
Książeczka pod planowanym tytułem "Kwestia ceny" pisze się swoim tempem, raz wolniej, raz szybciej (ostatnio znacznie szybciej). Wydaje się pewne, że to skończę, wygląda, że będzie nieco ponad 500 stron, może 550, w formacie, w jakim jest
"Labirynt".
Miałem wrzucić jakiś fragment cywilno-sensacyjny dla odmiany, ale może trzymajmy się wątków mil-space-opery, czyli kto nie ma kamizelki taktycznej i Big Fookin' Gun, ten z policji. Oraz niniejszy DUŻY fragment leży w "linii fabularnej"
poprzedniej zajawki, poleca się najpierw tamtą przeczytać; ten jest z około 1/3 powieści i zawiera pewne spojlery, ale nieduże. Następnych kawałków raczej nie będzie, bo spojlery byłyby już tragiczne, jak też nie warto; w tym tempie, za miesiąc czy około powinno być gotowe.
Endżoj.
PS. Na makiecie okładki użyłem modeli z Kerbal Space Program, oczywiście.
SPOJLER ALERT !!! SPOJLER ALERT !!! SPOJLER ALERT !!!
[słowniczek: Świstaki - rasa Obcych, istotna w książce, świszczą oddychając, mówią gwiżdżąc, duże białkowe szare kanguropodobne. Tael - ważniak świstaków, współpracuje z głównymi bohaterami. Gedeon - ludzka nazwa rodzinnej planety świstaków.]
Toshiro sprawdzał pakiet kart, który mieli zabrać na spotkanie. Większość była pusta, mieli skopiować wszelkie dane, jakie świstaki na Gedeonie zebrały o najeźdźcach i o sytuacji taktycznej. Pierwotnie nie miał zamiaru lądować, planował rekonesans zdalny, może ewentualnie próbę kontaktu ze wskazanymi przez Taela punktami.
Jednak Rick i świstak przekonali go, żeby, jeśli się da, nawiązał łączność i wylądował, by rozejrzeć się na miejscu i osobiście ocenić sytuację, „jeśli to nie będzie zbyt ryzykowne”. Tak jakby samo pokazanie się i „rozglądanie” lekko ulepszoną cywilną ciężarówką, nad polem walki krążownika i wielu innych pojazdów wojskowych, nie było wystarczająco ryzykowne.
Zastanowił się nad ostatnimi dwoma kartami, opisanymi kropkowo-kreskowym pismem świstaków; były to przekazy Taela do jego pobratymców, może wstępny opis ich planów, a może „listy uwierzytelniające”. Rozejrzał się za jakimś notesem, to były stare karty Unisoftu, specjalnie takie wybrali, żeby nie było problemu na Gedeonie, powinny dogadać się z byle jakim terminalem.
Wyciągnął notes ze schowka i skopiował zawartość obu kart. Oczywiście była zaszyfrowana, zapewne wielokrotnie, zresztą, sam do końca nie wiedział, po co to robi. Często opierał się na intuicji, która w jego fachu zyskiwała wagę wiedzy.
Serge, etatowy pilot w bandzie Toshiro, dyskutował z systemem nawigacji Castora namiary i szczegóły ostatniego skoku i manewrów nad Gedeonem, i różne warianty podejścia do planety, i, na wszelki wypadek, ucieczki od planety. Na razie starali się chować za Gwiazdą, jak świstaki nazywały drugą planetę ich układu, i czekali aż brama i krążownik wroga zajdą za horyzont Gedeona. Toshiro przysłuchiwał się, ale nie wtrącał; ufał umiejętnościom Serge'a, i wiedział, że sam nie jest zbyt dobrym pilotem.
Mieli w oddziale dosyć ścisły podział funkcji, niby każdy mógł każdego zastąpić, ale jednak Serge był od latania, Fast i Bill od wsparcia i broni ciężkiej, Toshiro od dowodzenia i taktyki, Masahiro od łączności i komputerów, nie, zaraz, Masahiro zginął na Alraan.
Potrząsnął głową nad swoją starością, niedobrze, jeśli nie potrafi przyzwyczaić się po miesiącu, że niektórzy zginęli. Jednak spokojne Alraan zmieniło go w ciepłe kluchy. Zreflektował się, że zamiast skoncentrować się na planowaniu i wyposażeniu, rozważa nieistotne kwestie zaufania do ludzi i swojego stanu. Oczyścił umysł, odetchnął kilka razy.
