Licencja

Ostatnie wpisy:


Ostatnie komentarze:

Boni - Epoka wyuczonej bezradności
Sun, 15 Jul 2018 11:35
@janekr Możesz też wcale nie używać czytnika,...

janek.r - Epoka wyuczonej bezradności
Sun, 15 Jul 2018 08:11
Ja jestem bezradny i nie jest to bezradność wyuczona....

Boni - Epoka wyuczonej bezradności
Sat, 14 Jul 2018 18:36
W sumie racja, to nie był najlepszy przykład. Inna...

Bober - Epoka wyuczonej bezradności
Sat, 14 Jul 2018 17:36
@Boni Ale to nie jest bezradność. Bezradnością...

Boni - Epoka wyuczonej bezradności
Sat, 14 Jul 2018 16:38
@Bober Przykład z wczoraj czy dzisiaj - masz fajny...

Bober - Epoka wyuczonej bezradności
Sat, 14 Jul 2018 10:56
"Oczywiście, można by wypisać tu zylion anegdot w...

Boni - Historie ze złomowiska
Thu, 12 Jul 2018 18:40
@Gatling Dzięki. Co do sprzęta, powiem tak,...

Gatling - Historie ze złomowiska
Thu, 12 Jul 2018 12:51
miło się czyta takie radosne notki, dają vicarious...

Boni - Historia jajem się toczy
Wed, 4 Jul 2018 20:18
@charliebravo IMHO może i jest jakaś tam większa...

zz_top - Historia jajem się...
Wed, 4 Jul 2018 08:48
Ależ zasada "zajmujemy się najpierw zabezpieczeniem...


Rollka:

Blog de Bart
Ceàrdach
Co lepsze kawałki
Ekskursje w dyskursie
Inżynieria Wszechświetności
Nameste blog
Ogólna teoria
pattern recognition
Polska-NRD-Niemcy-Świat
snafu
Teklak
Utilitymon
Wrzutnia nocna

Inne:

inSitu - pudełko z obrazkami
Eat me. Drink me.
Szrot nasz codzienny
EVA prawdé ci powié
PolitMap



Valid HTML 4.01 Strict

Valid CSS

powered by PHP

Wpisy    Losowo    Autor    Rejestracja    Zgłoś błąd
RSS blog   RSS komentarze







Autor: Boni
Kiedy: 2011-06-05, niedziela
Tagi:  pieczarki, fun
___________________________________
(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)

(ciąg bliższy)


(lekki powrót w przeszłość, czyli to co się przypomniało w międzyczasie o maluszkach kontra pieczarki)


(PF126p) - zdezelowany, że o matko i córko. Po pewnych zderzeniach z pieczarkami na mieście i okolicy, gdzie akurat nikt nie błysnął dowcipem czy miłością bliźniego, i przy dużej dziurze budżetowej 1) starałem się unikać centrum miasteczka, okolic banku, komendy i urzędu gminy, i zgodnie ze starym rosyjskim przysłowiem, być niższy od trawy i cichszy od wody. To ostatnie było wyjątkowo trudne, bo akurat jak na złość tłumik malucha trochę się spruł, i jakoś trudno było go zfastrygować, a do wypłaty nieco daleko. Cóż pozostało - poznałem zupełnie nowe trasy wylotowe, objazdy bokami, nieznane ulice, itp. okoliczności, bo jakoś przez miasteczko do wylotówki do pracy (20km) trzeba się było przebić. Któregoś dnia wczesnym rankiem, wyraźnie zaspany i rozkoszny (bo dzionek był cudny) zapomniałem się, i pojechałem normalnie... Kiedy mijałem komendę, kątem oka dostrzegłem pieczarkę wchodzącą w główne wejście, która zaczął oglądać się za mną (a raczej za ryczącym zweizylinder gut maschine) - jakoś natychmiast się obudziłem, bo blond mordka wydała mi się znajoma. Tak! Niesamowite! Ułamek sekundy i poznaliśmy się nawzajem! Co udowodniła doganiając mnie kilometr dalej służbowym passkiem. I pomimo, że to było nasze bodaj trzecie spotkanie, i tym razem na bogato, mandat i dowód rejestracyjny, to wiecie co? ładnie poprosiłem, i wypisał mi ten kwitek zamiast dowodu aż do końca tygodnia (absurdalnie długo, bo był poniedziałek czy wtorek). Po prostu dał się przekonać, że do pracy i na budowie domu muszę jeździć, choćby nie wiem co, a do soboty nie ma takiej siły, żebym miał pieniądze i czas, ale w poniedziałek maluszek będzie tiptop. (I prawie tak było, z dokładnością, że już w sobotę pojechałem na przegląd, i musieliśmy z diagnostą tylko nieco zmrużyć oczy, żeby dostrzec ten tiptop).


