Nie pamiętam czy wspominałem, ale od mniej więcej roku, czyli po paru miesiącach w tzw. pierwszym świecie, do moich wirtualnych drzwi zaczęli dobijać się XXIw. handlarze niewolników. Znaczy, różne rekrutingi czy konsultanci spamują mnie co miesiąc-dwa ofertami pracy.
Oczywiście, w pierwszym podejściu, zdumiało mnie to. Bo w PL jednak HRy czy rekruterzy nie byli aż tak zdesperowani, żeby kołatać za byle automatykiem, nawet jeśli doświadczonym itd. itp. A tutaj, jakby owszem (no dobra, "tutaj" jest pojęciem rozciągliwym, aż do krainy kiwi; i nie mam na myśli rośliny).
W drugim podejściu, oczywiście, pomasowało mi minimalnie próżność, ale rozchodziłem to konstatacją, że jak się nie kształci inżynierów, a nawet - w ogóle słabo się kształci kogokolwiek, muszą być takie konsekwencje na rynku pracy, że za byle polaczkiem uganiają się pracodawcy; bo podaż-popyt, krzywa Laffera, trójpalczasta dłoń z ciasta (1) czy jakaś inna niewidzialna ręka rynku, i tak dalej.
Większość oferentów grzecznie spławiam, jednemu udało się mnie zainteresować na tyle, że ze dwa etapy rekrutacji odwaliliśmy, po czym kontakt się urwał - na pewno za mało entuzjastyczny byłem (bo fabryka duża i okrutnie przestarzała, a w ramach bonusa wypasione związki zawodowe z megakonfliktem z właścicielem, plus okolica niesprzyjająca, powiedzmy, kulturze i sztuce, w promieniu wielu mil), choć oczywiście, przyczyn odrzucenia pewnie było więcej.
Ale przy okazji uderzyła mnie inna dziwna okoliczność - ci konkretni szukali poważnego automatyka pół roku, w momencie kiedy kontakt się urwał; i z pewnych objawów wnosząc, mieli straszliwe problemy z zatrudnieniem kogokolwiek.
Podobnie zresztą wygląda to u mojego obecnego pracodawcy - dla młodych albo niedoświadczonych można zainstalować drzwi obrotowe; nieco doświadczonych szuka się, i szuka, i szuka, i nie bardzo znajduje; bardzo doświadczonych nikt już nie próbuje szukać, nie te pieniążki i waruny.
I zaraz mi się przypomniało, że dość podobnie wygądało to u poprzedniego pracodawcy - niby PL to bezrobocie i nie takie braki kadr jak w UK, ale jakoś doświadczonych inżynierów nie za bardzo dawało się znaleźć, ba, nawet z technikami bywało ciężko.
A dzisiaj dobił mi do emaila następny mały rekruting, z ofertą, którą inny mały rekruting zanęcał mnie prawie pół roku temu (bez powodzenia, bo kasa i waruny może i ok, ale firma i branża jednak nie do końca).
Jak można szukać inżyniera automatyka, bez języków obcych czy jakchś super-certyfikatów, w branży która nie grozi skażeniem promieniotwórczym czy całego Morza Północnego, przez PÓŁ ROKU??? No przecież w tym trybie, to konklawe wymarłoby zanim wybrałoby papieża, a na dyrechtorów czy menagerosów, to trzeba by polowania z nagonką urządzać.
Jak wielu znajomych i nieznajomych, zwalałem winę za powyższy stan rzeczy na zbyt niskie "osiągi" kandydatów i za wysokie wymagania pracodawców. Ale dzisiaj mi się coś nagle rozjaśniło w mojej ciężkiej tępocie.
Przeważnie rozważałem wszystko powyższe w kategorii rynku pracodawców i pracowników. Ale przecież jest trzeci, wielce istotny gracz w tej całej zabawie - rekruterzy. Bo, głównie z lenistwa właściwych pracodawców, ich zadania przesiewania i filtrowania i POZNAWANIA potencjalnych pracowników i rynku pracy outsorcowano POWSZECHNIE na sztucznych "rekruterów", nie ważne nawet, czy wewnętrznych czy zewnętrznych. Rekruterów niekompetentnych, toksycznie motywowanych, dziwnie/nisko wynagradzanych, używających nieadekwatnych narzędzi, metod i całego tego HRowego mambo-dżambo, mających postawione i rzeczywiste cele zupełnie inne, niż rekrutowani czy pracodawcy.
Rekruterzy nie są w żadnym sensie pracodawcami. Większość potencjalnych pracowników wcale z właściwymi pracodawcami się nie styka, i vice versa.
Stąd obie strony mają, coraz powszechniej, fałszywy obraz rynku pracy i jego okoliczności, z obu stron klasycznej marksowskiej barykady - bo na środku leniwi czy oszczędni inaczej pracodawcy ustawili sobie dwustronne lustro rekrutingu. Od strony rekrutowanych widać rekruterów=pracodawców jako taki sam niekompetentny niskozmotywowany ludek, przeważnie prekariat, jak prawie wszędzie w pracach okołobiurowych. Od strony decydentów i managerów lustro pokazuje im "profesjonalny" HR, będący ich odbiciem, z całym zestawem fadów i przytakiwaniem głupim wymaganiom tudzież fałszywymi obietnicami.
A na zbicie lustra mało kogo stać, zarówno w sensie zasobów (czasu, kasy, itp.) ale też mentalnie.
(1) jeśli ktoś nie pamięta - to jest z Wilq'a