- Śnieżkaa!
Na te ciche wołanie Śnieżka obudził się z trudem, spał na brzuchu, miał łeb głęboko wtulony w poduszkę. Kiedy zaczął przytomnieć i obracać się w łóżku, zorientował się, że w prawej ręce, wzdłuż ciała, trzyma efenkę wycelowaną w drzwi sypialni. Taaak, dobry odruch...
Podniósł pistolet wyżej i obrócił się, próbując oprzytomnieć. Za oknem było zupełnie jasno, musiało być późno.
Zza futryny drzwi ostrożnie zaglądała do sypialni Łezka. Czyli przybyło niezamawiane budzenie, ciekawe, co się stało...
- CO TO JEST?! - naga dziewczyna po prawej stronie łóżka siedziała przestraszona, próbując zasłonić się lekką kołdrą, której Śnieżka wcale nie miał zamiaru puścić. Nie było jasne, czy pyta o Łezkę w drzwiach, czy browninga pod nosem.
- To jest koleżanka... z pracy - odparł, przecierając oczy - A to są narzędzia pracy, niestety - odłożył pistolet na stolik przy łóżku.
- Dzieńdobr - grzecznie ukłoniła się Łezka, weszła w drzwi. Nieduża młoda kobieta, nieco kwadratowa, w ramonesce i dżinsach, ze sportową czarną torbą. Patrzyła z kpiącym uśmiechem na parę w łóżku, niebieskie oczka świeciły się jej spod grzywy siwo-szarych włosów.
- Ale dlaczego... Jak... - naga dziewczyna próbowała jednocześnie zawinąć się w kołdrę, którą Śnieżka w końcu puścił, i nałożyć duże okulary - Jak ona tu weszła?! To twoja...
- Nie - Śnieżka przerwał jej i usiadł na łóżku, na golasa było mu nieco głupio. I zimno - Ona nie jest moją matką, żoną ani kochanką. Koleżanka. Z pracy.
- Macie ciekawą służbę... - z przekąsem odparła dziewczyna, zaskoczenie przechodziło jej w oburzenie - Może pójdę się ubrać!
- Rzucisz mi ręcznik? - poprosił.
Zdenerwowana dziewczyna wstała, szczelnie zawinięta w kołdrę. Rzuciła mu z rozmachem ręcznik, z kilku leżących na fotelu pod oknem, po czym pozbierała swoje ciuchy z podłogi i wypadła z sypialni, do łazienki. Łezka zeszła jej z drogi, uśmiechała się przyjaźnie.
Śnieżka nieco przykrył nagość ręcznikiem, machnął na Łezkę, żeby się rozgościła.
Kobieta upuściła ciężką torbę obok jednego z leniwców, w kącie pokoju, przy stoliku kawowym. Torba twardo wylądowała na miękkiej wykładzinie, nieprzyjemnie metalicznie zagrzechotała. Dla odmiany Łezka wylądowała miękko i cicho, w głębokim fotelu.
- Ładne cycki. To kim jesteśmy tym razem? - zagaiła, rozglądając się po butelkach na stoliku - Byłe ZOMO? Nowy Wywiad? Ci najnowsi, jak ich tam zwą... GROM?
- Ogólnie, wywiad - mruknął, wciągając bokserki, które znalazł koło łóżka - Mogłabyś nie straszyć mi dziewczyn, w końcu zabiorę ci klucze.
- Mógłbyś założyć tu telefon - odparła, nalewając sobie drinka - I dobrze wiesz, że nie potrzebuję kluczy, dawno ci mówię, żebyś założył jakieś przyzwoite zamki.
- Aha - wstał i przeciągnął się. Łezka podziwiała coś koło 190cm i 130kg mięśni, kawał chłopa; ale miał nieładną sylwetkę, raczej drwala-siłacza, niż wysportowanego atlety - Co się stało? - rzucił się na drugi leniwiec, wciągał bluzę przez głowę, było mu zimno. Nie lubił zimna.
- Może poczekamy, aż twoja panna się oddali? - odparła Łezka.
- Prawda - wychlał pół karafki wody.
Do sypialni zajrzała naburmuszona dziewczyna, teraz kompletnie ubrana, w niebieską koszulę i ciemną spódnicę; z torebką w ręku. Miała nie tylko ładny biust, ale też śliczne, naturalnie sfalowane płowe włosy. Nie wiedziała jak się zachować, lustrowała ich oboje zza ciężkich okularów. Zagapili się na nią w milczeniu.
- To ja chyba... już sobie pójdę... - rzuciła niepewnie.
Śnieżka gapił się na nią niezbyt przytomnie, rozmarzony wspominał szaleństwa ostatniego wieczoru i nocy. Ala, miała na imię Alicja.
- Pożegnaj się z panią, do jasnej cholery! - na najcichszym wydechu wysyczała w jego stronę Łezka.
- Przepraszam cię za to zamieszanie - poderwał się, wyglądał przy nich głupio, w majtach i bluzie dresowej - Odprowadzę cię...
Poszli w głąb mieszkania, do wyjścia, Łezka słyszała jak Śnieżka mamrocze tam przeprosiny i komplementy, próbując udobruchać Alę. Usłyszała trzask zamykanych drzwi.