- Ocipieję z tym Castorem! - Serge odwrócił się do niego - Jest tak cywilny, że bardziej nie można. Prędzej bym dobrej konsoli gier wytłumaczył co i jak, niż tej kupie złomu. On nie rozumie nic po wojskowemu, muszę mu wszystko tłumaczyć z pełnym zestawem parametrów, żadnych skrótów.
- Długo ci to jeszcze zajmie?
- Kończę.
- I jeszcze marudzisz - skrzywił się Bill. Był zły, bo za mały pancerz pił go w różnych dziwnych miejscach. Mieli szybko i skrycie zejść na planetę, załatwić swoje, i szybko odskoczyć, dlatego wybrali tylko lekkie kombinezony opancerzone, i lekką broń, ale, jak to często bywało, nie było odpowiedniego rozmiaru kombinezonu dla Wielkiego Billa.
- Spokój, chłopcy - rzucił Toshiro - Wszyscy znają plan?
Odpowiedziała mu seria pomruków pięciu towarzyszy. Zdał sobie sprawę, że tłumacz Fasta też jakimś cudem wydał pomruk. Zabawne.
- Ostatni przegląd broni. Serge, gdy będziesz gotów, skaczemy.
Chłopcy zaczęli po raz kolejny przyglądać się pakietom, spluwom i amunicji. Szczególnie efektownie robił to krab - bez widocznego wysiłku podniósł swój wielki karabin do poziomu przyłbicy, obejrzał zamek, odblokował kamerę, włączył przesuw amunicji, pomachał bronią sprawdzając czy podajnik się nie zacina, na koniec wyłączył podajnik, zabezpieczył kamerę, i „strzelił” z przedmuchiwacza. Dawniej zawsze w tym momencie ktoś zapieniał się, bo jednak to niemiłe, gdy przed samą akcją kolega ci nagle „strzela” nad uchem, ale już wszyscy przyzwyczaili się do rytuałów Fasta. Toshiro sprawdził claussa i karabinek, rzucił okiem, czy ma wszystko w kombinezonie na swoim miejscu.
- Gotowi? Uwaga, skok - Serge klepnął w ręczne przyciski potwierdzenia.
Świat zamgliło. Kiedy Toshiro odzyskał wzrok, Serge już manewrował antygrav, spadali na powierzchnię Gedeona jak kamień, z najniższej orbity, do jakiej skok był w miarę bezpieczny. Szybko weszli w atmosferę, pojawiła się leciutka wibracja i drobne zmiany ciążenia, wchodzili tak gwałtownie, że ekranowanie statku nie dawało sobie rady z niwelowaniem wielkich przeciążeń.
Po chwili Castor nieśmiało odezwał się, że przegrzewa się powłoka, ale zanim zdołał dokończyć, Serge przeforsował go, wmawiając mu sytuację awaryjną i zagrożenie życia, na co Castor wirtualnie wzruszył ramionami, skoro sterowanie ręczne, to ręczne, widocznie pilot wie co robi. I owszem, pilot wiedział, że powłoka pojazdu ma 50% zapasu wytrzymałości na wysokie temperatury, względem „widzimisię” Castora; to był bardzo bezpieczny statek, jak na mały cywilny, oczywiście.
Serge płynnie przeszedł w lot poziomy, zezując na kontrolki temperatury i napędu, wszedł na zaplanowaną trajektorię podejścia do punktu lądowania w okolicy zamaskowanej bazy świstaków. Na razie wszystko szło jak po maśle. Po paru minutach lotu przyziemili dość twardo, z deceleracją na granicy możliwości Castora, na skraju sporej polany w lesie czy dżungli, jak najbliżej drzew; zanim pojazd na dobre przestał się kołysać pierwsza dwójka, Wang i Philipe, wyskoczyła z rampy i zajęła pozycje. Potem wyskoczyli Bill, Fast i Toshiro, od razu ruszyli biegiem do lasu. Serge wypadł na końcu, musiał uzbroić ładunki umieszczone na statku na wypadek nieproszonych gości, zebrać swoją broń i zamknąć rampę. Pobiegł razem z pierwszą dwójką, teraz w drugim rzucie.
