nowym roku", "jak się przeprowadzę", "w nowym domu", "po wyjściu z więźnia", itd. itp."

Oczywiście. Ale jak widać, dotyczy to nie tylko pracy. Ludzie lubią sobie wystawiać takie granice, co z psychologicznego punktu widzenia ma nawet sens. Dzielenie czegoś dużego na małe fragmenty, które można uznawać za zaliczone, daje poczucie osiągnięcia czegoś już w drodze do celu.
Problem pojawia się, gdy ktoś naprawdę zaczyna w to wierzyć, bo wtedy rozczarowanie jest nieuniknione. Jak długo zdajesz sobie sprawę, że to tylko metoda, że ten weekend/koniec projektu/roku/whatever, o którym myślisz, to tylko krótki przystanek, jest dobrze.

korba_p
Sun, 1 Mar 2015 23:50:10
@ notka
Podoba mi się to marksistowskie podejście i nawet zrobiłem rachunek sumienia pod kątem Twoich zaleceń. Niestety wyszło mi, że nie zawsze byłem bez grzechu – czasem ze swojej winy, ale ostatnio głównie z tzw. przyczyn obiektywnych. Dla mnie kluczowy jest ten fragment notki: warto poszukać trwałej i niekoniecznie bardzo modnej niszy a potem w tej niszy spróbować być dobrym, no i jeszcze żeby płacili ze dwie - trzy średnie krajowe.

Znalazłem taką niszę, ale po jakimś czasie okazało się, że ma ona jedną bardzo dużą wadę: jest na tyle niemodna, że – poza moją obecną firmą – nie widać chętnych do regularnego płacenia za moje umiejętności. A wysokie menagery nowego chowu nie rozumieją merytoryki specyficznej działalności, którą zajmuje się firma (i mojej roli w tej działalności). Co więcej, nie chcą rozumieć, bo przecież wystarczy, że znają się na zarządzaniu. Mój pech polega na tym, że beze mnie firma przeżyje – gdybym odszedł byłoby wprawdzie trochę zamieszania i pewne kierunki działania całkiem by się zamknęły, ale wysokie kierownictwo mogłoby tego w ogóle nie zauważyć. Natomiast mnie, z wielu różnych względów, przeżyć byłoby o wiele trudniej. Więc muszę iść na różne nieprzyjemne ustępstwa, które w istocie polegają na pogarszaniu komfortu pracy i wysokości wynagrodzenia.

Niestety (to chyba też jest z Marksa), w kapitalizmie pracownik jest wolny, ale od posiadania środków utrzymania. Więc musi najmować się do pracy, której warunki najczęściej narzuca kapitalista (a ściślej mówiąc też jakiś jego najemnik, tylko ustawiony wyżej w hierarchii).


Boni avatar Boni
Mon, 2 Mar 2015 11:13:30
@korba_p

Fakt, czasem nisze są nieco zbyt niszowe. Ale zawsze mam wrażenie, że kapitał i doświadczenie "zarobione" w takiej wysokokwalifikowanej niszy nisz wystarczają w razie czego na przekwalifikowanie się i miękkie lądowanie gdzieś obok, a nie na kasie biedrony czy na szpadlu.

Z innej strony, warto mieć ze dwa czy więcej zawodów w razie czego, no ale to jest obciążenie i zbędność; w pewnym sensie "zamrożenie" kapitału osobistych zdolności i wiedzy, więc chociaż BTDT i daje to sporo wolności (także w sensie autarkii) nie polecam lekką ręką wszystkim, w notkach jak powyższa. Ale czasem się zastanawiam, czemu nie mam tu firmy remontowo-budowalanej albo instalatorskiej (wiadomo - nie za bardzo opłaca mi się tu i teraz).

rozie
Wed, 4 Mar 2015 08:14:47
Przecież to nadal iluzja, np. jeśli istnieje właściciel posiadający 70% pakietu, to mając nawet 10% w 100 osobowej firmie, niewiele tak naprawdę posiadasz, a 1%? to w przybliżeniu nic, ok, tyle warte, co rynek albo właściciel większościowy ci za te 1% zapłaci.

Hm, nie jestem pewien, czy mówimy o tym samym. Oczywiste jest, że mając tak niewielki udział masz zerowy wpływ na politykę firmy, decyzje itp. Natomiast jeśli chodzi o środki produkcji, to już zależy od skali firmy. O ile pewnie w firmie budowlanej operator dużego dźwigu za swoje udziały będzie mógł kupić co najwyżej linę, o tyle już np. w firmie malarskiej malarz pewnie będzie mógł skompletować niezbędne do prowadzenia prac malarskich na własny rachunek narzędzia. I jasne, to trochę mniej, niż cała firma (klienci, kontakty, księgowość itd.), ale zawsze coś.

Dyrektorzy, których przytaczasz też mają odpowiednik liny. Oni IMO pracują na ludziach. Nie ma firmy - nie ma ludzi - nie ma pracy. I udziały faktycznie niewiele tu zmieniają, jeśli chodzi o samodzielną działalność. Ale u specjalistów, szczególnie takich... samodzielnych, gdzie narzędzia są stosunkowo tanie, a liczy się głównie wiedza, wydaje się wyglądać to zgoła inaczej.

Inną sprawą jest, czy w ich przypadku w ogóle udziały coś wnoszą...

JoP332
Sun, 15 Mar 2015 11:37:26
Samo piękno i dobro ta nocia. Zwłaszcza w części o pracy „na zlecenie”, nie umiałabym tego ująć lepiej.

