W końcu, po latach zalegania w cyberszufladzie, nadciąga druga dawno planowana "polska marynata", czyli opowiastka o "ludziach a morze" w kontekstach polskich i morskich. Będzie wielotorowo, i dygresja na dygresji, oraz pewna dawka własnego riserczu, zostaliście ostrzeżeni!
1. W niepamięci historii zaginęło mnóstwo obaw i psychoz, powiedzmy, społecznych czy socjologicznych - przeważnie zastąpionych przez jakieś nowe, inne, lepsze. Zaprawdę, powiadam wam, "Happy New Fear!" jest mottem świata homo sapiens.
Praktycznie nikt już nie pamięta, że przed II wojną światową społeczeństwa Europy, postawione przed nieuchronnie nadciągającą wojną, bały się najbardziej dwu rzeczy - gazów bojowych i nalotów lotniczych. Do obu tych zagrożeń przygotowywano się starannie, planiści zmechanizowanej wojny dokładnie opracowywali działania i kontr-działania, przewidywali megatrupy i projektowali lepsze trucizny, bomby i samoloty. A zachodnie społeczeństwa bały się tego, niczym zagłady atomowej w czasach zimnej wojny, czy katastrofy ekologiczno-klimatycznej obecnie.
Jak zwykle, wszystko odbyło się nieco inaczej, niż przewidywano. Jak wiadomo, do powszechnego użycia chemii bojowej nie doszło, nikt się nie odważył. A naloty były straszne, ale też - inaczej niż przewidywano. Nie było 300tys. ofiar w Londynie w pierwszych tygodniach nalotów, nie rozpadły się pod nalotami struktury społeczne, nie upadało morale, nie było spodziewanych milionów ludzi z psychozami czy tym, co nazywamy PTSD obecnie. Nawet po tak strasznych nalotach, jak równanie z ziemią niemieckich czy japońskich miast, z powietrza.
A szczególniej, pod w gruncie rzeczy nieudolnymi nalotami Luftwaffe, tzw. Blitzem, brytyjskie buldogi stawały się tylko bardziej zacięte, chowano trupy, naprawiano infrastrukturę, ewakuowano ludzi, rozpraszano produkcję; miasta "podnosiły się" w tygodniach, góra miesiącach. Po miesiącach nalotów ludzie nie chcieli się dawać ewakuować, woleli być razem i ginąć razem; rodzina i znajoma okolica, którą starali się utrzymać "w działaniu" i normalności, okazywała się najlepszym lekarstwem na "shell shock", czy PTSD. Setki tysięcy ludzi zaangażowało się ochotniczo w zwalczanie bezpośrednich i pośrednich skutków nalotów. Brytyjskie legendarne twardzielstwo "w biedzie" przyniosło idiomy jak "blitzy day" (analog do "windy day", wietrznego dnia), czy stwierdzenia, że naloty są świetną okazją do oderwania się od monotonii obowiązków i pracy, ale może nie przesadzajmy, raz na tydzień, nie co noc.
2. Brytyjskie niszczyciele typu N zaprojektowano i zamówiono w pośpiechu, na wkrótce nadciągającą II wojnę. Ambitniejsze, większe i lepsze okręty dostarczano za wolno, stąd Admiralicja przeprosiła się ze starszymi projektami J i K z około 1936-37, mniejszych jednostek, za to całkiem udanych i dobrze wdrożonych, i na gwałt zamówiono i budowano dodatkową serię N w 1939-40 roku.
Jednym z ośmiu niszczycieli serii była
HMS Nerissa, budowana w stoczni John Brown, Clydebank, Glasgow (nie mogę się powstrzymać: byliśmy tam! a nawet
miałem o tych miejscach notkę). Budowana od połowy 1939r., nieco wolno, bo oczywiście wojna spowolniła wszelkie dostawy i prace, zmieniała priorytety, machiny społeczno-ekonomiczne dopiero się rozkręcały, do wojny totalnej było jeszcze daleko.
4 maja 1940 roku, w norweskim fiordzie niemieckie lotnictwo zatopiło polski niszczyciel ORP Grom. Była to poważna i bolesna strata, bliźniaki
Grom i
Błyskawica były najlepszymi i największymi okrętami Polskiej Marynarki Wojennej "na obczyźnie".