Obiegali polanę skrajem lasu, w końcu Toshiro dał znak „stop!”, i pochowali się za drzewami, zajęli pozycje. Ludzie ciężko dyszeli, chociaż tlenu było tu więcej niż na Ziemi; skafander Fasta szumiał, na wysokich obrotach. Tohei obejrzał Castora przez kamerę na karabinku. Cholernie rzucał się w oczy, przydałoby się porządne wojskowe maskowanie, tylko skąd je wziąć. Stwierdził, że są jeszcze za blisko, pokazał, że biegną dalej.
- Trawa... hyy... nie pali... się? - wychrypiał Serge.
Toshiro jeszcze raz rzucił okiem, a raczej karabinkiem, na Castora. Hełm pokazywał mu widok miksowany również z bliskiej podczerwieni, ale było zbyt jasno, i skala kolorów dla syntetycznego obrazu była orientacyjna, to jednak nie był bolometr. Wyglądało, że jest w porządku, że poszycie (skądinąd, zupełnie niepodobne do trawy) nie zapali się od gorącego Castora. Pokręcił głową do troskliwego Serge'a i machnął „naprzód!”. Pobiegli dalej.
Odpuścił dopiero po jakimś pół kilometra. Dalej nie było sensu się spieszyć, odbiegli dostatecznie daleko, by być względnie zabezpieczonymi od ewentualnego uderzenia wroga na statek. Minęło dość czasu, by ogólnie założyć, że udało im się przemknąć niepostrzeżenie.
Mieli do przejścia kilkanaście kilometrów, nie lądowali blisko bazy, żeby nie demaskować jej położenia. Las miał być podobny do dżungli, ale jakoś nie dogadali się z Taelem, to był raczej las strefy umiarkowanej, ale gęsty jak puszcza, i śmierdział jak stara skarpeta. I to bardzo śmierdząca skarpeta, było ciepło i duszno. Dobrze, że chociaż kolory w miarę się zgadzały; to, co na Ziemi byłoby zielone, tu miało różne odcienie brązu, natomiast pnie, i „gałęzie” były szaro-brązowo-zielone.
Toshiro wspomniał, jak kiedyś dali ciała na wojnie z grotami, gdy ktoś nie sprawdził flory i fauny celu, i wyskoczyli w standardowych kombinezonach, z szaro-burym kamuflażem, jak dziś, w fosforyzujące żółto-seledynowe zarośla na wielkim księżycu Elenii grotów. Ależ to głupio wyglądało...
Po kilku godzinach przedzierania się przez dosyć gęste poszycie, o zmierzchu, wyszli na przedpole bazy, przynajmniej według danych przekazanych przez Taela. Gdy „drzewa” o gąbczastych, zwisających „liściach” przerzedziły się, Toshiro nakazał zmienić szyk z dwójkowego na tyralierę, i zwolnić - teoretycznie byli umówieni, ale diabli wiedzą, na co można tu wleźć i jak ich będą witać.
Jednak okazało się, że wszystko jest w porządku. Podziemnej bazy, zgodnie z przewidywaniami, nie dało się wypatrzeć, za to bez problemu dostrzegli kilka świstaków, które stały spokojnie, nie kryjąc się specjalnie. Zgodnie ze standardowym schematem jego ludzie rozproszyli się, i wzięli w kamery celowników nieludzkie postacie w kombinezonach i całe otoczenie, może na wyrost, ale w tym fachu nieufni żyją dłużej. Po upewnieniu się, że wszyscy są na pozycji, Toshiro wyszedł do świstaków.
- Witam - miał na piersi kombinezonu tłumacza skopiowanego z tłumacza Taela - Wysłał mnie Największy.
- Panuje tu hałas i niepokój - odpowiedział mu najbliższy świstak. Ustalili te hasło i odzew na wszelki wypadek, lepiej było po staremu dogadać się fonią z paru metrów, niż bawić się w zdalne identyfikacje swój-obcy z większej odległości; za dużo wrogich skanerów mogło się zainteresować.
Toshiro z trudem przeglądał na nieludzkim holo dane wywiadowcze zebrane przez świstaki; w zasadzie, obok niego, Wang kopiował wszystko, jak leci, ale chciał już teraz przejrzeć najważniejsze punkty, by móc przedyskutować sytuację i zadawać pytania. Świstaki gdzieś się wyniosły, zostało tylko trzech, jeden był podobno wysokim dowódcą, dwa mniejsze w kątach były żołnierzami, czy strażnikami.
