(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)(Uwaga - poniżej tasiemiec nieuśmieszony, i nudne jak cholera, z nieprzyzwoitą ilością emo, jak na ten blog)
Nowy rok poznaję po tym, że niedobitki palaczy w pracy chodzą złe i nerwowe, bo znowu rzucają palenie. Wiadomo, postanowienia noworoczne, blablabla, nałogowcy potrzebują cezury i Nowej Nadziei.
A w znajomych internetach - wysyp i comingout nałogowców od jedzenia, i czas odchudzania, piękne i dobre notki MRW i Mebci; to może, zamiast bucować im w komciach, też se strzelę notkę, przy okazji nieco biograficzną, żeby badacze otchłani mieli łatwiej z diagnozowaniem moich patologii.
(Dygresja dla ustalenia uwagi i do biografii - jestem najstarszym synem/bratem z trójki chłopaków o niezbyt wielkich odstępach wiekowych, z przeciętnej socjalnie i nierozbitej rodziny PRLowskiej inteligencji w pierwszym pokoleniu. Naprawdę zadziwiające jak wiele można wywnioskować o człowieku z takiego jednego zdania.)
Nie byłem dzieckiem grubasem, byłem fizycznie przeciętny. Geekiem zostałem w przedszkolu, okularnikiem zostałem gdzieś w połowie podstawówki (dawnej, 8 klasowej), wtedy też trafiłem do klasy sportowej w szkole zorientowanej na siatkówkę (wf+treningi 4 razy w tygodniu). Zanim zdążyłem zostać ubernerdem i na dobre zniszczyły mnie gangi klasowych czy osiedlowych ziomali, czy starszaków, które lubiły komuś trzy lata młodszemu strzelić w kły, czy z półobrotu, nastąpił niespodziewany zwrot akcji - szybko dojrzałem i wyrosłem fizycznie. Stąd pod koniec podstawówki to ja ew. mogłem spuszczać wpierdol, ale nie mnie. W wieku lat 15 miałem obecny wzrost i ważyłem nieco ponad 70kg, w realiach podstawówki byłem kafarem, i na prośbę m.in. wychowawczyni zacząłem się golić, bo młodociane kłaki były żenujące (fun fact - w obecnym i poprzednim życiu, nikt, łącznie z żoną i córkami, nie widział mnie bez wąsów, ostatni raz w połowie technikum zgoliłem, w zasadzie niechcący, należy mi się chyba order Wąsacza II kategorii).
W średniej życie nieco się zmieniło, bo w I klasie nadal byłem w górnym 1-2% kafarowania, ale przez 5 lat technikum połowa towarzystwa mnie przerosła wzwyż i wszerz. Z nudów, dla podniesienia samooceny i zdrówka też, przypakowałem wszerz, ale uwaga - ekologicznie (naczytałem się od cholery o dietach itp. i zero koksu, nawet suplementów śladowo, no bo skąd AD1988). W nową Polskę i w dorosłość w wieku lat 20 wszedłem z dobrym zdrowiem, minus uszkodzenia od sportów itp., z idealną wagą, i brałem 120kg sztangi na klatę w małej serii.
Przez pierwszą dekadę dorosłości, w tym małżeństwa i dzietności, pomimo pracy w zakładach mięsnych i podżerania, ale z drugiej strony w realiach zapierdzielania, często fizycznie, za dwu czy trzech, na budowach, w przemyśle, w domu i zagrodzie, i w ogóle, plus dorobienia się minipakerni domowej, zyskałem dodatkowe parę kilo, straciłem trochę siły i wytrzymałości, ale powiedzmy, że w nową dekadę #po30 wszedłem z 80kg i dobrym zdrowiem i siłą, minus trochę uszkodzeń cielesnych od wypadków i przypadków.
I tu się kończy idylla a zaczyna otchłań tłuszczu nowego tysiąclecia - nowa praca w semi-korpo była bardziej siedząca, a stołówka bardzo porządna. A Grażyna, która lubi i umie gotować, pracowała wtedy z dzieciakami i w domu, i miała czas i ambicje na gotowanie. Więc przez parę lat, zanim dzieciaki podrosły i Grażka poszła na studia, opierdzielałem fullsize trzydaniowe obiadki w korpo, i jeszcze lepsze w domu, przy zmniejszonej ilości ruchu, czy to sportu czy w pracy, plus normalne podżeranie, słodycze itd. I nie pomogła akrobatyczna budowa domu, w 4 miesiące systemem "tymy rencamy", nawet kilo nie zgubiłem, może co najwyżej wymieniłem trochę tłuszczu na mięśnie. Zaczęły za to wysiadać kolana i plecy, brzuch i dupa urosła, wydolność siadła, został tylko w miarę dobry metabolizm, serducho itp. i nieco siły.