W parę dni po stracie, polskie Kierownictwo Marynarki Wojennej (KMW) zostało zaskoczone kondolencjami od Admiralicji Royal Navy i propozycją przejęcia któregoś najnowszego niszczyciela, w zamian za
Groma. Padło na właśnie zwodowaną
Nerissę.
Pod koniec sierpnia, podobnie zaskoczony został komandor Eugeniusz "Żeńka" Pławski i jego załoga (głównie rozbitkowie z
Groma), którzy próbowali obsadzić niszczyciel
Ouragan, odebrany Francuzom przez Brytyjczyków. Nagle dowiedzieli się, że zamiast nadzorować przeciągający się remont zwandalizowanego (nie: wysadzonego, uszkodzonego przez Francuzów, tylko właśnie: zwandalizowanego, np. literalnie - obesranego...) starawego francuskiego złomu, mają przejąć prawie wykończony, nowoczesny niszczyciel w Clydebank, który dostał nazwę
ORP Piorun.
Skądinąd, o Pławskim i jego życiu można popełnić parę książek albo filmów, i tak by nikt nie uwierzył. Można też przeczytać jego wspomnienia, książkę "Fala za falą", które są bardziej "dorosłą" i militarną wersją harcerskich opowiastek Borchardta itp. z tych samych czasów, miejsc, i często o tych samych ludziach; "Żeńka" miał też wielki talent gawędziarza-munchausena.

Niszczyciel okazał się bardzo solidny, przemyślany i nowoczesny, ze zrównoważonym uzbrojeniem; bardzo spodobał się Polakom, szczególniej po złomowatym
Ouraganie. Lata wojennej praktyki pokazały, że niszczyciele J/K/N, szczególniej po podciągnięciu J/K do "układu" N, były bardzo w porządku; jedyne, czego zawsze brakowało to wymiarów i wyporności, na ciągłe modernizacje czasu wojny, np. dokładanie broni przeciwlotniczej. Ale z małego okrętu nie zrobi się dużego, to były nieuniknione kompromisy tamtego czasu, "chcemy mieć 24 niszczyciele za 3 lata, czy 12 superniszczycieli za lat 5?".
Jak wspominał Pławski, który był bardzo doświadczonym oficerem (służył we flocie carskiej od czasów I wojny, potem w wolnej Polsce na kanonierkach itp., potem został podwodniakiem, pracował przy misjach wojskowych, w 1939 formował konwój z pomocą, mający płynąć do Polski w czasie kampanii wrześniowej...):
[po paru tygodniach prób, pod Greenock] Dnia 4 listopada, czyli dokładnie 6 miesięcy po zatopieniu ORP Grom, zjawili się na okręcie przedstawiciele stoczni i poprosili mnie o podpisanie protokołu odbiorczego Pioruna.
- Jeden egzemplarz dla nas, a drugi dla pana.
Nie wiedziałem, co robić. W swoim czasie, jako przyszły dowódca okrętu podwodnego Żbik, należałem do komisji odbiorczej okrętów budujących się we Francji. Musiałem znać na pamięć grubo ponad 100 stron liczącą umowę, która była wypełniona setkami paragrafów, punktów i odnośników natury technicznej, finansowej i prawnej. Protokół odbiorczy musiał być podpisany ze strony polskiej przez prezesa komisji i całą grupę specjalistów. Każda poszczególna próba mechanizmów, odbiór każdego klucza, szczotki, flagi i linki odbywały się protokolarnie i według zawartych w umowie instrukcji.
Odbiór Pioruna odbył się bez przedstawicieli KMW, bez upoważnienia KMW, bez... papy i mamy! Podpisałem, wypiliśmy po szklance sherry, wicedyrektor stoczni uścisnął mi rękę i z uśmiechem oświadczył
- Jest wasz. Powodzenia życzę!
Na tym ceremonia odbioru się zakończyła. Na ORP Piorun została podniesiona polska bandera.