Obejrzał się, w sąsiednim pomieszczeniu Fast rozpakowywał swój zasobnik, Serge też wyciągnął pakiet z obiadem, Philipe klął zapamiętale, właśnie wrócił z kibla świstaków, mokry do pasa, klozet wyglądał, zdaje się, jak połączenie wanny i prysznica, a próba użycia zgodnie z przeznaczeniem przypominała próbę naszczania do fontanny. Bill, zgodnie z ustaleniami, zachowywał czujność, z bronią w ręku miał na oku kręcących się po centrum łączności obcych, potem zmieni go Fast. Wszystko wyglądało w porządku, ale strzeżonego...
Po kilku godzinach skończyli pierwszy etap, przejrzeli i skopiowali wszystko, co wydawało się przydatne, i Toshiro zarządził naradę. Od razu zaczęło być ciężko, gremium było nieco zbyt liczne, o ile z ich strony tylko on rozmawiał, Fast robił za doradcę i drugi punkt widzenia, a Wang za obsługę informatyczną, ze strony świstaków dyskutowała cała grupa, większych i mniejszych, przy tym co chwilę próbowali omawiać możliwe zdanie jakichś ważnych świstaków nieobecnych w bazie, a nawet Taela, zamiast fakty i konkrety, co sprowadzało naradę do zupełnego absurdu. A poza tym tłumacz nie radził sobie z chórem obcych.
- Czy można uruchomić jakiś system wywiadowczy, który namierzy bramę i krążownik w czasie rzeczywistym?
- Tak. Nie. To zależy powiedział technicy ale oni zniszczono... - tłumacz znowu zgłupiał.
- Proszę pojedynczo - po raz setny powtórzył Toshiro. Świstaki pogwizdywały patrząc na siebie, w końcu opanowały się, i zaczynały mówić po kolei, chyba według wielkości.
- Tak, można uruchomić kilka systemów, na przykład jedno z zapasowych lądowisk, na które ewakuowano resztki floty, ma sprzęt. Niektóre z pozostałych statków też mają skanery. Były też obserwatoria cywilne, które chyba nie zostały zniszczone.
- Nie, systemy wojskowe są zniszczone, nie mamy skanerów.
- To zależy od łączności, bo jest trochę czynnych skanerów, drugie tyle można uruchomić, ale oni rozwalają nam każdą łączność.
I tak to szło, na każde pytanie dostawał kilka, najczęściej sprzecznych, odpowiedzi. Rada świstaków nieźle orientowała się w sytuacji, a jej członkowie byli mistrzami w przedstawianiu opinii z różnych punktów widzenia, ale bóg raczy wiedzieć, jak oni tu podejmują w końcu decyzje.
Jednak, z oporami i pomaleńku, Toshiro i Fast uzupełnili wiedzę o sytuacji, o tym, czym dysponują świstaki i ludzie, co robią napastnicy, i jakie są możliwości obrońców.
Po paru godzinach narady Tohei uznał, że wystarczy informacji, wszyscy byli już zmęczeni. On i jego ludzie byli od 20 godzin na nogach, świstaki też wyraźnie zwolniły tempo. Poprosił o jakieś pomieszczenie na spoczynek - całą grupę zaprowadzono o poziom bunkra wyżej, gdzie świstaki miały kwatery, dostali duży, ładny pokój, w którym normalnie mieszkało kilku obcych, mogli parę godzin odpocząć przed powrotem.
Świstaki nie używały łóżek czy legowisk, tylko specyficznych foteli-klęczników, wiedziały, że ludzie nie zdołają się na nich wygodnie położyć czy usiąść, i już zaczęły szukać po całej bazie jakichś materaców, czy gąbek, ale Tohei kazał im przestać - jego ludzie odpoczywali nieraz w dużo gorszych warunkach, na wojnie gruba piankowa wykładzina to już luksus. Chłopcy zwalili sprzęt w kącie i ustalili kolejność wart, Fast też zdjął karabin i zasobnik, i położył się na środku pomieszczenia, z automatem w zasięgu łap.
Toshiro spytał go, czy czegoś nie potrzebuje, z doświadczenia wiedział, że Fast nie poprosi o nic w sytuacji bojowej, nawet jeśli będzie umierający; pomimo setki rozmów na ten temat, nie dawało się go zmienić. Po paru latach, wypracowali taki system, że jeśli Tohei pytał o coś intymnego, to Fast go przynajmniej nie ignorował, ale sam poprosić człowieka o wodę, czy coś równie osobistego, nadal nie był w stanie.
