Ostatnio potykam się w sieci jakby częściej o dietetykę w jakichś chorych wersjach i stylach, w typie
"9 rzeczy które wysrasz po zjedzeniu" (tytuł w wolnym tłumaczeniu) czy podobne teorie kontrolowanego wyburzania przepływu soi albo zwalczania GMO przy pomocy kłów. Czy tam kiełków. Aha, i ta ostatnia awantura z końskim mięsem odbija się czkawką.
Nieodmiennie takie różne próżne żale i dekalogi sportalonej dietetyki dostarczają mi lolkontentu, aż do poziomu głupawki ze śmiechu.
Wiecie, dla ustalenia uwagi, ja się na dietetyce prawie nie wyznaję, tyle co przy okazji swojego pakerstwa (jakieś 140 miliardów kilometrów temu) i
prób odchudzania (tl;dr) przez ostatnie lata.
Ale to nie przeszkadza mi polewać się solennie z dzieci sieci i sportalonych retardektorów, pochylających się z troską nad bananem czy świnką czy kucykiem w burgerze. Może to dlatego, że pracowałem 8 lat w średniej wielkości Zakładach Mięsnych (i w paru okazyjnie, nawet budowałem jakieś), miałem do czynienia z produkcją napojów, miałem sporą praktykę w browarze, uruchamiałem ze dwa młyny, mieszkałem obok jednej z największych mleczarni-przetwórni w PL (mając w niej kuzynów, znajomych, itp. wtyki) i niejedną mroźnię i chłodnię miałem "na tapecie". Tudzież, insindersko, pamiętam jeszcze jak wyglądało rolnictwo, no i wiem jak wygląda, nie tylko w PL. W zasadzie z popularnego jedzenia, to tylko rybnego i piekarni nie znam "od wewnątrz", ale mogę spoko naśmiewać się przez interpolację. Aha, znam się też nieco na rzeczy, która przeważnie umyka sieciowym teoriospiskowco-jedzeniowcom, czyli na wodociągach i kanalizacji.
Co jest takiego zabawnego w tym wszystkim?
Że istnieją w ogóle tak naiwni retardzi, którzy uważają, że istnieje jakieś prawo ludzkie, boskie, przedustawne, które powstrzyma w najweselszym i najbardziej komfortowym ustroju rąbanie klientów spożywczych przez kapitalistycznych producentów żywności i okolic, rąbanie na kasie, masie, bezpieczeństwie, zdrowiu, itd itp rąbanie NA CZYM TYLKO SIĘ DA. Ja wiem, że jakieś 96.32% ludzi ma pierdolca na punkcie jedzenia, a z tego połowa ma zajoba na zdrowie i/lub ekololo, ale luuuudzie! Zaprawdę powiadam wam! Ogarnijcie się!
Czy wam się wydaje, że jakikolwiek PRZEMYSŁ ma na celu wasze dobro i piękno, i żeby jeszcze było smacznie i zdrowo? Naprawdę? No to chyba was popierdoliło.
Przemysł (każdy) ma na celu generowanie maksymalnych zysków przez zaspokojenie i/lub wygenerowanie masowych potrzeb jak największej ilości ludzi. KROPA. Spożywczy - tak samo. KROPA. Zrobi to, jak każdy przemysł, na wszystkie legalne i nielegalne sposoby - kwestia kto/kogo da się złapać. KROPA.
Przemysł nastrzyknie wam mięso 70% wagowo, zamrozi ryby z 100% narzutem wody, wpierdzieli do mięsa skrobi (łatwo złapać), koniny (trudniej złapać), przemiele skórę z której powinny być buty, z kości zrobi MOM, w ogóle zutylizuje spożywczo całą świnię oprócz racic i szczeciny, dosypie do kiełbasy czy szynki soi, do mąki kredy, piwo uwarzy razem z butami i szczurami, zamrozi to co się niechcący rozmroziło, przepakuje wam szynkę konserwową nieźle dojrzałą (jakieś pół roku po wieloletniej dacie przydatności...), nie poinformuje o e-coli w serach, sery zrobi z czego popadnie (ostatnio bawią mnie zachwyty konsumentów o oscypkach z owczego mleka, hahaha, owcze mleko, jaaasne), dosypie takie ilości konserwantów do, like, wszystkiego, że się ta szynka czy parówka czy napój zacznie wam świecić w ciemnościach i nadawać na materiał wybuchowy, i tak dalej i tak dalej.
A to przetfurstwo-cudotfurstwo tylko, przecież chłop, pardąsik, biznesmen polowo-oborowy, wali od siebie, leje tonami herbicydy i pestycydy, uprawia ekologiczne ogródki na zasadzie "ekologia ekologią, ale jak nie popryskasz to nie urośnie", faszeruje zwierzaki hormonami i antybiotykami, i tak dalej i tak dalej.
I, muj borze, na deser te słodziuchne nie-przemysłowe, smaczne i zdrowe, małe masarnie, małe serowarnie, ekologiczne produkcje żywności, bazarowo-straganowe produkty od chłopa (posikam się ze śmiechu zaraz). Które różnią się od wielkiego przemysłu spożywczego tylko tym, że malutkich producentów i przetwórców nie stać na zaawansowaną chemię, maszyny i procesy, ale bardzo by chcieli i zazdroszczą, no ale odbijają sobie i wygrywają praktycznym brakiem nadzoru sanitarnego i konsumenckiego, bo dopóki nikt się nie zatruje ich kiełbasą z wmielonym petem, albo serem z chłodni, eee, drugiej świeżości, albo ekologicznym owocem świeżo pryskanym, i dopóki ludzie łykają "smacznie i zdrowo", to hulaj dusza, marża górką i jedziemy, panie Stasiu.
No i wisienka na torcie, dystrybucja i handele, no to już po prostu wolna amerykanka, "ta parówka jest słaba jakaś, a wiecie, ona musi wytrzymać tydzień jazdy w chłodni, a ropa do agregatu chłodniczego droga" albo "złapaliście tego kota, co przyjechał razem z serami? nie, uciekł od razu, pieprzony włoski nielegalny imigrant... ale dużo nie nasikał i nie osrał... to co, 15 ton sera do dystrybucji czy do utylizacji? co się głupio pytasz" albo "z tego przeterminu to robimy mięso grilowe czy mielone?" i tak dalej.
I tak było, jest i będzie. Howgh.
Prawdziwą alternatywą jest oczywiście nie jakieś czytanie etykiet czy walka z GMO czy koniną, czy co tam akurat za pierdolca dziennikarze lansują, tylko własnoręczne i autarkiczne cofanie się w łańcuchu przetwórstwa jak najbliżej słońca, ziemi i wody. Albo przynajmniej krowy czy mleka czy świni. Ale mało kto jest w stanie w to się bawić i tak szczerze, chyba nie warto.
Bo najważniejsze, to że nie warto przejmować się nadmiernie jedzeniem.