Z shirtgate (i chyba z gamergate też) jest taki małozabawny acz wielowarstwowy przekładaniec, że po prostu macki opadają i można by wielotomowe dzieła pisać, o tym w ilu miejscach, jak bardzo i jak wielu ludzi się myli. Ale co poradzę, że nie mam czasu na pisanie książki, więc se uleję BARDZO SUBIEKTYWNIE i naprawdę w skrótach:
1) Dochtór Taylor wbija "na galę" w koszuli w komiksiane cycate dziewki (zdaje się unikalnej i bodaj zaprojektowanej przez znajomą), bo koniecznie chce być hipstersko-coolerski, a nie jakimś smutnym Leonardem z TBBT. Mój komentarz - "jeszcze se pierdolnij kolczyk w nosie w kształcie lądownika, koleś, bo areał pod gupie tatuaże chyba ci się kończy".
2) Kobiety W INTERNETACH poczuły się koszulą znieważone, bo roznegliżowane babki na mężczyźnie-ściślaku (gdyż roznegliżowane babki na kobiecie albo roznegliżowane w ramach protestu albo roznegliżowane bo im się tak spodobało, albo roznegliżowani mężczyźni to oczywiście zupełnie co innego i zbytnio nie uprzedmiotawiają ani nie anty-ściślaczą). Mój komentarz - "jeśli próbujecie dogonić buców dogłębnie znieważonych przez tęczowego geja czy kobietę w mundurze czy podobne, no to k... gratuluję, właśnie się wam udało".
3) Shitstorm W INTERNETACH narasta na tyle, że jacyś ciężcy idioci każą Taylorowi publicznie się kajać i przepraszać. Bo dres-kod i poprawność polityczna tudzież znieważone uczucia kobiet Z INTERNETU. Mój komentarz - "jeśli tak rozumiecie poprawność polityczną i zarządzanie katastrofą pijarową BO INTERNETY, to się może wydalcie na jakąś kometę", ale zaraz:
4A) Rusza obrona Taylora, że jw. geekowski nieogar nie jest wystarczającym powodem shirtstormu i niszczenia mało winnego człowieka, bo "u was biją Murzynów" i to kropla w morzu uprzedmiotowienia kobiet. Mój komentarz - "prawda, ale trudno zaprzeczyć, że z kropel powstają nurty i strumienie".
5A) Rusza atak, że koszula pretekstem, a naprawdę idzie o mizoginię ściślaków i tu sypią się
przykłady tejże mizoginii (
a tu jest inny przykład po angielsku). Mój komentarz - "wszystko prawda, ale serio tę mizoginię profesorów, nauczycieli, zwierzchników, kolegów, ktoś chce zmienić ulewając se W INTERNECIE na koszulę obcego naukowca, zamiast wstać i walczyć twarzą w twarz, o szacunek u w/w kolegów, zwierzchników i profesorów? to ja życzę powodzenia, ale nie wróżę sukcesu".
4B) Rusza obrona Taylora, że jw. geekowski nieogar nie jest wystarczającym powodem shirtstormu i niszczenia mało winnego człowieka, bo wolność jest, i można nosić się, a nawet być, kim się żywnie podoba. Mój komentarz - jak w pkt 1), bo mnie na przykład każdy tatuaż znieważa, taki starozakonny jestem; i mam wolę potępiać tatuaże i dowolne koszule jakie mi się nie spodobają i niezatrudniać czy wspierać ludzi z tatuażami. Albo łażących topless. Albo w siatkowych podkoszulkach. Albo cokolwiek. Bo wolność jednego = nierówność innego.
5B) Rusza atak, że wolność może i tak, ale był w pracy i specjaliście nie wypada, powinien mieć świadomość i PR w paluszku. Mój komentarz - jeśli nie miał oficjalnego dreskodu podanego (no raczej nie miał), to kondolencje, smutasy, że macie takie zjebane miejsca pracy i życie, tudzież polecam pod rozwagę historyjki anty-dres-kodowe z życia B.Gatesa czy S.Jobsa i jak bardzo strasznie okrutnie zniszczyły ich kariery, firmy i laboga.
4C) Rusza "obrona" Taylora przez kuce bojowe, pod ogólnym hasłem "zajebać feminazistki" (w duchu gamergate), wycelowana w dowolne kobiety, z hakowaniem, ujawnianiem, zastraszaniem, pogróżkami, itd. Mój komentarz - "jak się ma pojebane amerykańskie pojęcie o wolności słowa, to się ma problemy na własne życzenie".
5C) Rusza "atak" na gatersów, że 4C) to niedopuszczalne i kiwanie paluszkiem. Mój komentarz - jak wyżej. No i ciekawe ile jeszcze lat im w usiech zajmie rozkmina, że słowa jednak są odmianą czynów, i też podlegają prawu, i że cenzura represyjna jest wielostronnie lepsza od prewencyjnej albo od "wolności" stada małp. Wróć, przecież oni mają to wszystko ładnie rozkmnione, tyle, że wolność słowa mają jak w każdej oligarchii, zależną nie tyle od tego "co", ale od tego kto i o kim mówi...
6C) Rusza obrona gatersów, że to tylko takie INTERNETY. Mój komentarz - końcówkę "Jay i Cichy Bob Kontratakują" pod rozwagę polecam i dlaczego wpierdol za INTERNETY jest możliwy, słuszny i zbawienny. Albo może i nie jest, kto go wie.
7) Wszyscy ze wszystki stron drą mordy, czują się znieważeni i oskarżają przeciwników o lincz i przemoc i zniewagi na niewinnych Taylorach/ naukowcach/ kobietach/ feministkach/ internautach/ (dowolne skreślić, dopisać, połączyć). Mój komentarz - "co wy k... wiecie o przemocy i dlaczego, jedna z drugim, skurwiacie słowa i pojęcia w najlepszym totalistycznym stylu?". Ale bardzo proszę mi nie odpowiadać na powyższe pytanie retoryczne, gdyż i bez światłych komentarzy wiem, na co stać małpę naczelną, która poczuła się zagrożona i że użyje ona każdej broni jaka jej się nawinie albo i własnym gównem obrzuci domniemane zagrożenie. Tudzież ich stado narobi piekielnego szumu i hałasu, co właśnie obserwujemy.
8) "To jest usenet. Tu się walczy, nie dyskutuje." - Łukasz Rewerenda na grupie pl.comp.hack 13 czerwca 1998 roku. Morał - mainstream z forami, twiterami i fejsbukami jak zwykle 15 lat opóźniony.
9) Kapitał stojący za mainstreamem z forami, twiterami, fejbukami i *gates zaciera spocone chciwe łapska, że tak ładnie się mielą słupki klikalności. O czym mielą? A kogo to obchodzi.
Może starczy na dziś.
(Tu miało być kilka dobrych, bo z głębi bucerskiego serduszka, rad, skierowanych do feministek/feministków w kontekście 5A) i co moim zdaniem można zrobić w teraźniejszości i w przyszłości, żeby patriarchat (jak ja go rozumiem) i jego ściślackie wersje nieco zdemontować. Ale zmęczyłem się i będzie innym razem, jak kurz z shirtstormu opadnie i zbiorę siły)