W Polsce, lub we Francji, spędzilibyśmy więcej czasu przy odbiorze samochodu ciężarowego, aniżeli przy odbiorze okrętu w Anglii. A praktyka wykazała, że "gentelmens agreement" miał daleko większą wartość, aniżeli skomplikowane umowy polsko-francuskie na Wichry czy Wilki
Piorun, z połową załogi doborową, w spadku po
Gromie, a drugą połową niedoświadczonych ochotników, ale ekstremalnie zmotywowanych, bardzo szybko wszedł do akcji, głównie eskortowych i patrolowych, na północnym Atlantyku i wkoło Szkocji i Hebrydów. Było tam niewiele walki, jakieś uganianie się za widmami Ubootów, okazyjne rzucanie bomb głębinowych, za to było dużo walki z zimowym sztormowym oceanem (aż po pękanie pokładów itp. uszkodzenia naprawdę mocnego niszczyciela, na gigantycznych falach), czy z pechową techniką (np. nagłe groźne zatrzymanie kotłowni, przy skałach i mieliznach Scapa, zaraz po pobraniu zanieczyszczonego paliwa, ze zdezelowanego tankowca).
3. W lecie 1940 Luftwaffe w zasadzie przegrała powietrzną Bitwę o Anglię, w wrześniu-październiku hitlerowcy zmienili "politykę" i strategię nalotów, z dziennych na nocne, oraz w sensie celów, z "punktowych" na "miasta", np. ciągłe terrorystyczne naloty Londynu przez 56 dni i nocy; i na różne inne miasta, głównie miasta-porty, miasta-centra przemysłowe, itp.
Nie miejsce i czas na rozważanie, co "doskonała" maszyna Luftwaffe, wyposażona w niezgorszą technikę zagłady robiła źle, ale w skrócie, była świetna w sensie taktycznym i technologicznym, natomiast bandą zadufanych idiotów w sensie strategicznym. Rozproszyli naloty na zyliony "ważnych celów", uderzając za słabo (dygresyjnie - no jakoś tak wyszło, że pomimo "niemieckiej techniki" nie dorobili się ciężkich bombowców...) i w zbyt wielu miejscach. Moim zdaniem - głównie rzuciła im się na małe rozumki własna propaganda (co nie raz dyskutowaliśmy np. w kontekście Japończyków na II wojnie); wydawało im się, że ze dwa naloty doskonałej Luftwaffe obrócą w perzynę każdy ważny cel, i można przejść do następnego.
Tylko, że nie.
Ale, rzecz jasna, w epicentrum takich "ze dwu nalotów Luftwaffe" bywało gorąco.
4. Na początku 1941 Luftwaffe wybrała do nalotu, ambitnego nawigacyjnie i dystansem, odległe Clydebank pod Glasgow, z głównym celem: zapasami paliwa, stoczniami i przemysłem wzdłuż północnego brzegu rzeki Clyde; mniej więcej od dużej farmy zbiorników (53 hektary) Admiralicji na zachodzie, przez stalownię Beardmore i fabrykę amunicji ROF Dalmuir, po stocznię John Brown i olbrzymią fabrykę Singera (tego od maszyn do szycia, kombinat przestawiono na produkcję wojenną) na wschodzie.
Miasteczko Clydebank było wciśnięte między ten cały przemysł, jako solidne robotnicze osiedle, postawione w drugiej linii od brzegu, miedzy stoczniami a przemysłem jak Singer, wzdłuż rzeki, i dróg i linii kolejowych z Glasgow. Było zamieszkane głównie przez robotników i niższą kadrę całego tego przemysłu, i ich rodziny. Etnicznie była to głównie mieszanka szkocko - irlandzka (ludzie emigrowali do przemysłowego Glasgow zarówno z biednych Highlands szkockich, jak i z biednej Irlandii).
Pod koniec lutego
ORP Piorun poszedł na parotygodniowy remont i modernizację, po ciężkiej atlantyckiej zimie, do "macierzystej" stoczni John Brown w Clydebank.
Trajektorie wojennych losów polskich, szkockich, irlandzkich i niemieckich przecięły się w Clydebank 13 marca 1941.
5. Ustalmy miejsce, w którym losy się przecięły.
Piorun stał w basenie wyposażeniowym stoczni John Brown, razem z innymi okrętami; upychano tam pod oboma nabrzeżami (zachodnim i wschodnim) ile się dało okrętów i statków, w trakcie wyposażania czy remontów. Nie znalazłem żadnego zdjęcia
Pioruna, czy podobnego niszczyciela, w domniemanym układzie doku, w marcu 1941, więc posiłkuję się najlepszymi jakie znalazłem.