Krab odpowiedział przeczącym gestem, i ułożył się do odpoczynku. Toshiro przyjrzał się wskaźnikom jego skafandra, nie wiedział, czy Fast wie, że przez te lata nauczył się, z netu i z doświadczenia, odczytywać skafander kraba. Wszystko wyglądało dobrze, no tak, przecież Fast wymienił przed akcją filtry i wkłady, a na Chrystianie kąpał się do woli w morzu.
Na Alraan bywało z tym gorzej, wspomniał ten moment, kiedy krab prawie umarł od zakażeń skrzeli, spowodowanych dwukrotnym przeterminowaniem filtrów, bo nie miał za co ściągnąć na Alraan nowych. Dopiero kiedy Toshiro zauważył, że Fast jest niewydolny i ledwo chodzi, i zaczął się dopytywać, okazało się, że niezniszczalny krab ma odpowiednik bardzo ciężkiego zapalenia płuc, którego nie zdołał po cichu wyleczyć swoim wojskowym pakietem medycznym, trzymanym na czarną godzinę.
Wtedy Toshiro nieco wyszedł z siebie, co zdarzało mu się niezbyt często, opierdolił Fasta najgorszymi słowami, nawyzywał mu od zaszczanych płaszczek, co według jego wiedzy, było jedną z gorszych obelg krabów, i jeśli człowiekowi zależało na zdrowiu i życiu, nie było mądrze rzucać jej obcemu z odległości metra. Najgorsze było to, że Fast nie miał siły nawet porządnie obrazić się, nie mówiąc o fizycznej reakcji, stał i dusił się po prostu. Toshiro dorzucił parę „kurew” i „płaszczek”, po czym wydał połowę niemałych oszczędności na ksenomedyka, który przyleciał aż z Dłoni, z nowym skafandrem kraba i walizą lekarstw. Dopiero po trzech dniach było pewne, że Fast przeżyje, a do pełni sił dochodził miesiącami.
Najdziwniejsze było to, że krab wyraźnie nie rozumiał, dlaczego Toshiro to zrobił. Tak jak Japończyk nie rozumiał, czemu tak wysoki rangą i dumny krab godzi się, by człowiek nim dowodził i płacił niezbyt wielkie pieniądze, tak Fast był zadziwiony tym, że Tohei aż tak troszczy się o niego i wydaje fortunę, by uratować mu życie, kiedy krab powinien, z własnej przecież winy, umrzeć.
Toshiro wiedział, że krab nie widzi symetrii w ich stosunku, nie rozumie, że jeśli ratuje życie Tohei w boju, to Tohei nie pozwoli mu zdechnąć „nie w boju”, przez pierdolone filtry za parę tysięcy. Choćby to - potarł nieźle gojące się ramię, przecież ten dumny kloc, osłaniając go na Cyplu, dostał wtedy pięć pocisków w pancerz, szósty otarł się o Toshiro; gdyby nie Fast, byłby sitem.
Rozejrzał się, spali wszyscy oprócz Serge'a - wartownika, który bawił się holo świstaków, szło kilka programów cywilnych i biuletyn bazy. Tohei szeptem przypomniał mu, żeby uważał i obudził zmianę, czyli Philipe'a, o czasie, bo wszyscy muszą się wyspać, a nie jechać na dopalaczach. Serge machnął ręką i Toshiro poszedł spać.
Coś go obudziło, poderwał się z claussem w dłoni. Rozejrzał się nieprzytomnie po obcym łukowato sklepionym pokoju - weszło kilka świstaków, Philipe z bronią w ręku coś tam z nimi szeptał. Fast też nie spał, bo krab tak naprawdę nigdy nie spał, tylko w rozumieniu ludzi - drzemał; nadal zalegał z odwłokiem spoczywającym na podłodze i głowotułowiem odchylonym „na plecy”, ale trzymał swój wielki karabin w trzech łapach. Reszta ludzi chrapała na podłodze.
- Co jest?
- Podobno coś nie tak ze statkiem - Philipe wzruszył ramieniem - Spróbuj się z nimi dogadać, bo ja nie mogę.
- Ile spaliśmy?
- Nieco ponad 5 godzin.
