1.
Jak widać po pustkach na blogu, pisać mi się nie chce, uprawiam błogie lenistwo, a może raczej inne aktywności niż pisanie (BTW książek też); ostatnio na tapecie nadal dłubanie w programach, równie głupich
jak te fejsopodobne, ale w innych
odwiecznie poprzednich pomysłach.
Z ciekawostek bieżących, mamy na Krecie ładną zimę, okazyjnie wichur i ulew, czasem poniżej 12st, ale na przykład obecnie raczej około 20 i ciepłe wiatry i deszcze z zachodu itp. a nie z "zimnej" północy.
Zima wymaga ogrzewania chałupy, dla przypomnienia mamy piec z podajnikiem na "pelet" - kruszonkę po oliwkach. Po dostrojeniu i ogarnięciu wszystko ładnie działa. W międzyczasie przyszło przetestować też normalny pelet drzewny (spoko, tyle że droższy, w teorii znacznie bardziej energetyczny), bo w ulubionym składzie opału skończyły się zeszłoroczne zapasy tego oliwkowego, a jeszcze nie było tegorocznych.
Wczoraj skoczyliśmy "na skład" i już była nowa świeża dostawa, nie tylko cięższe wory i jeszcze ciepłe (fermentacja chyba?) ale też, co za niespodzianka, po wożeniu pół tony świeżych przetworów z oliwek nasz van pachnie jak gaj oliwny skrzyżowany z przetwórnią oliwek.
Nasłonecznienie mamy zgodnie z oczekiwaniami irlandzko - przedimigracyjnymi, miało być rzędu 3000h rocznie (dla przypomnienia, rok ma ok 8760h, ale razem z nocami...), i dostarczają, nawet w weekendy.

Czego tu przemysł i handel nie dostarcza, to różnych nośników
kurtularnych, jak płyt bluryj czy polskich książek. Niby wszystko jest w internetach, ale jednak poruta... Okazyjnie udaje się coś przywieźć, jak córka bluryje z UK, albo przysłać, jak szwagierka Murakamiego ostatnio.
BTW z książką była dość interesująca historyjka, bo poszła zwykłą paczką pocztową poleconą (nie kurier itp.) i szła sobie spoko, i doszła; wręcz jest wrażenie z trackingu, że przetrzymują takie rzeczy po drodze, żeby przypadkiem usługi kurierskie, także poczt, nie miały konkurencji.
Końcówka była "zabawna" i zabawna. "Zabawna" kiedy od lokalnej "dużej" poczty (na przedmieściach Heraklion, Gazi) odbiliśmy się w piątek wczesnym popołudniem, bo ktoś poczuł zew weekendu i zamknął minimum półtorej godziny przed czasem... Zabawne, kiedy wczoraj w poniedziałek skoczyliśmy ponownie, i po dotarciu do okienka miła pani na nasz widok i "my po paczkę", ledwo rzuciła okiem na karteczkę, bardziej rzuciła "I know..." i pomaszerowała po paczkę na zaplecze, zero szukania. Trochę nam szczęki opadły, bo na tej poczcie byliśmy drugi raz, i my tą panią nie bardzo pamiętamy... Ale ona nas chyba tak, ew. polskie nazwiska w okolicy występują homeopatycznie. Najważniejsze, że jeszcze ciepły Murakami przybył, żona już jara się lekturą niczym norweskie drewno.
A przy okazji bluryjów dostarczonych przez córkę, może ze trzy zaległe mikrorecenzje luźno powiązane:
2.
"Deadpool" 3 (2024) czyli vs. Wolverine. Spoko-loko, ale trochę popłuczyny i rozciąganie formuły do granic wytrzymałości. Co było w R-rated Deadpoolu, przebijaczu czwartych i kolejnych ścian, królu meta- i wygrzewu, świeże w jedynce, nienajgorzej poszło w dwójce, miele się w trójce nieco w kółeczko i "eee tam". Ale oczywiście ciekawe było jak to poskręcają z Wolverine, itd. i obejrzane z umiarkowaną przyjemnością, tyle, że połowy już nie pamiętam...
"Duna: Part Two" (2024) czyli ciąg dalszy/zakończenie ekranizacji Villeneuve'a. O ile jedynka (niedawno odświeżona) nadal ma u mnie mocne 10, pomimo komisarza Hawata, Petera de Vries z małym przebiegiem, nieuchronnych skrótów, itp. to dwójka już tak dobrze nie ma. Tzn. nadal jest bardzo dobra, wyżyny REALIZACJI średnio twardego SF, ale biorąc pod uwagę EKRANIZACJĘ, powiedzmy 9 na 10. Bo jednak praktyczne wycięcie Alii, połowy "problemów i działania" Kwisatz Haderach, ale co najgorsze wycięcie problemu Gildii i nawigatorów, powoduje, że kawałki filmu nie tylko odklejają się od książki, ale też moim zdaniem robią się po prostu niezrozumiałe i poplątane, aż po trudności jak: czemu przyprawa jest aż tak ważna? o co oni się biją? czym Paul grozi Imperium i padyszachowi? to w końcu Wysokie Rody są z Atrydami (jak mówiono w jedynce) czy przeciw nim (jak kończy się dwójka), i tak dalej, i tak dalej. Ja wiem, że jeśli ktoś zna "Diunę" na pamięć albo tylko przeczytał, to nie są wielkie problemy, ale dla przeciętnego zjadacza popkornu to są jakieś niedoróbki, i co najważniejsze, można i należało to zrobić we filmie. I tak
"crème de la crème" na mojej skali, ale jednak 9/10.
"Perfect Days" (2023) czyli niemiecko - japońska koprodukcja wydłubana przez japońskich producento-scenarzystów i Wima Wendersa (spojler - to nie wygląda jak typowy obraz Wendersa). Bardzo piękny film o zen w sztuce sprzątania toalet, i jak trudno go czasem osiągnąć. Poleca się bardzo. ALE bardziej prywatna refleksja: mam z takimi filmami problem, że z jednej strony nie przepadam za "jak wysocy producenci i twórcy kultury widzą "proste historie" i "perfect days", i je pokazują, i nam sprzedają", jak Lynch w "Prostej historii", jak Wenders w "Perfect Days", itp., i że nie można wszystkiego obracać w prawie-realizm, nieco-magiczny. Ale z drugiej strony wiem też, że nie znoszę "prawdziwego" naturalizmu w sztuce, stąd miotam się w opiniach pomiędzy, o dziełach pomiędzy. Miotam się tak chyba "od dziecka", od czasu obejrzenia "Rashomon" Kurosawy, i tak mi już zostanie do końca...