Podobno starych ludzi poznaje się po tym, że ich nic nowego nie spotyka. Na taką definicję łapię się jak cholera, bo właśnie wróciłem
do tych samych gier, zabaw, myśli o nich, co jakieś dwa i pół roku temu (przekleństwo bloga - można takie rzeczy sobie sprawdzić i zapłakać rzewnie nad swoim życiem skołowanym).
To są konsekwencje przywiezienia sobie do SCO peceta starego ale jarego, jeszcze wystarczającego do FPSów jak Skyrim czy Crysis (na jakichś tam średnich ustawieniach grafiki, oczywiście).
Na rozgrzewkę
znowu przeleciałem Battlefield2:Bad Company, no ale to jest dla mnie jak Quake2, jak Crysis2, mogę jedną ręką, jednym okiem w jeden dzień.
Potem zapuściłem oldskul, nawet jak dla mnie, czyli DeusEx jedyna. I dawno nie miałem takiej ilości miodu w miodności. Ta gra ma już 14 lat, a nadal WYMIATA. Oczywiście nie grafą, oczywiście, pożyczyli zylion klisz, rozwiązań fabuły i szczegółów z cyberowej klasyki i skąd popadło, z Matrixa nawet, ale i tak złożyli to w cudo, bo takich GIER to jednak ze świcą. Najbardziej uderza jak doskonale wyważona jest ta gra pomiędzy sandboxem a (multi)liniową - nie kojarzę drugiego tak dosko spasowanego tytułu.
A linia(-e) fabularne nadal się nie zestarzały, a nawet - niestety, nic się nie zestarzały.
Prawie skończyłem DExa, ale zaciąłem się nieco na samej końcówce z braku zasobów, a nie bardzo chciało mi się cofać level czy dwa, więc "na razie" zapuściłem Skyrima.
No i trochę się wciągłem, choć mam tyle innych zajęć i spraw. Wydłubałem 15 czy 16 level i mam szczery zamiar podłubać więcej. Bo jednak Eldersy dostarczają całkiem wporzo, może trochę za bardzo sandbox i za wiele linii fabularnych poplątanych bessęsu, ale jakoś to daje radę. Tudzież zaskoczyły mnie nielinearne rozwiązania, gdyż niektóre misje wyglądają tym razem inaczej niż pamiętam (bo np. średnio ważny NPC tym razem przeżył...). Właśnie dla takich zaskoczeń warto zagrać powtórnie - oczywiście, jeśli dana gra je dostarcza.
Ale nadal - moje granie to kopia kopii kopii.