Miewam czujne oko w temacie zwyczaju, kulturowych nawyków, tych różnych pozalegalnych norm i tradycji, czasem przeciętnie normalnych, czasem dziwnych albo śmiesznych, ustalanych i zmienianych wysiłkiem pokoleń. Jeśli gdziekolwiek widać ewolucję memetyczną w działaniu, to chyba w tym zakresie. Tyle, że ponieważ nakłada się ona z modą i wygodą milionów homo-niezbyt-sapiens, o sprzężonych religiach nie mówiąc, to przeważnie nieco trudno ustalić, jaki jest stan rzeczy, i co tu jest skutkiem, a co przyczyną.
Miewałem
o tym notki, jakieś
wtrącenia. Ostatnio przyglądałem się bliżej zwyczajom, i rozmawiałem o nich, przy okazji trzeciej wizyty w Polsce w krótkim okresie (w deseń: szpital - hospicjum - cmentarz).
Oczywiście, gro "najtwardszych" zwyczajów wiąże się z przełomowymi punktami na trajektorii życia ludzkiego - dopóki ludzie się rodzą, mają dzieci, dojrzewają, istnieją jakieś formalizowane związki dorosłych ludzi i istnieją rodziny, dopóki ludzie umierają, będą się w związku z tymi "punktami" tworzyły nowe, modniejsze i fajniejsze zwyczaje i tradycje, a ktoś tam będzie za wszelką cenę utrzymywał dawniejsze, te stateczne i właściwe. Ale nawet na te zwyczaje związane z najbardziej trwałymi punktami "kondycji ludzkiej" tak bardzo rzutuje moda i snobizm...
Na ogół przyglądam się temu wszystkiemu na luzie, bo przeważnie, jako kulturowego abnegata, ani mnie to dotyka, ani dotyczy. A jeśli w ogóle dotyczy, to rozczarowują mnie, czy denerwują, co najwyżej jakieś ekstremalne hipokryzje, czy zbędne wielostronne koszta niektórych zwyczajów.
Najbardziej kręcą mnie chyba takie różne drobniejsze tradycje, że a) w zasadzie nikt zaangażowany nie pamięta skąd się wzięły (nawet jeśli względnie niedawno je zmyślono) b) nikt nie pamięta, że wzięły się z mody i/lub snobizmu c) są nieoczywiste, nawet po chwili przypatrywania się z boku i zastanowienia. Bo nie ma nic bardzo ciekawego w ponadczasowych i powszechnych np. wyścigach cmentarnych, na coraz bardziej wypasione nagrobki ("nie takie piramidony ze szwagrem po pijaku za IV dynastii się stawiało!"...), czy w wyścigach weselnych, na coraz bardziej odleciane wykonania "jak sobie lokalsi wyobrażają bal klas wyższych, skrzyżowany z folkiem paru ostatnich pokoleń", itp.
Jakieś przykłady może. Na przykład, kiedyś zdziwiło mnie, skąd się wzięły trawniki przydomowe, zadbane, przystrzyżone, itd. przecież miejscami to już norma prawna, a kto nie jeździ na kosiarce, ten dupek i wróg ludu. Myślałem, że to wprost ze snobizmu golfowo-arystokratycznego, jak mnóstwo biedy na świecie, ale okazało się, że z nieco innego kierunku, niż mi się wydawało - kiedyś nastał czas, że kto JUŻ NIE MIAŁ ogródka warzywnego wkoło domu, ten wysyłał sygnał, że go na to stać, że ma pieniądze na zakup warzywa itp. albo ma dość ziemi gdzieś indziej, żeby wkoło domu zmyślić trawnik a la pałacowy...
Albo np. odgrzewanie jedzenia. W wielu miejscach nadal istnieje tradycja "nie odgrzewamy jedzenia dla ludzi", pomimo istnienia lodówek, konserwantów w żarciu, itd. (tradycja wywodzona przeważnie tak, jak koszer, halal itp. zwyczaje z bardzo dawnych "teorii zdrowego żywienia", mniejsza czy teorii prawdziwych, czy fałszywych). Z jednej strony, już w średniowieczu, w cywilizowanych miejscach, obowiązywały prawne zakazy odgrzewania żywności, szczególnie mięs, w publicznych jadłodajniach, tawernach, itp. ze względów na zatrucia. Z drugiej strony, w dołach społecznych, także w żywieniu zbiorowym, i tak odgrzewano jedzenie (bo "za każdym zakazem stoi jakaś historia"). Stąd, jakieś setki lat po średniowieczu, a przed upowszechnieniem lodówek itp. tradycja miała wsparcie dwustronne "tylko biedaki nie mają świeżego żarełka" oraz "nie trujemy się starym jedzeniem" (a nawet trójstronne, bo przecież "ale nie zmarnuje się, bo świnka zje resztki"). W końcu XXw czy XXIw to już jakby wielowymiarowy anachronizm, ale od kiedy to niby rzutuje na utrwalone zwyczaje...
