... czyli jak przetrwać na etacie w I/II świecie kapitalizmu skażonego neolibem. To jest kompilacja uwag, czasem systemowo-ogólnych, czasem nadmiernie szczegółowych, z mojej łepetyny, jakiegoś tam doświadczenia, i wielu źródeł, przeważnie zapomnianych, na jakie się natknąłem przez lata.
Najpierw garść ogólników:
0) Wstępne przypomnienie o co kaman i "dla kogo kogo" - praca w tej notce i jej okolicy jest rozumiana jako praca najemna w kapitalizmie, czyli pracownik, który nie posiada środków produkcji, wykonuje za wynagrodzeniem pracę ("przy pomocy" środków) na rzecz pracodawcy, który środki posiada. Zyski pracodawcy są stratą pracownika (stąd czasem zwane wyzyskiem). Nie ważne czy się komuś marksistowska perspektywa nie podoba z przyczyn dowolnej religii czy ideolo jakie se tam wyznaje, nie ma innego sensownego opisu sytuacji. Znaczy, są, ale są to opisy fałszywe, przeważnie mające ustawić pracownika (w szkole - przyszłego pracownika) tam gdzie jego miejsce, czyli kiedyś przy taśmie montażowej albo w szeregu milionowej armii, obecnie w karnym rządku korpo-dron albo prekariatu, itp. Praca nie jest żadną mistyczną "wartością społeczną", "podstawową", "uniwersalną" czy inną cnotą, proszę nie dawać sobie wmówić takich pierdoł, tudzież nie dawać ich wmawiać waszym dzieciom czy wnukom. Najważniejszym sensem pracy jest to, że przynosi korzyści. Jeśli korzyści są wyłącznymi pożytkami pracownika, to jest to hobby albo autarkia albo jednoosobowa działalność gospodarcza (ta prawdziwa, a nie szarostrefowa), ale nie praca najemna w kapitalizmie. Jeśli za pracę pracownikowi ktoś płaci, zatrzymując istotną część wypracowanych korzyści, to choćby pracownik był święcie przekonany, że to hobby i uwielbiał pracę i pracodawcę, jest to praca najemna. I nie ważne czy pracownik to sprzątaczka czy CEO, żadne racjonalizacje im nie pomogą, jeśli realnie nie są właścicielami środków produkcji.
1) Praca na obecnym etapie naszej cywilizacji nadal jest ciągła, tzn. niewiele się zmieniło przez ostatnie wieki - zmieniają się potrzeby, środki, narzędzia, struktury firm, itp. ale nadal praca jest konieczna a jej środki mają żądnych zysku właścicieli (dlatego nadal kapitalizm i wyzysk ma się dobrze). Stąd - jest nieskończona, NIE MA KOŃCA PRACY jako takiej. Można oczywiście przestać pracować, bo wygrało się w totka, poszło na swoje, poddało się i zostało bezdomnym czy wariatem czy złodziejem, ale w sensie przeciętnego człowieka na etacie - zapamiętaj, że ZAWSZE będzie następny projekt, następny ważny klient, kolejny poniedziałek. I nie znaczy to, że depresja i tylko pochlastać się zostało, raczej mówię, że nie warto się przejmować. Zaprawdę powiadam ci, jeśli wyczekujesz nieustannie końca pracy, nawet tylko w formie "aby do piątku", czeka cię rozczar i deprecha; o nadziejach typu "aby do końca roku", "aby do końca projektu", a nie daj boh "aby do emerytury" nie mówiąc. Nie warto mieć nadziei na koniec pracy, nie warto uważać pracy za beznadzieję, ot, jest, pracuje się, dajcie se na luz. To ważne w kontekście tego, że karbowych rozwiniętego kapitalizmu, czyli managerów itp. ustawia się i tresuje od góry do dołu tak, żeby mniej (w ekololo-startupach) czy bardziej (w sweatshopach a la magazyn supermarketu) nieustannie wmawiali pracownikom (zresztą, sobie też, gdyż niektórzy w to wierzą), że jeszcze jeden wysiłek, że ten projekt jest najnajnaj, że ten miesiąc najważniejszy. Gówno prawda, zawsze będą jakieś następne wysiłki, miesiące, projekty, nie w tej firmie, to w innej, nie z tymi ludźmi, to z innymi.