To zdjęcie z czasu pierwszej wojny, ale pokazuje jak upychano tam w dwu-trzech rzędach mniejsze okręty, i ile zajmował w doku duży okręt (tu akurat dziób krążownika liniowego HMS Repulse w trakcie końcowego wyposażania). Zdjęcie jest zrobione w kierunku na północ; z dźwigu Titan, w swoim czasie rekordowego, który nadal tam stoi jako zabytek, i jest jedną z ostatnich pamiątek po stoczni John Brown and Company. Co cenne, zdjęcie pokazuje też, jak blisko za stocznią zaczynało się miasteczko, widać tam typowe kamienice i kawałek "centrum". A na horyzoncie zdjęcia, gdyby było lepszej jakości, byłoby widać kombinat Singera.
Na tym zdjęciu, zrobionym "w drugą stronę", na południe, prawdopodobnie wczesną jesienią 1941, mamy okręt, który był tam w czasie nalotu, tj. po lewej stoi pancernik HMS Duke of York, tu już w trakcie końcowego wyposażenia. W marcu 1941, mniej więcej dwa miesiące po wodowaniu przez królową, w obecności króla i PM Churchilla (polecam link/filmik, ładnie pokazuje główną pochylnię stoczni, na zdjęciu za dużym dźwigiem po lewej, i pokazuje tamtych ludzi...) Duke of York był jeszcze "pustą skorupą". Stał po prawej, na miejscu gdzie widzimy monitor HMS Roberts (dźwig Titan na zdjęciu się nie zmieścił, jest zaraz za prawą krawędzią) - skądinąd zapamiętajmy ten okręt-monitor i to zdjęcie.
Do pancernika pod Titanem był przycumowany "od środka" basenu remontowany
ORP Piorun i niszczyciel eskortowy
HMS Blankney, w budowie, prawie kompletny. Trudno powiedzieć, czy i co było przucumowane po wschodniej stronie basenu.
6. Ustalmy czas, w którym losy się przecięły.
Wieczór 13 marca 1941 był bardzo pogodny i ciepły, wzeszedł bardzo jasny księżyc. Dzieciaki jeszcze szwendały się po ulicach i podwórkach, ludzie wracali do domów, zajmowali się swoimi sprawami, kiedy zawyły syreny.
7. Ustalmy miecz, który uderzył.
Nieco ponad 200 samolotów Luftwaffe, typowych średnich bombowców, He111, Do17 itp., zaczęło nadlatywać falami, z nieoczywistego "okrężnego" kierunku, za to kolosalnie ułatwiającego im nawigację. Leciały przez jezioro Loch Lomond na pn-zach od Glasgow, wychodziły na południe na Dumbarton i skręcały na wschód wzdłuż rzeki Clyde, w kierunku celów w Dalmuir i Clydebank.
Niosły mieszankę bomb burzących i zapalających, w doktrynie planistów zagłady, że należy nieco "rozpulchnić" miasto i cele przemysłowe bombami burzącymi, żeby tysiące malutkich bombletek zapalających mogły łatwiej to wszystko spalić.
Niosły też trochę ciężkich min przeciwokrętowych stawianych z powietrza, które przy trafieniu w ląd, zamiast w płytką wodę rzeki czy basenów stoczni, zamieniały się w tonowe bomby burzące.
8. Ustalmy tarczę, której nie było.
Obrona przeciwlotnicza w okolicy Glasgow była przyzerowa - zgubiłem gdzieś w cyberprzestrzeni dokładne dane i mapy, ale ciężkich dział p-lot było w rejonie miasta rzędu 20szt., w strefie nalotu Clydebank pewnie z 10. Plus trochę drobniejszych kalibrów, trochę posterunków obserwacyjnych, itp. Plus nieliczne myśliwce, którym nie zezwolono zejść nad miasto, bo tam działa strzelają!...
Plus nieźle skonstruowane i zmotywowane organizacje obrony terytorialnej, służb ratowniczych i pomocniczych, acz o niezbyt wielkiej praktyce. Bo choć Blitz trwał nad UK od prawie roku, nikt wielkich ataków w Szkocji się nie spodziewał i prawie ich nie było - południe, wiadomo, Birmingham, Liverpool, miasta-porty na wschodnim wybrzeżu, pewnie, ale do Glasgow? "paanie, nie dolecom!". Dolatywali, ale słabo.
