Ze dwa razy źle skręciłem w internetach i przypadkiem trafiłem na odpryski jeszcze parującej
gównoburzy o Kongresie Kobiet, a tak naprawdę, moim zdaniem, na "ładną" ilustrację, że klasowość w rozumieniu XIXw ma się świetnie w XXIw rzeczywistości feministycznej, gejowskiej, dowolnej mniejszościowej i uciśnionej (czy "mniejszościowej" i "uciśnionej"), której przedstawicielom tak często się wydaje, że już są daleko po i ponad, i że są "nowe czasy".
Przypomniało mi się, że chyba coś w ten deseń pisałem, aż
sprawdziłem, i jakaż była z tego kiedyś minigównoburza w początkach bloga, że jak śmiem i w ogóle (
Więc ja bardzo dobrze rozumiem naturę lucka, i dlaczego związkowcy, czy elita Afroamerykanów czy Indian, czy Kongres Kobiet, wije sobie parytety czy inne handicapy - ale niech nie pierd... że to for greater good Murzynów, Indian, robotników czy kobiet.).
Czyli dotarcie do łbów tak prostej i jasnej od samego początku tezy zabrało dekadę czy prawie. Co tak "ładnie" świadczy o edukacji i ignorancji naszego neoliberalnego świata fejsbunia i tłittera, i brakach w tzw. świadomości historycznej w rzeszach aktywistów.
Chyba pozostaje poczekać z kolą i popkornem na jakieś zdziwione stowarzyszenia czy bojówki idologiczne LGBT, które "w imię zmiany" i "postępu" wesprą nowoczesnych agresywnych populistycznych polityków, ale "zaraz" okażą się zbyt lewackie i agresywne i konkurencją do realnej władzy i nowa władza im pokaże, gdzie ich miejsce. Oby nie aż tak, jak ktoś tam pokazał SA w 1934.