Skrócony poradnik techniki jazdy i jej okolic, znaczy, tej właściwej techniki jazdy. Bo jakże mógłbym się nie podzielić swym bogatem doświadczeniem w temacie, mając pierdyliard kilometrów na budziku, przetestowane chmary pojazdów i drogi Europy w małym palcu; byłbym samolubem, czułbym się źle i szlochałbym w rozpaczy, że taka wiedza i doświadczenie się marnuje. Więc, wujek mniej-więcej-dobra-rada radzi:
1) Wstęp. Obczajamy, czy samochód stoi w miarę prosto i ma powietrze w oponkach (to takie czarne okrągłe, które się kręci) - nie ufamy czujnikom ciśnienia w kołach, nawet jeśli jakieś mamy. Przy okazji, obczajamy czy nie mamy czegoś rozwalonego, obtartego, stłuczonego (szczególnie - przy służbowym wózku). Znaczy, dodatkowego czy nowego, no i jeśli stan wózka pozwala odróżniać nowe stłuczki, czy prezenty od sąsiadów parkujących obok, od starych.
2) Wsiadamy. Jeśli nie znamy wózka, czytamy instrukcję. Żartuję. Ustawiamy kąt oparcia i podparcie lędźwi, żeby nam było wygodnie. Ustawiamy tył-przód, żeby mieć fachowo lekko ugięte łapki na kierownicy. Ustawiamy fotel góra-dół, tak, żeby nóżki sięgały pedałów swobodnie i bez wbijania sobie fotela pod kolana. Jak nie mamy tych wszystkich ustawień, wysiadamy i oflagowujemy się, żądając dostępu do właściwie wyposażonego pojazdu, a nie gówna jakiegoś. Jak ustawiliśmy co trza, obczajamy lusterka, ustawiamy je; jeśli boczne są nowomodnie składane ale ręcznie sterowane, warto je zdeskładać, choć w sumie nie jest to bardzo istotne - po paru przejażdżkach ze złożonymi, stwierdzam, że boczne lusterka sa opcjonalne. Jak już se ustawimy wszystko cacy, to nie przejmujemy się, że "nic nie widzimy" np. maski - to złudzenie i nieważne i naprawdę nie ma co się wbijać na kierownicę, szczególniej w razie wypadku. Do was szczególniej mówię, kobiety kalibru małego i pośredniego.
3) Stacyjka. Znajdujemy kluczyk czy coś pełniące jego rolę, włączamy elepstrykę. Zaświeca się zylion różnokolorowych światełek, które ignorujemy. Natomiast nie ignorujemy, jeśli zaświeca się ich pół zyliona, a czujemy, że drugie pół gdzieś zgasło/ukradli/wyłączył poprzedni właściciel - wtedy trzeba do instrukcji odmaszerować. Zapalamy samochód z kluczyka, albo odpowiednim przyciskiem, albo w inny znacznie mniej legalny sposób. Po chwili światełka powinny pogasnąć, zostać mają tylko te przyjazne kierowcy i środowisku. Jeśli zostały jakieś dziwne symbole, szczególniej żółte, pomarańczowe czy czerwone, reguła jest następująca - jeśli wózek sprzed 1995, ignorujemy żółte i pomarańczowe, mocno zastanawiamy się nad czerwonymi; jeśli wózek po 1995, mocno zastanawiamy się nad żółtymi i pomarańczowymi, przy czerwonych - nie jedziemy.
4) Dodatki. Podłączamy telefony, ipody, nawigacje itp. Odpalamy muzę, ustawiamy trasy i inne głupoty. Sprawdzamy kamery pokładowe, kanapki, picie i czy Kevin nie został sam w domu, tudzież czy kot został w domu a nie siedzi pod pedałami.
5) Ruszanie. Ostrożnie rozglądamy się wokół, wróć, ostrożnie przyglądamy się, czy mamy automat czy skrzynię ręczną. Jeśli mamy skrzynię niekompatybilną z naszą wiedzą i umiejętnościami, gasimy silnik i idziemy czytać instrukcję albo na kurs doszkalający. Ewentualnie, żeby się nie męczyć i frustrować, idziemy po lepszy dla nas samochód. Jeśli ustaliliśmy, że skrzynia jest z nami kompatybilna, ostrożnie rozglądamy się w koło (samochodu, a nie po wnętrzu), wkładamy bieg i jazda. Uwaga pokomciowa: Jeśli samochód zimny, nie pałujemy go, aż do momentu zagrzania (powiedzmy, termometr drgnie, nawiewy zaczynają letnim dmuchać, itp), szczególniej zimą; maszyna odwdzięczy się nam długoletnią bezawaryjną pracą (nie tylko silnika, ale też skrzyni, hamulców). Pałowanie "na czerwone" na zimno, albo wręcz przy -20 to, przy nówce, diabelska złośliwość wymierzona w następnego właściciela i/lub serwis; przy zabytku ze szrota, to proszenie się o "żelazny deszcz" spod samochodu.
6) Jazda. W sumie, są tylko dwie istotne zasady jazdy jednocześnie komfortowej, szybkiej, oszczędnej i dosko po prostu.
Pierwsza - moment a nie moc. Czyli warto wiedzieć, jaką charakterystykę momentu ma używany złomek (z doświadczeniem przychodzi w końcu zdolność oceny tej charakterystyki organoleptycznie, bez instrukcji czy cyferek) - staramy się używać silnika w zakresie od obrotów prawie-jałowych do max momentu plus trochę. Nie pałujemy silnika ponadto, gdyż jest to daremne i ssie nie tylko pałę, ale też zbiornik. Wyjątki to wyrywanie laski na wyrywanie ze świateł, niemiecka autostrada przy prędkościach >200km/h i używanie samochodu z śmiesznym silnikiem (wankla czy uturbionego maleństwa czy innych głupot).
Druga zasada - hamulce są dla mięczaków. Czyli nie ma usprawiedliwienia dla kopania co zakręt hamulca; trzeba uważnie i świadomie dopasowywać prędkość do drogi, pojazdu i warunów, żeby jechać płynnie, a nie zrywami bez sensu. Kopać się z pedałami można na torze, ale w samochodzie na drodze nie jest to ani przyjemne, ani szybsze, ani ekonomiczne, ani zdrowe dla pojazdu. I żebyśmy się rozumieli - płynna jazda nie znaczy, że wolna... Oczywiście na obcej trudnej drodze, w kiepskim wozie, przy złej pogodzie jest trudno nie czepiać się hamuli, ale na dobrej drodze w porządnym wozie, a szczególnie - na znajomej drodze, nie ma żadnych usprawiedliwień dla dotykania się hamula i robią tak tylko bardzo niedoświadczeni albo bardzo głupi, tych należałoby oćwiczyć linką hamulcową.
7) Zatrzymywanie. Gdy dojeżdżamy na miejsce, to nie gasimy od razu wózka - nędzarzom, których nie stać na 20-30s pracy ich pojazdu na jałowych, polecam za karę przesiadkę na rower czy do zbiorkomu, niech nie kaleczą się szlachetną sztuką szrotu. I nie mam tu na myśli tylko uturbionych diesli - każdej mocno obciążonej mechanicznie i cieplnie maszynie (czyli każdemu silnikowi samochodu osobowego) służy wybieg przed wyłączeniem, nie ważne, czy to turbina diesla, automat porządnej benzyny czy jakieś małolitrażowe gówienko pod maską.
To by było na tyle, chyba.
Nie ma za co.