(PF126p) - mniejsza z tym, skąd i dlaczego (kiedy indziej może będzie), ale maluszek miał ciekawe koło zapasowe. Tak zwichrowanej felgi, to nawet w Kazachstanie nie widzieliście, gwarantuję. Powiem tyle - na przód nie dało się założyć, bo ponad 5km/h autko jechało w zasadzie, gdzie oczy poniosą, a nie gdzie kierownica wskazuje. Więc trzeba było przekładać przód-tył-zapas jeśli poleciał przód. A zresztą, z tyłu też wymiana była tricky, o czym przekonałem się w szczerym polu, nocy i deszczu kiedyś, kiedy podnosiłem malucha na maxa ile podnośnik i gówniany próg pozwoli, a i tak koło mi nie chciało wejść na piastę. Po prostu rozpacz i grzybnia, i w ostatnim przebłysku burzy i resztek zdrowego rozsądku, zauważyłem, że to nie maluch za nisko, czy wahacz opadł, tylko koło jest tak skośne wzg. piasty, że po prostu nie przechodzi - jak odwrócić je góra dół (godz. 12 na godz. 6) to wchodzi lajtem i ze sporym zapasem... no trochę nadkole czepia, ale spox. Kółko dotarło się (nie to, że do drutów, tylko prawie...) po paru użyciach, i ciągle zapominałem je zmienić na byle szrocie, naprawdę miałem taki zamiar. Któregoś razu, niezbadane wcześniej okolice Tykocina, flapflapflap, guma... no dobra, tył, christ, znowu zapomniałem wymienić ten durny zapas. Trudno, późne popołudnie, pogoda piękna, wymieniam łan tu tri, i sunę wolniutko w stronę Tykocina w nadziei na wulkanizatora, bo na tym guanie nie będę przecież po świecie jeździł. Maluszek wykonuje pocieszne ruchy dupką, coś jakby "seksowa gwiazda kina niemiego", a może raczej "pomarańczowa żaba kopuluje". Koło przy każdym obrocie wyjeżdża z wnęki raz górą, raz dołem na parę cm, ludzie mi machają, mrugają i pokazują na koło, ja im odmachuję, rozsyłam uśmiechy i kiwam ceberkiem, że jest lodziomiodzio; i tak się wlokę, starając się zjeżdżać i ustępować drogi. Nagle z tyłu dogania mnie pieczarkowóz. Oj, będzie się działo, jak już niebawem powie Jurek. Jadą za mną dłuższą chwilę, nie wierząc własnym oczom, po czym wyprzedzają, i zatrzymują "Bry, kierowcy się koło odkreca!!!" - "Bry, nie, to tylko taki zapas!!!" - ZONK i zapada niezręczna cisza - "A nie wiecie panowie, gdzie tu jest jakiś wulkanizator, bo mi już plomby wypadają od tego koła?" - "A tutaj, w bok, za dwa zakręty..." - "A dziękuję bardzo. To co, nie zatrzymuję panów, bo jeszcze mi zamknie przed nosem?" - pieczarki kiwnęły kapelutkami w osłupieniu, i już mnie nie było.


