Raczej słabo orientuję się w bieżących newsach, omijają mnie światłe komentarze wziętych publicystów, wiodących polityków czy aktualnych celebrytów. Opinie tzw. zwykłych ludzi spotykam też nieczęsto, ot, trafię na coś w swoim kącie internetsów, podsłucham coś w pracy czy gdzieś u klienta, jakichś obcych ludzi.
Może dlatego czasem uderza mnie jakiś totalny nieogar czy ogólna pomyłka w tak wielu opiniach czy ocenach, jeśli już na nie trafiam. Żebyśmy się rozumieli - nie mówię, że mój punkt widzenia jest znacznie głębszy czy mądrzejszy, mówię, że zapewne przez pewne oderwanie od wspólnej bazy pojęciowej i wiedzy, czy może raczej informacji, jest jakby inny. No dobra, czasem wydaje mi się głębszy jednak, bo nie studiuję Daily Mirror czy Faktu w poszukiwaniu wiedzy, tylko kapeczkę lepsze źródła.
Na przykład, kiedy trafiam na bóle dupki z okazji bezpieczeństwa i niebezpieczeństwa na drogach, w kontekście np. a to zaostrzenia kontroli w PL (ta ostatnia awantura z zabieraniem prawek w trybie doraźnym, itd) czy w SCO (na jesieni ma wejść pilotażowy półroczny plan "zero tolerancji dla przekroczeń prędkości"), czy z fotoradarami czy kamerami prędkości średniej - to szczęka mi opada w zadziwieniu na rozumowania, argumentacje i myślenie, i co ciekawe, obu stron takiej awanturki.
Bo wydaje mi się, że nie trzeba mieć wielkiego IQ czy znać się straszliwie na historii najnowszej i najnowszej ekonomii, żeby skumać co leży "pod spodem" tych wszystkich gier i zabaw zastępczych w I i II świecie. Ale że nie znam mainstreamowych dyskusji i konkluzji, chyba muszę napisać wprost, jak mi się wydaje.
Wydaje mi się, że po prostu obserwujemy schyłek bogatego zachodu i tyle; ten wieszczony przez futurologów zawodowych i amatorskich od tak dawna, że w rozgadadniu jakoś mało kto zauważył, kiedy przyszło nam w nim żyć po prostu.
Centrum świata przesunęło się przez 100 lat na zachód, najpierw z Europy do USA, potem z USA do Azji, no chyba każdy to wie; no dobra, pewnie nie każdy, a w USA pewnie mało kto już w to wierzy. Ale wiara czy nawet wiedza ma niewiele do rzeczy z faktami - kasa, zasoby, przemysł poszły do i nie wrócą z Azji. Władza, z konserwatyzmu właściwej prawdziwej władzy, i z resztek patriotyzmów czy przyzwoitości, jeszcze na historyczną chwilę została w City i Wall Street, ale pożyjemy - zobaczymy, gdzie będzie za dwie-trzy dekady.
Jak to się ma do napinek drogowych czy innych fotoradarów? A tak, że w UK ostatnią autostradę zbudowano ponad 20 lat temu. Że nie ma po prostu kasy na utrzymanie tego co odziedziczono po latach prosperity, po 1960-95. Że dosyć podobnie jest w całej starej Unii; może poza Niemcami? którzy jeszcze mają trochę przemysłu i realnego eksportu. Że nowe kraje Unii, jak Polska, dostały te dwie dekady dotacji i prezentów, ale niebawem to się skończy i może być naprawdę nieciekawie.
Postęp gospodarczo-techniczny skończył się realnie w Europie w latach '90, i nie wróci prędko. Ba, tu się produkcja praktycznie skończyła, zostały usługi, no i oczywiście miliony ludzi muszą coś jeść, pić, wysrać się, chcą jakiegoś dachu nad głową i transportu, więc, gospodarka takiej wielkości degraduje się względnie wolno i długo jeszcze będzie się wszystko jakoś kręcić. Z naciskiem na "jakoś" i że coraz wolniej. I nie ma mowy, moim zdaniem, nie tylko o postępie, ale nawet o utrzymaniu istniejącego poziomu, wielostronnie mierzonego.
I teraz - z tego, że świat, zwyczajnie, napędzany przez chciwość i kapitał, skręcił jak skręcił, nie wynika przecież, że zmieniły się kultury czy ideologie, one mają inercję znacznie większą niż pokolenie czy dwa, w ogóle niewspółmierną z tempem zmian jakich dorobiliśmy się w globalizacji.
Stąd wydaje mi się jasnym, że nadal olbrzymia większość europejczyków ma głęboko wdrukowany paradygmat postępu i dobrobytu, i że będzie lepiej a na pewno nie gorzej, i tu gdzie żyją, jest centrum. No może nie świata, ale jednak, jakieś centrum i jest ok. Tylko że wcale nie, złoty wiek był w zach. Europie pokolenie temu i już nie wróci.