Potem trochę grubnięcie przystopowało, ale czuliśmy z Grażką (która też przybrała, po ciążach i jeszcze większym zażeraniu stresów niż u mnie, a przy tym jest malutka) że jest do bani. Zaczęliśmy serio wnikać w diety i kombinować, już nie pod kątem sportu/pakowania/ciekawości. Różne rzeczy próbowaliśmy, 1000kcal, wegetariańskie (tu nałożyło się ideololo buddyjskie), różne warzywne itp, ale przegraliśmy parę razy z różnych przyczyn, nałóg wygrał, jojo jak złoto.
Nieco ponad dwa lata temu żona przyniosła Dukana, ja coś tam wcześniej o tej diecie czytałem, ale meh, zresztą, było to podobne do pakerskich diet wysokobiałkowych z czasów prehistorycznych, kiedy nie było paszy dla koksowników, dostarczanej w wiadrach i butlach przez przemysł. Spróbowaliśmy, zadziałało, zgubiłem prawie 15kg, Grażka też proporcjonalnie, pomału przechodziliśmy do fazy stabilizowania.
Wpadliśmy na bodaj Wielkanoc do starych, i dieta nam pękła, potem przyszły mocno stresujące czasy, zażerane oczywiście (fun fact - wyprawienie się z córką do Szkocji jesienią = minus 4kg, odbite z nawiązką w tydzień). A tydzień temu po świętach, które skądinąd wcale nie były zażarte, bo u nas takich dawno już nie ma, wlazłem se na wagę ch... wie po co, i znowu zobaczyłem trzycyfrowy wynik.
Fcuk.
Bez kalkulatora i zastanowienia wiem, że to BMI 30 czyli może i niedokładny, ale dzwonek alarmowy, i czas się brać za siebie. Stąd przednoworoczne postanowienie, pewnie na coś w stylu Dukana, bo tylko to w ogóle zadziałało.
Tyle biograficzno-tłuszczowego wstępu, teraz będę się nieprzystojnie wymądrzał o życiu, diecie i wszechświecie, i nie, nie mam pojęcia, stopnia naukowego, a podtytuł bloga to "luźne gadki", więc jak ktoś będzie się nad moimi głupstwami bardzo napinał z bólem dupki w komciach, to dam odpór bucernicą. I tu napiszę raz, ale jakobym 100 razy napisał:
In My Humble Opinion
Celem życia jest samo życie, jako proces przeciwentropijny lokalnie, pytania o sens życia, jego motywacje, koniec, i co po końcu, 9/10 etyki, religii, filozofii odrzucam jako bzdety i uwikłanie umysłu małpy naczelnej w język i rozpoznawanie wzorców.
Świat w którym przyszło nam żyć, pełen ch... entropii i jeszcze bardziej ch... popłuczyn po ewolucji, w skrócie - pełen cierpienia, jest nieco lepszy jeśli jakość życia każdego z nas i wszystkich razem jest lepsza niż gorsza. Życie w subiektywnie dobrej jakości warte jest przedłużania.
Duża część cierpienia jest w umysłach, a nie w realnym świecie, stąd moją filozofią życiową jest buddyzm. Głównie świadomość określa byt, a nie odwrotnie. Ale nie ma sensu odpuszczać sobie świat realny, i "naciągać" świadomością jego niedostatki i cierpienia tam, gdzie można je załatać znacznie mniejszym "wydatkiem" i nieszkodząc innym (innych można definiować różnie, ale ja niestety w praktyce ograniczam się do, z grubsza, naczelnych). Dlatego nie jestem za ascezą, mistyką, itp. tylko technologią i nauką, tam gdzie działają i wydają się nie zwiększać cierpienia. Ale to w którym punkcie ustala się równowaga świadomość-byt i powyższa ocena bytu, w tym nauki i techniki, jest oczywiście indywidualne. Dla mnie jest taka, że życie warto uprawiać zarówno i rzeczywiście: świadomie, dłużej, i w wyższej jakości. Mniej więcej.
Długość życia określa głównie zdrowie i to, "czym" się zajmujemy (to "czym" pominę tym razem). Jakość życia określa głównie: szczęście, zdrowie i komfort (w komforcie jest też powyższe "czym się zajmujemy"). Szczęście jest subiektywne i możliwe bez zdrowia i komfortu, ale nie można go tak w żaden sensowny sposób intersubiektywnie planować, dyskutować, zmieniać, co najwyżej można zapytac o subiektywne poczucie, i spróbować pomóc jednostkowo nieszczęśliwym, więc nie rozmawiam tu o tym. Ale - zdrowie i komfort życia, które już nie są zupełnie subiektywne, wydają się ułatwiać uzyskanie szczęścia. Stąd warto zadbać o komfort i zdrowie, szczególniej jeśli można zbytnio nie szkodzić przy tym innym. Aha, szkodzenie sobie jest wewnętrznie sprzeczne, ale o tym innym razem. A na potrzeby tej notki komfort określa poziom zaspokojenie potrzeb z piramidki Masłowa or compatible plus aktywności delikwenta ("czym się zajmuje").
