(notka i komentarze są automatycznym importem z Bloxa, w razie rażących błędów proszę o info na boniWYTNIJ@clouds-forge.eu)Ulewa mi się pokątnie, od pewnego czasu, na handikapowanie w życiu społecznym, ale notka nie kleiła się jakoś, bo temat jest zbyt skomplikowany jak na bloga. Jednak triggerem stała się nocia MRW, gdzie Michał polewa z polewania Kosika nad parytetami, w nieśmiertelnym kontekście "wnoszenia szafy", tu akurat zmienionego przez Kosika w "fedrowanie na szychta". Od razu powiem, że moim zdaniem racja po stronie MRW w sensie, że Kosik fest przywalił z tą kopalnią. Tyle że tak ogólniej, to w miejscu kopalni można narysować wiele innych rzeczy, i parytety płciowe w polityce są elementem szerszej polityki społecznej i światopoglądu.
W skrócie (bo to tylko blog), krytykuję wszelkie handikapowanie nierówności i dyskryminacje pozytywne na dwu osiach pragmatyzmu - 1) czy w szerszej perspektywie handikapowanie jest skuteczne dla dyskryminowanych negatywnie? 2) czy w szerszej perspektywie handikapowanie jest skuteczne dla handikapującego społeczeństwa?
Za handikapowanie możecie se wstawić cokolwiek, co ma administracyjnie wyrównywać szanse dyskryminowanych z dowolnych powodów. Czyli nie tylko parytety płciowo-wyborcze, ale też podjazdy dla niepełnosprawnych, czy inne punkty za pochodzenia na uczelniach, etc etc.
Ad 1)
Ja mogę przyjąć, że te formy handikapu dla zdyskryminowanych, które nie "kosztują" (całościowo, w sensie społecznym) zbyt wiele, i dają szybkie zwiększenie komfortu życia wszystkim dyskryminowanym, są ok. Dlatego nie klnę korwinistycznie na podjazdy dla wózków przy aptekach czy innych blokach, czy dostosowanie norm budowlanych do wózków, bo choć działania te coś tam kosztują nas wszystkich, to jednak jest to w miarę tanio i skutecznie natychmiast poprawia standard życia niepełnosprawnych. (BTW bardzo podobne rozumowanie można przeprowadzić dla małżeństw LGBT, jeśli tylko nie zasłania komuś widoku światopogląd). Z zastrzeżeniem, że oczywiście najlepiej byłoby, jakby zamiast podjazdów państwo fundowało nowe nogi albo chociaż porządne exo (albo jakby wszyscy byli bisex, i przestali se dupy zawracać małżeństwami, w przenośni i dosłownie). Jednak w nieidealnym niesferycznym świecie, niech będzie, że podjazd (czy "związek partnerski"), jest ok.
Ale polecam w d... wsadzić argumentację religijną, że handicap koniecznie jest cacy, jeśli wyrównuje dyskryminowanych negatywnie, bo celem jest, żeby była równość. To nie jest argumentacja, to jest błąd w rozumowaniu. I, rzecz jasna, prowadzący do dowolnych eskalacji bzdur i dalszych dyskryminacji. Bo dyskryminacja pozytywna jest nadal dyskryminacją, i zupełnie tak samo można wyargumentować parytet 50% zamiast "naturalnych" 10% kobiet w polityce, jak i parytet 10% Żydów na studiach zamiast "naturalnych" 50% (wiele krajów autorytarnych przed WW2; zresztą, obecna polityka np. w USA wobec azjatyckich studentów nie odbiega). A to, że wyrównanie kobiet "w górę" jest cacy, a wypędzenie 30% żydowskich czy azjatyckich studentów jest be, to już kwestia w co ustalający parytety wierzy, jaką wyznaje religię, a nie - jakie ma argumenty.
Dwa, w d... oczywiście wsadźcie se argumantację, że handikap dziś wyrównuje krzywdy czy dyskryminacje z przeszłości - bo takie argumentacje też widywałem, ale nawet nie będę z takimi bzdurami polemizował.