- To budź załogę, tak czy owak zbieramy się - wziął tłumacza od Philipe - Niech JEDEN z was wytłumaczy co się dzieje.
Świstaki obejrzały się na jednego z grupki, który zaczął mówić.
- Skanery zanotowały lot patrolowca, ale nie podnosiliśmy alarmu, bo czasem oni tu latają, ale potem patrolowiec gdzieś nam zginął i chyba wylądował. Teraz czujniki zewnętrznego perymetru pokazują aktywność na kierunku, z którego nadeszliście, więc obawiamy się o wasz statek...
- Coś robiliście?
- Jeszcze nie, zdecydowaliśmy się z wami rozmawiać.
- I bardzo dobrze. Macie jakieś rozpoznanie z powietrza?
- Nie, tylko pasywne czujniki, na drzewach w lesie.
- Dziękuję. Będziemy się zbierać.
Ludzie zebrali się w kwadrans, w tym czasie Tohei sam sprawdził, o co chodzi - czujniki i oprogramowanie były ludzkie albo skopiowane, używał podobnych w wojsku, tylko holo i tracki były niewygodne, miejscowe. Wydawało się, że ocena świstaków jest właściwa, coś ruszało się w podczerwieni z tamtej strony, ale było o parę kilometrów za daleko dla kamer.
Wiedział, że najbliższe ocalałe przestrzenne statki świstaków są o ćwierć planety od nich, źle byłoby stracić Castora, albo bić się o niego, ale z drugiej strony, przedzierać się przez tysiące kilometrów do innego statku i tracić mnóstwo czasu - też niedobrze. Zdecydował się na zwiad i decyzję na miejscu. Dostał od świstaków specjalną kartę z listem do Taela, chyba tą samą, którą przywiózł od niego; pożegnali się i ruszyli w las.
***
Toshiro skradał się wolno od drzewa do drzewa, przystając co jakiś czas, próbował kamerą karabinka, ustawioną na maksymalne powiększenie, wypatrzyć sytuację z przodu. Do Castora zostało im tylko kilka kilometrów, ale z tego, co oznaczył w bazie świstaków na systemie nawigacji inercyjnej hełmu, wynikało, że wchodzili w okolicę, która była na granicy zasięgu kamer bazy. Gdzieś tutaj coś się ruszało parę godzin temu, wolałby nie wdepnąć nagle w zasadzkę. W parze z nim szedł Fast, reszta oddziału dwójkami za nimi.
Uznał, że nie warto ryzykować w ciemno. Dał znak Wangowi, by podał mu jednorazową wyrzutnię z ważką, jedną z dwu, które nieśli. Włączył zasilanie pojemnika, odczekał, aż kontroler zgłosi sprawność i gotowość, wycelował i strzelił w górę, w stronę Castora. Ważka z niegłośnym basowym umpfff poszła w niebo. Wang przejął sterowanie, a Toshiro przełączył podgląd z pulpitu na wyświetlacze swojego hełmu.
Zakręciło mu się w głowie, bo ważka dopiero się rozwijała, i leciała wirując, jakąś niemożliwą beczką, zamknął oczy i policzył do pięciu. Kiedy znowu spojrzał, było w porządku, ceramiczno-plastikowy zwiadowca rozwinął się jak należy, wszystkie sensory i napęd działały bez zarzutu, to był sprzęt warty swojej znacznej ceny. Obraz, zmiksowany ze wszystkich pasywnych czujników ważki, był czysty i wyraźny. Szepnął Wangowi, by podniósł drona w górę, i przeczesał przestrzeń przed nimi zygzakiem, po dwa kilometry na boki. Wang zaczął manewry, a Toshiro wypatrywał, na spółkę z komputerem pulpitu ważki, czegokolwiek różnego od lasu i trawy. Po drugim nawrocie ważki, równocześnie z systemem, zauważył wroga.
Na polanie, około trzech kilometrów od nich w linii prostej, stał wojskowy transportowiec, na oko, Husky albo Hunter, koło niego kilku ludzi. Wang widział to samo, bez rozkazu wiedział, co robić; zafiksował autopilota ważki na marker, którym pulpit oznaczył pojazd, po czym puścił zwiadowcę po okręgu. Przez chwilę przyglądali się piknikowi ludzi w granatowych kombinezonach, Toshiro kazał Wangowi przejść w spiralę, żeby sprawdzić cały rejon, i przede wszystkim – co z Castorem.