2) Pracuje się za umówioną zapłatę. Niekoniecznie są to pieniądze, jestem zgodny dzieciak, i mogę przystać na koncepcję, że dodatkowe korzyści jakie pracodawca sypnie pracownikowi, też się wliczają, nie tylko oczywiste bonusy, czy służbowa bryka, czy jakieś ubezpieczenia czy usługi, ale nawet dobre słowo czy atmosfera czy uścisk dłoni prezia, czemu nie. Ważne są dwie rzeczy - czy tak się umawialiśmy, tzn. jeśli ktoś myśli, że roczny bonus może zamienić na uścisk dłoni, to chyba och... i sayonara, bitch; dwa, czy bonus albo "bonus" przynosi korzyści pracownikowi "tu i teraz", w takim sensie jak jego praca przynosi korzyści pracodawcy "tu i teraz". Nie wolno dawać se pociskac kitu "z odroczoną płatnością" różnych takich "bonusów" (a nie daj boże odraczaniem zapłaty wprost) - np. dobezpieczenie zdrowotne jest warte dla zdrowego pracownika tyle, co świstek na którym polisę wydrukowano, nawet jeśli pracodawca twierdzi, że gardło sobie podrzyna i taaaki bonus, kochani. Podobnie z obietnicami, że za rok będzie taaaka podwyżka - nie dawajcie się omamić, nic nie dostaliście, to tylko takie gadanie, które oczywiście można brać pod uwagę, ale to nie jest żadna zapłata, tegorocznych rachunków nie opłacicie przyszłoroczną podwyżką (znaczy, można próbować, kapitał w sensie banków itp. ucieszy się i zarobi na was).
3) Pracuje się w umówionych godzinach. Oczywiście, w tym ustroju nikt za bardzo nie broni wam zdechnąć z powodu przepracowania czy karoshi, "krew z nosa nie leci, możesz robić", a ja zawsze zgodzę się, że jest za dużo ludzi na świecie - ale to jednak suabe jak coś suabego, naprawdę złożyć życie w ofierze na ołtarzu zysków jakichś gości, którzy są właścicielami czy pracodawcami; serio, od ręki mogę wymyśleć ze trzy lepsze cele w życiu. I nie mówię, że czas pracy to koniecznie ma być 40h/tyg. uważam, że zdrowy człowiek jest w stanie pracować nieco więcej - jeśli CHCE i ktoś godziwie za to ZAPŁACI? Czemu nie. Ale narzucanie więcej niż umówiono, jednostronnie przez pracodawcę (np. bo pkt. 1)? Spadówa na drzewo, biczes i sayonara. Z drugiej strony, myślicie, że możecie naprawdę pracować 100h/tygodniowo i nie zejść na zawał itp. w kwiecie wieku? Myślcie tak dalej, to firma jako bonus dorzuci wam wieniec na nagrobek.
4) Pracuje się w sensie "na zlecenie" a nie w sensie "o dzieło". Oczywiście, nie zawsze i wszędzie jest idealnie, i niektóre zawody tradycyjnie, a cała reszta przez chcicę pracodawców i managerów, łatwo skręcają w "o dzieło", tzn. struktura pracy i płacy jest (albo usiłuje być) taka, że promuje osiągnięcia celów, deadlajnów, targetów sprzedaży, key indicators, czy co tam se aktualnie karbowi wymyślą do mierzenia zysków i wyzysków. Takie miejsca pracy czy stanowiska dostają z miejsca minus siedemset do sympatii. Bo, choć uznaję istnienie w miarę sensownych systemów motywacyjnych dla jakiegoś podzbioru pracy najemnej, to przeważnie my, jako salarymen, nie mamy dostatecznego wpływu na osiąganie "dzieła", cele są niejasne, zmienne, a gonienie różnych wyimaginowanych przez pracodawcę króliczków wbrew pozorom niewiele mniej szkodzi niż 100h/tydzień, gdyż stres zabija równie skutecznie jak przepracowanie. Dlatego jeśli to możliwe, warto trzymać się podejścia "na zlecenie" - dostarczam najrzetelniej przepracowane 160h/mies. wsparte moim doświadczeniem i wiedzą, a wasze problemy, targety, cele, zyski i ogólnie RYZYKO biznesowe, to wasz problem, jak będę koniecznie chciał takie problemy brać na głowę, to se firmę założę.
