(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)
Póki jeszcze pamiętam, o co mi chodziło w części pierwszej, to może pociągnę temacik dalej. Czyli modne obecnie, albo niedawno, albo starsze, ale mające po dziś dzień konsekwencje, fady, które korzeniami sięgają hoho, albo i jeszcze dawniej. Albo nigdy nie działały. Ale odpowiednio nawiedzony mędrek od biznesu czy zarządzania nie takie starocie opublikuje jako megahit sezonu, a konsultant wam je, za odpowiednio gruby przelew, wdroży.
Będę leciał przez fady najbardziej mnie osobiście wpieniające, a niekoniecznie najgłupsze czy najstarsze. I będę zarówno śledził ich korzenie, jak i korzenie ich krytyki, bo niektóre fady obalono czy znaleziono lepsze rozwiązania sto czy pięćset lat temu, a myślicie, że to komuś z konsultantów czy autorów przeszkadza je sprzedawać? Ale z was naiwne łosie (c) Radkowiecki.
1. MBO czyli "management by objectives" czyli zombie, bo niby już trup, a się rusza. W nowożytnej formie sprzedał to gościu w latach 50, że będą se ludzie w organizacjach biznesowych, z góry na dół i z prawa na lewo, negocjować mierzalne cele cząstkowe, to wtedy będą one racjonalne, i będzie się je nawet osiągać, bo będą jasne, mierzalne, i motywacja będzie. Że to nie działa, to wiadomo, zdaje się, od zawsze. Słyszeliście kiedyś o armii, która se negocjuje na każdym poziomie taktykę? Pewnie, że słyszeliście - o pospolitym ruszeniu, które dostaje wpierdol. Bo naprawdę, to ustalać tak cele i taktyki, i jeszcze czasem odnosić sukcesy, mogą oddziały specjalne w wojsku, albo unikalne spółdzielnie itp. w biznesie - NAJPIERW bardzo silnie zmotywowane i bardzo dobrze "rzemieślniczo" przygotowane do zadania. Ale nie dywizja poborowych czy przeciętna fabryka czy organizacja biznesowa. No ale echa MBO, skrytykowanego przez 50 lat przez, like, wszystkich, kołaczą się nadal - bo przecież im bardziej ćwokowate są nowożytne managementy i konsultingi, tym bardziej kochają mierzalne albo "mierzalne" cele (nieważne, że co trzy lata, z każdym nowym konsultantem czy dyrektorem, nowe), świadomość celów od góry do dołu w całej strukturze (potrzebną większości członków organizacji jak guz na mózgu), i żeby dało się wszystko przeliczyć a przynajmniej "przeliczyć" na pieniądze. A już najnajnajzabawniejsze, że czołowe konsultingi tier one, pomimo że lansuja znacznie nowsze i modniejsze fady, uprawiają czasem wewnętrznie najwredniejsze możliwe formy MBO - na przykład umawiając się z początkującym pracownikiem na ścieżkę kariery z celami "awans o oczko wyżej co trzy lata, albo wypad z firmy" (oczywiście, oczek wyżej jest 3x mniej niż niżej...). I młodzi ludzie uważają, że to są bardzo dobrzy pracodawcy...
2. TQM, SixSigma, i podobne, czyli systemowo udoskonalmy rekursywnie (kaizen) jakość produktu/procesu aż do granic, a potem je przekroczmy. Pomysł jest stary jak rzemiosło, a nowożytnie zrodził się, w poza tym całkiem zdrowym, ceberku Deminga, ale jakoś nie przyjął się od razu na Zachodzie, za to Japończycy się w nim zakochali - wszystko przez ciągłe pier... się z ryżem pałeczkami, jakbyście od dziecka łapali ziarnka w patyczki, to też by wam się spodobał pomysł na racjonalizację głupoty, i dlaczego lepiej doskonalić żonglerkę pałeczkami, niż wziąć łyżkę. A co jest łyżką? Stara strategia, co najmniej z czasów Forda i początków produkcji masowej - jakość nie jest celem, jest środkiem. Celem jest kasa klienta. Jeśli fort T ma odpowiednią cenę i zaspokaja oczekiwania klienta, po prostu SPRZEDAJE SIĘ, to nie ważne, jaką ma jakość, i że ma podłogę z desek skrzyń, w które pakowano silniki. Bo kiedy jakość staje się celem, to bardzo szybko okazuje się, że nie ma przecież górnego limitu wydatków na poprawianie jakości i górnego limitu oczekiwań klienta co do jakości, o czym przekonało się tak wiele firm w tak różnych czasach, że nie wierzę, że ktokolwiek w 2012 może twierdzić, że jakość uber alles, i zawsze są z jej podniesienia zyski. Co managementy i konsultingi zapatrzone w japońskie sukcesy jakości i udane modernizacje katastrof jakości zachodniej sprzed 30 lat, nadal ochoczo lansują.
3. Reengineering, DMAIC, Plan-Do-Check-Act, i inne głupie nazwy na praktykę inżynierską. Bo praxis jest znana co najmniej od 100 lat, a w ogóle planowanie, robota, sprawdzenie i korekta były w rzemiośle od zawsze, no ale co 20 lat ktoś to wymyśla i sprzedaje na nowo. Zaprawdę, nie wiem, jak ktokolwiek może za taką wiedzę płacić, albo postępować inaczej w rzemiośle i przemyśle. A jednak.