Po kilku minutach, kiedy ważka była już na wyczerpaniu zasilania, zobaczyli drugą grupę ludzi, przeczesującą las, Toshiro szybko kazał Wangowi podnieść ważkę w górę, na ile starczy napędu, żeby zorientować się względem Castora i ich pozycji. Zdążyli, zanim zwiadowca rozłączył się, ale sytuacja wyglądała źle.
Przełączył hełm w normalny tryb pracy, obejrzał się na swoich ludzi.
- Widzieliście?
- Tak. No – pokiwali głowami.
- Wang, puść powtórkę na pulpicie, Fast, przyjrzyj się – krab nie mógł przełączać obrazu na swój hełm, miał tylko prostą nakładkę, wyświetlacz do podstawowej komunikacji z systemem ludzi.
Jeszcze raz obejrzeli zapis, Toshiro zatrzymywał kluczowe miejsca, i ustawiał markery. W końcu dostał pozycje ze zwiadu na szkicu mapy.
- I wyszło ci tak samo kiepsko, jak kiepsko wyglądało... – skrzywił się Serge.
- Jak to na wojnie, fubar... – mruknął Bill.
- Fubar...
- Starczy – Toshiro rozważał, co robić – Transportowiec ominiemy, ale ten patrol pałęta się dokładnie gdzieś między nami a Castorem, i pewnie w końcu na niego wlezie. Zbieramy się, może przemkniemy się między nimi, zanim znajdą nas albo Castora. Idziemy dwójkami tak jak dotychczas, tylko cholernie ostrożnie. Bill, ty masz thunderbirda, a nie Fast? Dobra, wyciągaj go, Wang, weź drugą ważkę, idziecie w drugiej dwójce, w razie jakiejkolwiek zadymy macie rozwalić transportowiec, albo bezpośrednio, albo z ważką, włącz ją, zsynchronizuj z thunderbirdem i wbij namiary wcześniej. Ustaw jej wszystko aktywne, bo i tak już nie będzie po co się kryć. Fast, jakby co, torujesz nam drogę do Castora. Serge, Philipe, ostatnia dwójka, ubezpieczacie najpierw Billa i Wanga, potem nas. Wszyscy rozumieją, że jeśli w zamieszaniu transportowiec odskoczy albo wezwie wsparcie, to żywi z tego nie wyjdziemy? No to - za mną.
Zaczęli skradać się jeszcze uważniej, szło nieźle, ominęli transportowiec, zostało im kilometr do Castora. Wyszli na lekką górkę, gdzie drzewa rosły rzadziej, poszycie też było mniej gęste. Toshiro przytulił się do nieziemskiego pnia, podniósł karabinek jak najwyżej, próbował wypatrzyć Castora.
Nagle z lewej poszła seria z automatu, rozniosła się echem po lesie, skulił się odruchowo, chociaż był osłonięty pniem, i rozgryzł kapsułkę dopalacza, którą od paru godzin miał w ustach.
Z tyłu znajomo zagrzmiał karabin Fasta, obejrzał się, krab trzymał swoje działko tak wysoko, na ile pozwalał podajnik amunicji, i walił długimi seriami, gdzieś w kierunku z którego padły strzały. Nie widział Serge’a i Philipe’a, Bill rzucił się na ziemię z odbezpieczoną wyrzutnią thunderbirda, Wang już odpalił drugą ważkę i przypadł za drzewem.
- Philipe, Serge, co u was!?
- Serge dostał w łeb, już po nim, ja jestem tylko draśnięty, pierdzielony snajper...
- Możesz biec? – Toshiro przyglądał się przez kamerę karabinka rozstrzeliwanym przez Fasta ludziom, którzy zaskoczeni próbowali strzelać na oślep i chować się za czym tylko się dało, ale nie docenili broni kraba, nie było sensu włączać się do tej strzelaniny.
- Mogę!
Bill złapał namiar z ważki i w końcu odpalił ciężką wyrzutnię. Thunderbird ogłuszająco gwizdnął i zniknął w górze, Murzyn natychmiast rzucił dymiącą rurę i złapał za karabinek; rozejrzał się, czy nie pomóc Fastowi, ale uznał, tak samo jak Toshiro, że nie ma do czego strzelać, bo krab właśnie krótkimi seriami próbował wykończyć ostatniego człowieka, który uciekał przez las. Toshiro widział na wyświetlaczu, jak trafił go czwartą serią w głowę, urwało facetowi hełm.