5) Poza pracą jest życie. Życie nie polega na klientach, kolegach z pracy, firmie. Znaczy, spędzamy w pracy sporą część życia, i to ważne jak w pracy jest, ale jeśli najważniejszą częścią czyjegoś życia jest praca i jej środowisko, no to kondolencje i co ja mogę. A jeśli w chwilach filozoficznej zadumy nad życiem, Wszechświatem i całą resztą, jednak znajdujecie jakąś inną część waszego życia ważniejszą niż praca, to pamiętajcie o tym także w pracy, wobec szefów, kołorkerów i całego tego cyrku. Że zdrowie macie jedno, a praca jakaś zawsze się znajdzie. Że czas oddany pracodawcy zamiast tym, którzy dla was ważni, nie da się w żaden sposób odkupić i nie wróci. Że urlop czy weekend czy inne przerwy od pracy należą się jak psu buda i niech nikt wam łaski nie robi, gdyż, zgadliście, sayonara, biczes.
Teraz trochę bardziej szczegółowych acz luźnych uwag, tudzież anekdata z ostatnich 20 paru lat i rysy osobiste.
Moje uwagi są szkodliwe społecznie, spojrzenie spaczone, a reklamacji nie przyjmuje się, gdyż zmieniałem pracę 3 razy na dwadzieścia pare lat, nikt mnie nigdy nie zwalniał, nie miałem problemów ze znalezieniem następnej, każda następna była lepsza, itd itp. Może jestem zdolny i mądry i piękny i skromny, może przekułem hobby w dobry zawód i trafiłem w trendy i sensowne rejony przemysłu/ów, może umiem się sprzedać, może wszystko na raz - pod rozwagę poddaję, że warto poszukać trwałej i niekoniecznie bardzo modnej niszy a potem w tej niszy spróbować być dobrym, no i jeszcze żeby płacili ze dwie - trzy średnie krajowe. Wtedy jest jakby znacznie łatwiej, niż jeśli się idzie za trendem, gdzie płacą 2x tyle ale jest 10x więcej cwaniaków na etat; nie mówiąc o zawodach popularnych, gdzie wystarczają zdolności nijakie takie, więc płaci się raczej licho, a chętnych nadal 10x tyle.
Kiedyś dosyć namacalnie osiągnąłem granicę przepracowania i nie mam na myśli rozbicia się "maluchem" po około 50h bez snu (kiedy jeszcze próbowałem na raz - pracować, budować dom i studiować), ale raczej, kiedy po ok 2 tyg. pracy po 14-16h/dz i praktycznie tylko spaniu i myciu w domu, odespałem w weekend w końcu to całe zlecenie i zamieszanie, wylazłem zadowolony z siebie, zrobiłem "przytul tatę" do 3 letniej córki, a ta uciekła z krzykiem jak od obcego. Właśnie wtedy coś mi się w ceberku nieco przestawiło i priorytety lekko przetasowały.
Praca w nadgodzinach za godziwe wynagrodzenie może mieć jakiś tam sens. Praca w ustalonych godzinach ma sens lepszy. Praca w elastycznych godzinach to piękno i dobro. Tu gratulacje dla poprzedniego pracodawcy, jak bywało tak bywało, ale sensowny flextime (zaczynamy <9am, kończymy >3pm, 8h dziennie plus przerwa, reszta szczegółów to drobiazgi) dla pracowników umysłowych był zawsze. A w macierzystych fabrykach w Danii na flextime byli wszyscy, nie tylko biura.