(dygresja - będzie coraz bardziej szczegółowo, ale ja się elastycznie trzymam bardzo ogólnych aksjomatów i zasad, bo tak jestem poskręcany i dobrze mi z tym, reklamacje przy innym okienku proszę)
Z mojej najlepszej wiedzy i praktyki, otyłość pogarsza zdrowie, oczekiwaną długość życia, i nieco zmniesza komfort. W moim przypadku jest skutkiem łakomstwa i zażerania stresów, innych tłumaczeń nie mam. Trzeba ją zwalczać, jak każdy nałóg (tyle że całkowita abstynencja jest tu raczej trudna...), najpierw w głowie, potem w materii. Głowę przestawiłem na ile potrafię, i z praktyki to wystarczyło co najmniej raz, więc powinno znowu wystarczyć na -15kg. Materialnie, do zbicia otyłości i powrotu do akceptowalnej wagi w akceptowalnym czasie, ergo powrotu do komfortu i zdrowia, potrzebna jest dieta.
Ilość materiałów i publikacji o żywieniu i dietach jest olbrzymia, znam ich sporo, przez 25 lat wyrobiłem sobie na nie ogólny MEH, bo co parę lat jest ogłaszany przełom i rewolucja w dietach, i już jest ich tyle sprzecznych, że weś. Dieta dla mnie: ma działać (czyli waga spada, i ogólnie, daje wzmocnienie negatywne do łakomstwa), i nie pogarszać kluczowych IMHO parametrów zdrowia, także w średniej perspektywie (powiedzmy, lat). Czyli tu trzeba te parametry podać i badać (co do badania - mam komfort bycia praktycznie zdrowym, poza zużyciem "mechanicznym" ze starości i z kontuzji; stać mnie mentalnie i finansowo na coroczne, albo i częstsze, badania, żeby to sprawdzać, a nie tylko subiektywne wrażenie zdrowia - ogólnie, co do badań, "mam na to papiery"). Z mojej najlepszej acz niskiej wiedzy o state of art w temacie, kluczowymi parametrami zdrowia i oczekiwanej długości życia jest gospodarka cholesterolu, gospodarka cukrów/insuliny, elektrolity/woda, i na deser unikanie wolnych rodników i jeszcze gorszego syfu a la petrochemia, ew. ochrona przed nimi (pomijam tu nieco tematy zdrowia neurologicznego i psychiatrycznego, jak w sensie prewencji Alzheimera, itd itp, ale mam świadomość związków, i tego, że fizjologia i metabolizm, to jeszcze nie wszystko (świadomość określa byt!)). Co ponad to, i drobniejsze szczegóły, ścinam i mam w nosie, bo nie chodzi o to żeby z nałogowego żarcia przejść na różne manie i schizy na tle żarcia.
Dieta wysokobiałkowa w typie Dukana dla mnie i żony a) działała b) nie spowodowała pogorszenia wyników, w tym np. pracy nerek; ogólnie wyniki cacko (a żona została zaserwisowana w międzyczasie bardzo dokładnie, bo miała poanginowe zapalenie serca itd itp więc wymacano jej np. gospodarkę cholesterolu i zmiany miażdżycowe, również nerki, stereo, w kolorze, i z przytupem), wg. powyższych ogólnych kryteriów "zdrowia" - cel był już w zasięgu ręki, tyle że wystąpiło duże jojo. Nie interesuje mnie czy będzie kolejne, czy nie, interesuje mnie teraźniejszość i uogólniona skuteczność diety.
Stąd, po fazie przejściowej (nie zależy mi na uderzeniowym odchudzaniu, mam w nosie o ile można odwodnić się przez tydzień), przechodzę na cykl tygodniowy a la Dukan (w tym - zero ziemniaka, ryżu, pieczywa, cukru; w fazie z węglowodanami - warzywa i owoce; białko max zróżnicowane, co tylko się da; plus witamina C w średnich dawkach, tak ogólnoprewencyjnie i "żeby mocz był droższy"). Plus rozważam powrót do siłowni, wstyd się przyznać mam w pracy po cenach preferencyjnych, a nie korzystam. Ale najpierw spróbuję odkupić od sąsiada mój dawny sprzęt, który mu na koniec budowy oddałem w rozliczeniu za dniówki, pewnie go nie używa, może nie oddał na złom ławki, sztangi, i całej reszty.
Pozostaje namówić żonę, żeby się przyłączyła.
Życzcie mi powodzenia.