(Dygresja - w związku z tradycjami jw. kołacze się zawsze zylion racjonalizacji i wyjaśnień wątpliwie "historycznych", jak np. stereotyp "dawniej ludzie gustowali w mocnych i dziwnych przyprawach, żeby zamaskować zepsutą i nadgniłą żywność i produkty". Na co skrócona odpowiedź jest "jak kogoś stać było wtedy na kosztowne egzotyczne przyprawy, to miał na stole znacznie świeższe i lepsze produkty, niż wy w XXIw...". Oraz ludzie to wszystko doskonale rozumieli i porównywali, np. ciekawe niuanse lokalne, kiedy weneckiemu podróżnikowi dostępność i ceny mięs w późnośredniowiecznym Londynie wydają się powszechne i fantastycznie tanie, w porównaniu z Italią)
Po ostatnim bliskim spotkaniu z polsko-katolickimi zwyczajami poszedłem poratować nadwątlone zdrowie przy pomocy odświeżenia „DIE KULTUR ALS FEHLER” privatdozenta W.Kloppera, czyli zmyślenie-esej S.Lema z "Doskonałej próżni", "Kultura jako błąd".
Ogólnie, kocham "Doskonałą próżnię" po całości, a tez privatdozenta z "Kultura jako błąd" często używałem, przeważnie do denerwowania nauczycieli, czy kolegów. Ale tak szczerze, niestety, obie części "Kultury..." są niepełne, czy nieadekwatne.
W części referującej antropologiczne, czy etnograficzne, podejście do "kultury jako błędu", z którym polemizuje pseudo-autor, Lem przeoczył wagę snobizmu w tych przypadkowych nawykach i zaszłościach, które szybciutko generują zwyczaje i tradycje. Tzn. oczywiście, że z przypadkowych głupot i "błędów" wziął się zylion zwyczajów, rozwijanych i umacnianych przez pokolenia protokultur i kultur, ale funkcja przystosowania w ich memetycznej ewolucji, to wcale nie był "przypadek", to nie są "mutacje"; na początku liczyła się, mówiąc w pewnym skrócie, ich zajebistość.
To znaczy, może i przypadkowo jakiś pawian napoczynał złapaną zdobycz z lewej, czy z prawej, ale naśladującym go młodym pawianom wcale niekoniecznie było wszystko jedno, co i kogo naśladują - jeśli były dwa alfa-pawiany, zupełnie przypadkowo "prawy" i "lewy", to przecież młodzież małp naczelnych, aż po homo niesapiens, naśladuje je nie w rozkładzie losowym 50/50, ale jednak podświadomie ustali 90/10, naśladując tego bardziej fajnego, mocarnego, zajebistego. A jeśli ten "fajniejszy" będzie miał dostateczną fajność i "charyzmę", to nawet jeśli jego zachowanie będzie zupełnie absurdalne i "kosztowne", a nie tylko przypadkowym wyborem (powiedzmy, alfa-akrobata napoczyna ptaszki nie z losowego prawa czy lewa, ale wisząc do góry nogami na niskiej gałęzi, co dla pawiana raczej trudne), to i tak może stać się kanwą nowego zwyczaju, bo rzesze zaczną go "małpować". (Zanim ktoś mi tu z polemiką wyjedzie, niech się zastanowi nad nowożytną celebrytozą powszechną, od sportu przez pop-sztukę, po wzorce zachowania, wyglądu, itp.).
W drugiej części, gdzie Lem wykłada W.Kloppera rozumienie "kultury jako błędu" w głębszym, "epistemologicznym" sensie, a nie tylko etno-protokulturowym, też sporo brakuje, np. wagi przyłożonej do zagadnienia autoewolucji (tzn. Lem cwanie zostawił sobie furtkę, jako recenzent pracy privatdozenta, że postulowane zajdzie inaczej niż przewidywania, itd). Bo jeśli już można dowolnie odrzucać rusztowania kultur, które wg tezy, głównie maskują bylejakość materialnej rzeczywistości i prawdziwej ewolucji, "błędną" nadbudową-ewolucją zwyczajów, tradycji i kultur, to przecież nijak nie znaczy, że te odrzucanie będzie racjonalne, ku większemu szczęściu i dobru większej ilości ludzi itp. Będzie zupełnie takie same jak poprzednie kulturowe odrzucenia i przetasowania - napędzane przypadkiem i zajebistością potencjalnych anty-kulturowych rozwiązań, w oku następnego/nowego pokolenia. Co w byle newsach czy aktualnych mediach, można sobie spoko pooglądać.
Jak to ujął Lem w innym dziele, "tak czy owak, 22".
Żeby nie kończyć tak smutną konkluzją, jakie znacie drobne czy egzotyczne zwyczaje i tradycje, podobne jak przykłady jw. czyli raczej nieoczywiste, snobistyczne i takie, że zanurzeni w nich, już wcale nie wiedzą, skąd się wzięły?