Nigdy nie pracowałem z domu (choć pewnie dałoby się w mojej branży), więc nie wiem, czasem wydaje mi się to sensownym pomysłem a dojazdy i te całe biura stratą czasu, ale innym razem mam wrażenie, że jednak ułatwienie kontaktu z zespołem i zmiana miejsca i atmosfery zmienia nastawienie i wydajność na tyle, że warto ruszyć tyłek.
Ludziki siedzące permanentnie po godzinach albo stawiające się w pracy pół godziny przed czasem, są może normalne w Japonii, ale w moim świecie są albo chytro-durne, albo bardzo naiwne. Chytro-durne, jeśli wierzą, że coś zyskują w oczach szefów czy współpracowników (testowo - proponuję sprawdzić, co się stanie, jeśli, bez ostrzeżeń czy umawiania, po 2 tyg. przychodzenia o godzinę wcześniej, powiedzmy ze dwa dni przyjdziecie o godzinę później). Naiwne, jeśli myślą, że "przerobią robotę" w ten sposób, bo TO WAŻNA PRACA. Patrz punkt 1) robota jest nieprzerabialna, po prostu sponsorujecie pracodawcę. Szefowie, którzy zachęcają i promują takie praktyki, to złamasy, widocznie wychowane na takich praktykach i podobne no-lajfy, głupie albo naiwne. Szefowie sensowni, widzą to jako sygnał, że ktoś jest durny (próbuje oszukać pozorami pracy), albo naiwny (próbuje przerobić nieprzerabialne), albo po prostu nieefektywny i nie radzi sobie w pracy.
Urlopy są częścią umowy a nawet prawa pracy, i nie ma żadnej łaski, jeśli ktoś je wykorzystuje. Uropów nie "udziela się", czy "daje", urlop się należy i co najwyżej się go uzgadnia, żeby obie strony się nie zdezorganizowały nadmiernie. A zaległe urlopy nie są żadną inwestycją, sa kredytowaniem pracodawcy (jak pkt 2, bonusy odroczone), możecie pracę stracić, może pracodawca się zmienić, może zajść wiele rzeczy, straconego urlopu a.k.a czasu nie wyrówna żaden ekwiwalent. Jak w tym ładnym przykładzie - "Skończyć krytyczny projekt czy trzy tygodnie we Włoszech? A za 10 lat, ty czy twoja rodzina, co będzie się pamiętać bardziej, ten projekt czy te wakacje?" i przeważnie tyle w temacie.
Mądrzy ludzie twierdzą, że trzeba brać 3 tygodnie urlopu ciurkiem koniecznie (mądrzy pracodawcy narzucają wręcz takie urlopy) - tydzień to jest nic w sensie odpoczynku i zaraz wraca się do pracy, która tylko się spiętrzyła. Dwa to jest lepiej, ale bywa różnie, jeszcze się nie odrywa od myśli o pracy a w pracy jeszcze spychają na. Przeważnie dopiero po trzech tygodniach delikwent naprawdę odpoczywa i wraca świeży, i nie zastaje spiętrzonych zaległości, poza naprawdę grubym kalibrem, bo ktoś musiał się tym zająć; a bonusowo zespół czy zastepca zyskuje obycie, bo naprawdę musi zastąpić delikwenta, a nie tylko przeczekać.