Ale przecież prawie nikt tak nie myśli, w to nie wierzy, nie kalkuluje w ten sposób. A już na pewno nie mówi, szczególniej politycy czy decydenci, bo jeśli mówiliby tak, natychmiast zostaliby zakrzyczeni i straciliby poparcie. No bo co powiedzą wyborcy czy nawet pretorianie, jeśliby wierchuszka powiedziała "zapomnijcie o poprawieniu bezpieczeństwa na drogach, módlmy się o utrzymanie obecnego poziomu"? albo "zapomnijcie o normach służby zdrowia waszych rodziców, że ten standard da się utrzymać - normę 2h na przyjęcie do szpitala można było se ustalać w latach '90, teraz będzie jak w Polsce, raczej 8h" (to a propos katastrofalnego otwarcia nowego wielkiego szpitala w Glasgow). I tak dalej, przez wszystkie praktycznie dziedziny życia. Przecież nikt się na to nie godzi, nawet nie tyle w sensie polityczno-społecznym, ale w sensie poznawczym i zrozumienia tzw. stanu rzeczy.
Stąd następuje jakieś takie ogólnospołeczne wyparcie - władza robi pozorne ruchy, jak te przykładowe fotoradary, bo nie ma mowy o poprawieniu, nawet utrzymaniu, infrastruktury; połowa narodu narzeka na fotoradary itp. ruchy "poprawiające" infrastrukturę i niskokosztowo symulujące postęp, zamiast cieszyć się chwilą, że jeszcze mamy czym i po czym jeździć; druga połowa cieszy się radarami i że smrody za mordy biorą, i zielonością z ekologią, zamiast zapłakać nad kolosalnym spadkiem mobilności społeczeństwa przez ostatnie dwie dekady, i zastanowić, że jak będą już tylko rowery jeździć, to owszem, będzie zielono i bezpiecznie, ale wcale niekoniecznie wszystkim, a nawet KOMUKOLWIEK, bedzie od tego lepiej i szczęśliwiej.
Inny element wyparcia, to przekoszenie edu w kierunku
chumanizmu i "miękkich" tematów zastępczych, nie ważne czy religii w PL czy gender studies w DK. Bo "twardych" ściślaków i w ogóle ludzi dobrze wykształconych praktycznie tu już nie potrzeba, no bo do czego? Chińczycy sobie swoich sami wykształcą - więc wiedza to balast i niewygoda, nawet dla wiedzących, nawet durna historia, bo jak się wie, jak wyglądały np. lata '60, struktury kosztów, zarobków i podatków, i postęp, w porównaniu, czy jak się ma Concorde do Dreamlinera tylko, to przecież człowieka może stres wykończyć.
Podobnie, sztuczne nostalgie i pożyczone konserwatyzmy, to też pomniejszy element takiej "podświadomej" socjo-terapii, powrót w szczęśliwie czasy ojców czy dziadków. To jest tak oczywiste, że nawet nie będę się rozpisywał, zawsze tak było w okresach przejściowych. A okres przejściowy był prawie zawsze.
Żebyśmy się rozumieli, ja tu nie wieszczę madmaxa czy jakiejś gwałtownej apokalipsy. Drogi będą coraz bardziej dziurawe, paliwa/energia droższe, kolejka do lekarza dłuższa, lekarstwa droższe i trudniej dostępne, edukacja gorsza, budowlanka w niższym-tańszym standardzie itd. itp. ale może mechatronika i elektronika, w tym - wszelki nadzór, szczególnie elektroniczny, będą tańsze i mocniejsze. I tak przez dekady, pewnie już do końca mojego życia. Tudzież - wcale nie uważam, że to jest najgorszy czy straszny scenariusz, możliwe są znacznie znacznie gorsze. Na przykład jeśli, nawet tańszy, odhumanizowany i zintelelektronizowany nadzór jednak nie wystarczy, żeby opanować ruchy migracyjne, albo, dla odmiany, faszyzujące. O możliwościach wojen zimnych i gorących lepiej nie mówiąc.
Z wszystkiego powyższego - cieszę się że mogłem kiedyś posiadać i pojeździć prawie-klasyczną amerykańską V8. I nie narzekam zbytnio na pomysły na pseudopostęp, generujące tak naprawdę tylko kolejne warstwy nadzoru; ani na pomysły na ekologię, zgrabnie maskujące brak możliwości postępu innego niż pseudopostęp - rozumiem, czemu tak jest i dlaczego nie może być inaczej, także w sensie ideologii czy nadbudowy.
A na zostanie rzutkim przedsiębiorcą w Wietnamie, czy może lepiej w Angoli, nie mam ochoty i za stary jestem.