Co do opcji na udziały/akcje/łotewa, dwa apropośne studia przypadku:

Jest sobie firma A, wymyśla, że w celach motywacyjnych rozda opcje na udziały, z konwersją za parę lat, kilku pracownikom z największym stażem, takim, którzy są z firmą od początku albo prawie od początku. W tzw. międzyczasie zmienia się koncepcja, właścicielostwo w sumie nie wie, czy dalej się w to bawić, czy sprzedać, pojawia się chętny, na wieść o pracowniczych opcjach na udziały mówi „chyba ochu... oci... zwariowaliście”. Posiadacze opcji więc po prostu wylatują, na przestrzeni paru miesięcy firma pozbywa się ich wszystkich paroma kopniakami.

Jest sobie firma B, wymyśla, że w celach motywacyjnych rozda opcje na udziały, starym pracownikom, nowym cennym nabytkom, różnie, z konwersją za parę lat. W tzw. międzyczasie właścicielostwo dochodzi do wniosku, że mu się jednak odwidziało. Właścicielostwo zakłada więc firmę C i wszystkich pracowników przenosi do niej z firmy B. W umowie o udziały nie było mowy o następcach prawnych firny B, a żeby dostać udziały, trzeba było być pracownikiem firmy B. Firma B nie ma już pracowników. Problem solved!
Tak więc jeśli ktoś mi kiedyś zaproponuje opcje na udziały or compatible, ucieknę na najbliższe drzewo.

(Anyway, nie wiem, po co w'ogle była cała ta akcja. Z punktu widzenia motywacji - zero, od początku wiadomo było, że nic z tego nie będzie, jedna osoba z firmy B rzuciła nawet proroczym tekstem „och, coś wymyślą”.)

Boni avatar Boni
Mon, 16 Mar 2015 10:21:59
@JoP
Anyway, nie wiem, po co w'ogle była cała ta akcja. Z punktu widzenia motywacji - zero, od początku wiadomo było, że nic z tego nie będzie, jedna osoba z firmy B rzuciła nawet proroczym tekstem „och, coś wymyślą”.

Ja za często prac nie zmieniam, doświadczenia IRL z udziałami pracowniczymi mam niewielkie. Raz dali mi akcje pracownicze przy wejściu spółki na giełdę - sprzedałem od razu po cenie; ktoś tam skupując ich opcje dorobił się poloneza; paru ktosiów wtopiło ekwiwalent poloneza czekając "że wzrośnie", tyle, że się nie doczekali, a kurs poszedł na pysk, itd itp. I u poprzedniego pracodawcy, ale to już w ogóle dżouk był, można se było IIRC w promo kupić udziały czy opcje, no ale za dużo słyszałem i widziałem historyjek jak opisane, żeby kiwnąć palcem w temacie i tylko się śmiałem z nawiedzonych i zmotywowanych.

JoP332
Mon, 16 Mar 2015 12:55:30
@Boni
Bo wiesz, akcje to jest konkret. Możesz sprzedać, możesz trzymać i bawić się w inwestora, ale najprawdopodobniej COŚ z tego będziesz miał i można je traktować jako "korzyść tu i teraz".

Opcje z konwersją za uj wie ile lat (to były okresy rzędu 5 lat - jaki % ludzi będzie w ogóle miał szansę przy obecnej rotacji w firmach?) - to lepiej, jakby ich w ogóle nie było, to jest demotywacja.

Fabrykant z Fotodino
Fri, 26 May 2017 22:48:36
Świetny, syntetyczny poradnik. Przeczytałem z wielką przyjemnością. Będę rozpropagowywał.




Licencja

Ostatnie wpisy:


Ostatnie komentarze:

janekr - Srebrny ciągnik
Wed, 20 Jun 2018 07:39
"Żeby przypadkiem 3rd party zamienników nie można...

Boni - Srebrny ciągnik
Tue, 19 Jun 2018 10:10
@rozie Widać, że nie mieszkasz na szrocie i se...

cmos - Srebrny ciągnik
Tue, 19 Jun 2018 07:38
@zabezpieczenia przeciwkradzieżowe Ale z moich...

rozie - Srebrny ciągnik
Tue, 19 Jun 2018 06:27
@Boni No tłumik czy opona to całkiem nie, błotnik...

cmos - Srebrny ciągnik
Mon, 18 Jun 2018 09:06
@leasing Przypominam, że model "leasing only"...

Boni - Srebrny ciągnik
Mon, 18 Jun 2018 08:55
@rozie "Teoryzujesz docent", myli ci się...

rozie - Srebrny ciągnik
Mon, 18 Jun 2018 07:10
@Boni Brałem pod uwagę tylko rzeczy, w których jest...

Boni - Srebrny ciągnik
Mon, 18 Jun 2018 00:30
@rozie Że niby jak masz zamiar osieciować zderzaki...

rozie - Srebrny ciągnik
Sun, 17 Jun 2018 20:37
Opon i tłumików to może i nie zepniesz. Ze...

Boni - Srebrny ciągnik
Sun, 17 Jun 2018 11:30
Nawet mogę spróbować zgadnąć, kiedy to szydło...


Rollka:

Blog de Bart
Ceàrdach
Co lepsze kawałki
Ekskursje w dyskursie
Inżynieria Wszechświetności
Nameste blog
Ogólna teoria
pattern recognition
Polska-NRD-Niemcy-Świat
snafu
Teklak
Utilitymon
Wrzutnia nocna

Inne:

inSitu - pudełko z obrazkami
Eat me. Drink me.
Szrot nasz codzienny
EVA prawdé ci powié
PolitMap



Valid HTML 4.01 Strict

Valid CSS

powered by PHP


Engine: Anvil 0.87   BS 2012-2017