W obecnej cywilizacji śmierci i smartfonów, a nawet tylko telefonów i kompów, urlopy czy nawet weekendy podlegają atakom tele, emaili itd itp. To jest ZUO, gdyż poważny email czy tele wytrąca z równowagi na pół dnia, albo i lepiej; stąd powinien być traktowany jako praca zdalna i tak wynagradzany. I dobrzy szefowie tak też podchodzą do sprawy (pozdrowienia dla D. za niezapomnianą zjebkę za moje czytanie i odpisywanie na slużbowe emaile w weekendy, to była lekcja słuszna i zbawienna). Ale wielu ma to w d... i traktuje pracownika jako dostępnego 24/7 no bo przecież po to dali mu smartona służbowego, co nie? NIE. Należy nauczyć szefów, szczególniej że emaile czy SMSy, wysłane w weekend czy na urlopie zostaną odebrane albo i nie, ale raczej nie. A już szczególniej zabawne są instytucje pracujące globalnie, z kontaktami w różnych strefach czasowych. Jak powiedział kiedyś Ł. jak zapytałem czemu rzuca w sumie fajną pracę, którą lubił, i względnie wysokie stanowisko - popatrzył na mnie zmęczony i powiedział "ale zdajesz sobie sprawę, że do mnie dzwonią nad ranem Chiny, potem Indie, potem tutaj zapieprz, a wieczorem zaczynają dzwonić Meksyk i Stany?", tylko pokiwałem ze zrozumieniem, bo do mnie co najwyżej wydzwaniały Indie. I raczej oględnie, uważali, żeby nie przed 9 naszego czasu, wtedy odbierałem 3-4 telefon, około 14. Bo jak się pomylili, nie odbierałem wcale. Oczywiście na urlopie. I na prywatnym tele, gdyż jeden taki leniuszek-cfaniaczek dał Tamilom mój numer, ależ zabawne, uhaha.
BTW zapalnikiem, który spowodował, że nastąpiła finalna spinka w poprzedniej pracy, był sążnisty email, w języku-korpospiku, od niekompetentnego człenia, w sprawie idiotenprojektu, wysłany w sobotę po południu. Więc choć jeszcze w piątek wieczór byłem "hmm, no doobraa, okeeej", to już w poniedziałek rano "nie biorę tego projektu na siebie, nie chcę do Danii, wypadam do UK przy najbliższej okazji, sayonara panowie". Na szczęście obyło się bez większych strat i nerwów, gdyż coś koło tydzień później zadzwonił obecny pracodawca.
Płace, jak wiele innych elementów pracy i umowy, podlegają renegocjacji. Uwierzcie, jeśli pracodawca zobaczy stratę "z tytułu" waszej pracy, to was zaraz zwolni albo obetnie wam korzyści, itd itp. Więc analogicznie, jeśli widzicie się ponoszącymi straty albo niedocenionymi i to wszystko przestaje się opłacać, należy renegocjować od razu, a nie "kiedyś tam się odważę". Oczywiście bywają lata chude, bywają okoliczności rynku pracy czy jakieś inne zawirowania i kryzysy, i figę zobaczycie, a nie podwyżkę - ale jedno pewne, mało kto dostaje podwyżkę, jeśli nie poprosi (znaczy, poza układowymi czy systemowymi). Proście a będzie wam dane, oto myśl sensowna (co prawda, połowę podwyżek w życiu (niesystemowych) dotałem nieproszone, ale ja jestem anomalia, zapewne tania anomalia). Jeśli szefu itp. się oburza i łacha drze - czas rozejrzeć się za nowym miejscem z adekwatną płacą za wasze niedocenione zdolności (albo życie wam zweryfikuje wybujałe ego i przestaniecie gwiazdorzyć). Jeśli szefu sensownie i zgrabnie rozkłada ręce w przyjaznej atmosferze, że "nie da się", można poczekać, można wrócić do tematu, zawsze można i tak powiedzieć "sprawdzam". A niespodziewanie często - coś wam jednak wpadnie.
Podsumowując - pomimo wszelkich taktyk managerów, brudnych ideolo nadawanych przez medialne i edukacyjne tuby, sponsorowane przez lobby neolibów i całego tego pieprznika, tudzież pomimo przymusów ekonomicznych, nie warto się zbytnio przejmować pracą. A nawet - nie warto się przepracowywać.