W końcu wrócił do sypialni, z butelką coli. Ponownie rzucił się na fotel, wyżłopał pół butelki. Łezka obserwowała go spod oka, kręcąc kieliszkiem z resztką drinka.
- Skąd ty je bierzesz? Z zakrystii? - rzuciła, dopijając alkohol.
- Alę? Z biblioteki - odstawił colę, przetarł oczy - Nawijaj.
Odstawiła kieliszek.
- Od rana telefony się urywają, kupa ludzi cię szuka. Robson się wkurwia, a to niezdrowe. Dla otoczenia, oczywiście, no bo nie dla Robsona...
Uśmiechnęli się do siebie, taaa, Robson powinien mieć przynitowaną tabliczkę BHP, "dotknięcie grozi śmiercią lub kalectwem".
- Wolałam wybyć z biura w poszukiwaniu zaginionego szefa, niż żeby Robuś skupił się na mnie, po co nam wojna domowa - ciągnęła, przegarniając siwe włosy - I pa, znalazłam prawie od razu!
- Ale o co właściwie idzie?! - pomyślał, że jeśli kiedykolwiek na serio dojdzie do wojny Łezki z Robsonem, to chciałby znaleźć się gdzieś dalej od nich. Bieszczady na przykład.
- Psiarnia wpadła w jakieś szambo - odparła - A raczej, gówno trafiło psiarnię. Gruppenführer Andrzejewski życzy się z tobą bliżej zapoznać, jak najszybciej. Jak się nie znajdziesz do fajrantu, obiecuje, że na drugiej zmianie spuści gończe ze smyczy i zaraz się znajdziesz. Na dołku.
- A co mu się stało?? - zdziwił się, bo z prokuraturą, a szczególniej ze starym Andrzejewskim, stosunki mieli ostrożnie poprawne.
- No właśnie nie bardzo wiadomo - przyznała - Zdaje się, w nocy była jakaś akcja na zadupiu pod Jeżewem, szczegóły nieznane. A teraz psy naciskają wszystkich o jakieś dziwne szczegóły, zadają dziwne pytania, stąd telefony się rozdzwoniły. Ale głównie szukają ciebie...
- Która godzina? - przeciągnął się znowu.
- Prawie jedenasta - odparła - Wybierasz się pogadać z Andrzejewskim?
- Pewnie tak - Śnieżka podrapał szczecinę na policzku - Pewnie coś ich trafiło z góry, i nagle muszą się wykazać...
- Dotrzymać ci towarzystwa, czy poradzisz sobie? Dasz radę zawiązać sznurówki na kacu? - zakpiła.
- Jaki kac, prawie nie piliśmy... Możesz lecieć, powiedz Robsonowi, że przybędę, jak dowiem się, o co kurde chodzi.
- Jasne - wstała z leniwca - A jeszcze to - kopnęła torbę, która znowu metalicznie zagrzechotała - Co mam z tym zrobić? To jest gówno oraz śmierdzące.
- Te spluwy?
- Aha. Raz, one mają numery i są nieobrobione, każda kulka i łuska, która z nich wyleci, to jest kurde wyrok, i to pewnie w paru krajach. Tak mi się przynajmniej wydaje, że ten towar parzy. Dwa, ty czaisz, jak takie UZI zużywa amunicję?! To jest bez sensu, nieopłacalne zupełnie! Bzzzt i 30 pestek pooszłoo. A ten towar nie rośnie na drzewach!
- Dobra, ty decydujesz - wstał i zaczął zbierać ciuchy - Wisi mi to, darmo wpadły, możesz je wyrzucić do rzeki, albo do śmieci, jeśli zbyt ryzykowne, żeby zatrzymać, czy odsprzedać.
- Chyba wyrzucę - odparła podnosząc torbę - Myślałam, żeby sprzedać, na przykład, młodzieży z Wyszkowa, ale przecież zaraz połowa wpadnie, z tym złomem w ręku. A wtedy druga połowa będzie nas ganiać, że im sprzedaliśmy trefny towar, a wtedy będziemy musieli ich rozwalić, a wtedy będzie...
- Dobra, dobra - musiał się zbierać, jeśli miał dorwać Andrzejewskiego przed fajrantem - Rób jak uważasz.
- Do rzeki - podsumowała i ruszyła do drzwi; obejrzała się przez ramię - A tego haj-pałera też ci kiedyś wyrzucę, wstyd, żeby szefu naszej mafii paradował z takim zabytkiem!
Parsknął śmiechem, Łezka była fajna.
- To wtedy ciebie też wyrzucę do rzeki! - odparł - Efenka ma wartość sentymentalną i nawet działa!
- Jaaasne. Na razie! - kobieta wybyła z mieszkania.
Śnieżka poszedł ogolić ryj i wbić się w jakiś strój wyjściowy, czas ruszyć na miasto.
(eksperyment pt. "o ileż łatwiej wymyśla się i pisze sensacje-kryminałki w realistyczno-historycznym setupie, niż super-dokładnie zmyślane SF, fantasy, czy historyczne...")