Trzy, w d... wsadźcie se argumentację, że parytet czy handikap odczuwalny dla ułamka dyskryminowanych poprawia standard życia wszystkich dyskryminowanych - jak ktoś w XXIw uważa, że jak kobiety sublimują se niedolę na panią premier, albo robotnicy sublimują niedolę na swojego partyjnego przedstawiciela (i "spożywają kawior jego ustami"), itd itd to jest piękno i dobro, no to chyba ociulał. Z tego, że ułatwi się i poprawi się, rzeczywiście i namacalnie, paru tysiącom radnych-kobiet czy paru tysiącom związkowców nijak nie wynika, że w jakimś sensownym horyzoncie poprawi się kobietom, czy robotnikom, co historia pokazuje jak wół. Więc ja bardzo dobrze rozumiem naturę lucka, i dlaczego związkowcy, czy elita Afroamerykanów czy Indian, czy Kongres Kobiet, wije sobie parytety czy inne handicapy - ale niech nie pierd... że to for greater good Murzynów, Indian, robotników czy kobiet.
Cztery, może nie w d... wsadzić, ale przynajmniej warto rozważyć, że handikap nie może kosztować społecznie bardzo dużo, np. bo niszczy instytucje w których go zastosowano, i/lub powoduje nieskuteczność ich działania. To jest akurat niekoniecznie w temacie parytetów politycznych (chociaż...), ale mieści się w dyskursie o dyskryminacji pozytywnej - jest naprawdę dość przykładów, że double standards ze względu na płeć (armie, uczelnie), czy pochodzenie (uczelnie, polityka), czy podobne cechy, powodują obniżenie wymagań, oczekiwań tudzież efektów. A w ekstremalnych formach, powoduje zesranie się systemu, bo przecież dyskryminacja pozytywna grupy A wcale nie wyklucza dyskryminacji negatywej przez grupę A - czego smacznym przykładem historia parytetów na szwedzkich uczelniach (były cacy jak wprowadzano je żeby kobietom ułatwić studia, zrobiły się be, i wycofano w 2010, jak okazało się, że wiele kobiet na kierunkach tradycyjnie żeńskich, jak medycyna, stomatologia, weterynaria, może pocałować klamkę, bo ich miejca zajmują, prawem parytetu, faceci z gorszymi wynikami), albo historia emancypacji kobiet w US Army/Marines/Airforce (stopniowo wprowadzano kobiety do jednostek bojowych, tyle że trzeba było zrobić bardzo wymyślne gender scoring, czyli "punkty za pochodzenie" czy inne double standards, a na końcu i tak 10-20% kobiet jest w ciąży, przeważnie w 3 tygodnie przed wysłaniem na wojnę...). Inaczej brzydko korwinistycznie mówiąc - fajnie być blondynką i na co dzień mieć płacę i pracę jak Pudzian, czyli pozować do kamery, ale niefajnie, jak trzeba wnieść szafę.
A z tym wiąże się problem pragmatyczny dla całego społeczeństwa czyli pkt 2) - czy armia, polityka, i parę innych dziedzin (ale NIE kopalnie Kosika) mogą sobie pozwolić na zabawę w handikap. Bo to jest czasem jak czarowanie rzeczywistości ideologią - można administracyjnie zrobić boks czy MMA koed, tylko że bez mega double standards, to facet wybije dziewczynie zęby i tyle. Można administracyjnie zrobić marines koed - ale choćby zesrać milion regulaminów, 67% jednostki będzie uprawiać sex, chłopaki będą chronić dziewczyny wbrew zadaniu, będą robic berserka po zranieniu czy zabiciu koleżanki, no i dziewczynom nadal będzie bardzo trudno wziąć do niewoli macho, który akurat nie przestrzega wytycznych i regulaminów armii parytetów, itd itp. I można zrobić lokalną polityke koed, tylko że nie jest jasne, czy jest ona lepsza czy skuteczniejsza niż "normalna", już nie wspominając co zrobić z patologiami, typu - partie wolą płacic kary za brak parytetu, niż spełniać go, i na koniec mamy znowu tylko 13% kobiet (wiem, wiem, przypieprzyć większe kary, bo jak to tak, żeby ideolo jakiejś demokratycznej legalnej partii było mojsze, niż najmojsze ideolo feminizmu trzeciej fali).
I dość trudno zrozumieć, czemu oświeconym dyskutantom takie oczywiste wydają się parytety płciowe w polityce, a już pomysł połączenia paraolimpiady z olimpiadą, mają za głupie propozycje freak show.