(PF126p - drugi, znacznie porządniejszy niż pierwszy, ten bohater większość notek) Jedyne zdarzenie kwalifikowane jako wypadek, jakie miałem w całym życiu auto-moto - pieszy, wychodzący zza autobusu prosto pod koła. W lekkim deszczu próbowałem się zmieścić między chłopaka a autobus, ale nie dało się - chłopak zatrzymał się na mój widok (gdybyż szedł, jak wcześniej, prosto do swojego domu naprzeciwko przystanku...), poślizg na mokrym, i zaczepiłem go lekko. Wszedł mi na słupek pasażera, zrolowało go i złamał nogę plus zaorał pobocze przy pomocy twarzy; mnie obróciło kilkaset stopni, bo solidnie zblokowałem hamulce, i zaliczyłem tyłem pobocze, uskok drogi i jakieś krzaczory. Po akcji histeryczno-ratowniczej (bo przecież rodzina w domu, i kupa znajomych ludzi ze wsi i autobusu) pogotowie odwiozło sprawcę, i przyjechały pieczarki. Na początku okazały wielki profesjonalizm - co robi się najpierw, dojeżdżając na miejsce wypadku? Wtedy jeszcze nie wiedziałem. Otóż - ŁAPIE SIĘ ZA RĘKĘ I DOWÓD OSOBISTY PIERWSZYCH Z BRZEGU DOROSŁYCH NA ŚWIADKÓW zanim towarzystwo rozpierzchnie się i pochowa po zapieckach. Ja oczywiście przypominałem przeterminowaną galaretkę, nie nadającą się do spożycia. Ale pieczarki były jakieś takie ni to pochmurne ("Pisz, że ma porozbijane światła tylne i nie ma ręcznego" - (ja) "Ale to skutek wypadku, przecież zaorałem te kępę" - "No to co, pisz" - "No to ja wam nie podpiszę protokołów, chyba, że dopiszecie, skąd wyjeliśmy malucha" - "Nooo dooobra, dopisz to..."), ni to zblazowane ("Tylko noga złamana? Czyli przytomny odjechał?" i ogólne wzruszenie ramion), aż w końcu mnie to uderzyło, czy to ma być ich profi muczaczo napinka nad kierowcą, czy ki ch... i pytam "Panowie, co wy tacy mroczno chmurni i niemili, wypadek, ok, podejrzany czy świadek, ok, ale o co tu chodzi" - popatrzyły na mnie raczej ciężko - "Prosto z Z... jedziemy, mieliśmy poprzedni wypadek. Dziadek z wnuczkiem przechodzili szosę Warszawa-Białystok, pijany w audi na prostej ich trafił. Obaj na miejscu, nogi i ręce po polu zbierano..." - zawiesiłem się - "O k... mać. O ja pier... Nie, no przepraszam, nic już nie mówię, róbcie swoje, nie zawracam wam dupy, nie narzekam na zły humor, podziwiam, że się trzymacie na SŁUŻBIE". I wiecie, rozpogodzili się trochę, zaczęliśmy rozmawiać o tamtej szosie śmiertelno-przelotowej, czy kładki by coś pomogły (bo kto na wiosce będzie chodził kładką). I na końcu, po wypisaniu tych wszystkich papierów i dmuchaniu, byliśmy już w nieco lepszych humorach i komitywie. I pieczarki mówią tak - "pan jedzie do domu do W...M... to może zaczepimy o komendę i alkotest?" - ja brwi w górę - "Przecież dmuchałem?" - "Pewnie, i my widzimy, że pan jest trzeźwy jak świnia, ale tu jest tylko zapis o alkomacie i tyle, tam jest notatka dyżurnego i wydruk do akt - pan nie wie, jakie ploty krążą po wioskach, przecież za tydzień pół gminy będzie opowiadało, że pan był pijany i zabił ojca rodziny, a my zatuszowaliśmy" - "Aha, nie ma sprawy, to jedźmy, wy przodem, bo ja nie będę gonił malucha, który podłogą przywalił, że aż ręczny gdzieś poszedł" - "Nie ma sprawy, rozgrzejemy alkotest, dyżurny będzie uprzedzony, pan się ładuje na komendę" - no i pojechali, a ja za nimi, nic się nie działo, więc coraz bardziej dziarsko. Zgodnie z umową, wepchnąłem się na zatłoczony parking pod komendę, gdzieś między policyjny wóz a resztki zaspy z zimy. Zameldowałem się u dyżurnego, władowałem się do znajomych pieczarek, gadamy, dmuchamy, piszemy, nagle wpada dyżurny jak bombowiec - "Ze sklepu z naprzeciwka dzwonią, że się maluch pod komendą pali! Nie pański?" - "O w dziuplę..." - i wszyscy bieg na zewnątrz. A tam uroczy kremowy maluszek i nad nim nieduży atomowy grzyb, no dobra, cząsteczkowy grzyb pary wodnej - okazało się, że jest dziwnie przestawione przednie koło, i hamulec się jarał, a parkując oparłem kołem o zaspę, stąd chmura. Cóż, wkopałem więcej zaspy na koło, niech się studzi, pomędrkowaliśmy, że ani ja, ani oni (testowali samochód na miejscu zdarzenia) nie wyczailiśmy tego hamulca, i rozeszliśmy się, każdy robić swoje, ja umawiać mechanika, oni zamiatać po innych.


1) duża dziura budżetowa i w ogóle konieczność maluszkowania aż tak okrutnymi trupami, wynikała głównie z budowy pierwszego domu systemem gospodarczym "temi rencamy" w wyluzowanym wieku lat 20, plus rodzina i praca. Aha, a jeśli jest "budowa domu" w nociach o scorpio, to jest drugi dom w wyluzowanym wieku lat 30, i dziura budżetowa tylko nieco mniejsza.



(ciąg dalszy)








Engine: Anvil 0.88   BS 2012-2018