Czasem mam niepoukładane, że proszę wstać. Otóż, zamiast wymyślić sobie hobby zastępcze na zimę szkocką (której nie było, ale to szczegół), wymyśliłem se zajęcie na wiosnę, przed wyjazdem do PL i całym zamieszaniem.
Zajęcie, a raczej powrót w szczęśliwe czasy dzieciństwa, czyli modelarstwo.
Trochę jest w tym "winy"
człowieka z blogrollki, trochę mojej aktualnej fazy na historię i poczytywanie o marynistyce, a trochę dlatego, że nie mam co robić temy rencamy na wynajętej miejscówce, bez pieniędzy, garażu, ogródka, czegokolwiek, i jeszcze z nówką-służbówką jako samochodem na co dzień. Ot, dylematy pierwszego świata. A na komputery i elektronikę obecnie mogę się wypróżnić co najwyżej, ale nie uprawiać to jako hobby po pracy jak w pracy.
Ostatnie modele (plastiki 1/72) robiłem hoho, około 15 lat temu, trochę z dziewczynami, trochę sobie sam. Ale nie miałem czasu i sił na to, A-10 Thunderbolt z dobrego zestawu plus fototrawione nadal gdzieś się wala, w pudle w PL, częściowo sklejony.
Za młodu i dzieciaka nasklejałem się sporo plastiku 1/72 i jeszcze więcej kartonu / scratch'a; trochę "Małych Modelarzy" ale znacznie więcej własnego wyrobu, bo tak było ciekawiej i fajniejsze rzeczy mogłem strugać. Były samoloty (m.in. nieosiągalne w plastiku w PRL myśliwce, F16, F18, F14), jakieś czołgi, parę okrętów z MM plus parę
nie dość, że dziwnych to na dodatek w skali 1/1000.
(A w tle przewijały się zawsze kolejowe, na tyle mocno się przewijały, że gdzieś w PL leży cały komplet TT jaki nazbierałem do nastolęctwa, nie pozbyłem się ani jednego wagonika czy toru przez 30 lat... no, inni mnie potrafili wyręczyć i pozbyć się stołu-makiety, pozdro dla rodziny)
Obecny niskokosztowy powrót w czasy dzieciństwa na fazie marynistycznej, oznacza kartonowo-scratchowe modele "wystawowe" do linii wodnej. Miało być 1/700 ale palnąłem się w głupi łeb, i jednak będzie 1/350. Niskokosztowy, gdyż farbki, kartony i narzędzia kosztują jakieś pieniądze (szczególniej na starcie), ale plastikowe okręty plus akcesoria do nich (fototrawione itp) na dobrym pozimie (BTW nieosiągalnym dawniej czy temi rencami), potrafią naprawdę osłabić kosztami - myślę, że spokojnie mógłym wydać 200 funtów na jeden model, jakbym na bogato chciał pojechać.
Tyle, że mi się nie chce na bogato ani na superowo, tylko ot, zająć czymś ręce i głowę.
Na pierwszy ogień poszedł, trudno powiedzieć czemu, ciężki krążownik niemiecki WW2
"Prinz Eugen". A może i nie trudno - mam sentyment do tego typu (
było niedawno o bliźniaku "Blucher" i jego niezwykle krótkiej karierze, "Admiral Hipper" też miał interesującą historię), ale do PZ ciągnie mnie chyba za bitwę Bismarck/Hood i za to, że przetrwał dwa testy nuklearne, jakie zafundowali mu Amerykanie po wojnie. W ogóle to były eleganckie (nie pamiętam czy Brytole czy Jankesi, w porównaniu z swoimi ciężkimi okrętami uważali PZ za jacht...) i sensowne okręty (no może poza siłowniami). "Prinz Eugen" będzie mniej więcej taki:
czyli z początku służby, zapewne w malowaniu z pamiętnego 24 maja 1941r.
Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Jak nie będzie nic lepszego do roboty, może nawet wyjdzie cała czwórka bohaterów tamtego dnia.