(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)
Dla mnie równie ważne, poza tym - jaka muza? jest też - kiedy i w jakich okolicznościach słuchana. I tu oczywiście, w duchu religii prezentowanej na blogu, odpowiedź nasuwa się sama - w samochodzie! Bo nie przepadam za słuchawkami, zresztą, w pracy i na co dzień nie bardzo mogę i chcę używać (a transport publiczny zdarza mi się bardzo rzadko - najczęściej jak jadę se kupić samochód...) Sprzęt w domu, choć w całkiem miłych konfiguracjach, jest przeważnie martwy, bo czas na słuchanie muzy to ja mam późnym wieczorem, a za słuchanie mojej ulubionej muzy tak głośno jak potrzebuję, na sporych pionieerach z subem, zakatują mnie sąsiedzi; za nieco delikatniejsze tannoye (nawet w konfigu z winylem, a co, taki ze mnie audiopedofil!) zakatuje mnie śpiąca obok żona.
Dlatego tak ważny robi się grajek w wózku - nie mam wielkiego ciśnienia na superhiper sprzęt z jakimś wielkim przykopem, bo nie chcę ogłuchnąć; na jakość też nieco kładę, bo słuchu muzycznego nie mam, i w dobrze wiem, że w moim wieku hi-fi to powinienem na audiometrze se ustalać, a nie konfrontując portfel z prospektami firm caraudio. Więc byle pioneer 4x45 na średniopółkowych głośnikach mi dostarcza spoko, tylko coś trzeba w niego zapakować.
Skoro muza w samochodzie - to jednak ta bardziej dynamiczna i wyrazista, po plumkanie na sprzęcie średnim, w otoczeniu parudziesięciu dB hałasu, to gupi pomysł. No i zasnąć można przy dłuższej trasie. A ponieważ przeważnie jeżdżę krótkie trasy i odcinki, tudzież lubię się podenergetyzować, odruchowo w wozie włączam ostrzejsze i dynamiczniejsze kawałki (jak dla mnie, ofkors). I to mnie budzi i rozkręca, tyle, że czasem kosztuje za ostrą jazdę, i tworzy jakieś wąty i problemy.
Przez pare ładnych lat numero uno na mojej liście energetyzerów do samochodu były OST z Matrixów (uwagi, że to passe, obciach i ludziom nieładnie, odrzucam jako niezorganizowane). Zaczęło się chyba od tego:
Pewne rodzaje muzy powinny być do samochodu zakazane - po rozpakowaniu i zapakowaniu CD z OST MX1 w wózek i zrobieniu nieco głośniej, było błogo, ale kiedy doszło do Draguli, przejechałem pół miasta driftem. Wyczes, znaczy, muza, nie drift. Z MX2/3 podobną rolę pełnił ten kawałek:
Wyobraźcie sobie czteroosobową rodzinkę, stateczne małżeństwo z długim stażem, i dwójkę cudownych córek nastolatek, jak razem lecą nisko
UFO, niczym nietoperze z piekła, od Mansona obrywa lusterka, i wszystkie cztery osoby, nie ważne, łyse czy kudłate, robia headbanging. Tak, wiem, inni kierowcy też nie wierzyli w to, co widzą.
A w czasach bliżych, za etatowy napier... w samochodzie, robi mi m.in. to:
i cała reszta co ostrzejszych kawałków z GitSów, szczególniej SACów (bo plumkania z jedynki czy Innocence, to jednak na inne okazje).
YOKO RULEZ!
PS. Żarcik, chyba z komciów na tubkach:
*Run Rabbit Junk starts playing somewhere*
Terrorist 1: Aw crap. Run Rabbit Junk.
Terrorist 2: It's just a song, what's wrong?
Terrorist 1: It's Section 9's "Time to Kick Ass" theme! We're totally f...ed!