- Za Serge’a – wyszeptał. Rozejrzał się.
- Bill, pilnuj prawej! Philipe, rzuć granaty zapalające na Serge’a i biegiem do przodu! Wang, zafiksujesz i biegniesz!
Z tyłu nieznacznie błysnęło i zadymiło, szkoda, że nie mogli zabrać Serge’a, że musieli zacierać ślady. Pokazał się Philipe, z karabinkiem w jednej ręce, z drugą przyciśniętą do boku. Kiedy ich mijał, Wang zarzucił pulpit na plecy, i też poderwał się do biegu.
- Wang, pilnuj Philipe’a, ja za wami, wy obaj na końcu!
Nagle błysnęło nieziemsko, prześwietlając las i wszystko w koło, po sekundach grzmot eksplozji zakolebał drzewami, ziemią i całym światem. Thunderbird, najmniejszy seryjnie produkowany pocisk izomerowy, doszedł celu - parę gramów misternie zestawionych „luster” izomerów nuklearnych hafnu, indu i tantalu obróciło się w pseudo-laser gamma, który wyparował pocisk i jego okolicę, z siłą rażenia około pół kilotony. Jeśli nawet transportowiec zaczął startować, powinno go zmieść, ponad lasem z prawej wstawał czarny grzyb.
Gdyby nie kombinezony i hełmy, nieźle oberwaliby błyskiem i promieniowaniem, trochę za blisko było. Jak to dobrze, że właśnie pokazało się parę sztuk thunderbirdów na czarnym rynku, „spadły z ciężarówki” jednej z większych korporacji. Rick natychmiast wykupił wszystkie, do których zdołali dotrzeć, prawie się nie targując.
Toshiro poderwał się do biegu, rwał ile sił w stronę Castora.
- Fast... Bill, za... mną... – widział przed sobą skraj polany, na której drugim końcu stał ich statek. Biegł i biegł, równym rytmem, na dopalaczu nie czuł bólu płuc i mięśni, i bardzo dobrze, na rekonwalescencję będzie czas jutro, jeśli dożyje jutra.
Był w połowie otwartej przestrzeni, widział już Castora, Wang otwierał rampę i podtrzymywał Philipe’a, obejrzał się, z lasu wybiegali Bill i Fast, z przodu zagdakał granatnik, rzucił się na ziemię.
Zdążył zobaczyć jak Wang i Philipe znikają w kurzawie wybuchów, ktoś strzelał z przodu, z prawej, ze skraju lasu, Toshiro gorączkowo celował, leżąc w gąbczastym mchu, nad głową przeleciały mu pociski z działka Fasta, wróg odpowiedział serią granatów, uchwycił cel, o matko, to były dwa małe mechy z granatnikami, zaczął strzelać krótkimi seriami, na przemian, w jednego i drugiego, wszyscy strzelali, kolejne serie pocisków szły nad nim, ogień z tyłu osłabł, jeden z mechów rozleciał się, drugi nakrył go serią granatów, ogłuszył go huk, wgniotło w ziemię.
Kiedy odzyskał zmysły, było cicho, tylko dwa rozwalone automaty dymiły na skraju lasu.
Spróbował wstać, wszystko go bolało mimo neurodopalania i endorfin, ale stwierdził, że może się poruszać. Hełm wyłączył się, wszelkie markery i wspomaganie zniknęło z przyłbicy. Rozejrzał się niepewnie do tyłu, Fast żył, ciągnął nieprzytomnego Billa. Toshiro nie był w stanie biec, zaczął iść w stronę statku, w końcu dowlókł się do rampy. Któryś, Wang albo Philipe, jeszcze żył, czołgał się we krwi. Wepchnął obu pokrwawionych ludzi na statek. Wcisnął się na fotel pilota, odblokował napęd. Czuł się coraz słabiej, zdołał podnieść Castora na ręcznym, podleciał do Fasta, o mało go nie zabił podwoziem; krab władował się na rampę z wielkim Billem „pod pachą”.
Kiedy tylko Toshiro zobaczył Fasta w kabinie, zahermetyzował statek, powiedział „Castor, powrót według schematu numer dwa”, wcisnął potwierdzenie, i pozwolił sobie zemdleć.