9. Zajrzyjmy w epicentrum akcji.
W Clydebank rozpętało się piekło, jak w Guernice, Warszawie, Coventry, wszelkich miastach czy miasteczkach bezkarnie i miarowo bombardowanych przez Luftwaffe. Wkoło padały bomby burzące, składające całe budynki, albo i kilka na raz. Na to padał "deszcz" termitowych bombletek zapalających. Wyły syreny, ludzie chowali się, gdzie kto mógł, ale nie było w okolicy zbyt wielu schronów w ogóle, a wytrzymujących trafienie ćwierćtonową czy półtonową bombą w szczególe. Ludzie chowali się w piwnicach itp. przy punktowych trafieniach ginęło 20-30 osób na raz (jak trafienie kamienicy pod 78 Jelicoe Street, 31 trupów, zginęło 15 członków rodziny Rocks, trzech pokoleń).
Podniebny odblask pożarów zbiorników paliwa Admiralicji i miasteczka Clydebank widać było z Bridge of Allan pod Stirling, daleko na wschodzie, i z Irlandii Pn., daleko na zachodzie...
Straż pożarna, służby ratunkowe, pomocnicze i ochotnicze robiły co mogły, ogólnie ludzie stawali na wysokości zadania, pod padającymi bombami próbowali ratować innych, gasić pożary.
Z punktu widzenia mieszkańców i ratowników w Clydebank obrona przeciwlotnicza nie istniała, z huczącego nocnego nieba bezkarnie lał się deszcz bomb.
Tylko jedna galijska wioska... wróć, tylko jeden okręt natychmiast otworzył ogień i walił do Niemców na pełnej k...wie. Wszyscy w centrum Clydebank widzieli i słyszeli, pomimo eksplozji bomb, i huku samolotów i pożarów, że o paręset metrów od nich
ORP Piorun napie...la w górę z każdej lufy, jaką Polacy znaleźli na pokładzie.
Przeciwlotnicza ciężka 102mm nadawała się tylko do ognia zaporowego, i tak też nią strzelano, nie dało się nią celować do pojedynczych samolotów. Poczwórny automat "pom-pom" 40mm i 4 pojedyncze Oerlikony 20mm miały nieco za mały zasięg, ale i tak waliły w górę. Nie jest dla mnie jasne, czy załoga użyła jako p-lot głównych armat morskich 120mm (mogły nie mieć zasilania, przy siłowni nieczynnej w remoncie; miały za mały kąt podniesienia 40st., przyzerowe celowanie, ręcznie nastawiane zapalniki, i w ogóle "no nie...", ale i tak powszechnie używano ich jako p-lot) - znając polskich marynarzy, jeśli tylko któraś 120mm miała zasilanie i amunicję, to też strzelała.
Część załogi, niepotrzebna przy działach i działkach, na unieruchomionym niszczycielu z wyłączoną siłownią, ruszyła do obrony przeciwpożarowej i ratunkowej. Na
Pioruna spadły tylko dwie bombletki zapalające, ale jedna zafundowała Polakom niezły horror - wpadła do bomby głębinowej, przez otwór na zapalnik... Obczajcie, niemiecka
Elektronbrandebombe, zapalająca 1kg, miała tylko 50mm średnicy. Nie chce mi się szukać, ile średnicy miało gniazdo zapalnika w bombie głębinowej Mark VII (coś jak beczka na olej itp. 200l, może ciut mniejsza, prawie 200kg, w tym 130kg TNT), ale na oko sporo mniej niż 10cm. A jednak termitowa "pałka" trafiła idealnie, do środka... Ładunek TNT i bomba głębinowa zaczęły się palić, rozżarzać, nijak nie dało się termitowego "zapału" wyciągnąć, przyszło wywalić płonącą "beczkę" za burtę - gdyby jednak wybuchła, na okręcie, czy w płytkim basenie doku, pod okrętem, szkody byłyby znaczne. Ale nie wybuchła.
Polacy zaraz przeskoczyli na sąsiednie bezludne okręty, na pancernik
Duke of York i eskortowiec
Blankney, gasili pożary, wyrzucali bombletki zapalające do wody ("graliśmy w futbol bombkami zapalającymi") - uważa się, że oba okręty spaliłyby się, gdyby nie załoga
Pioruna; nikt poza Polakami nie był w pobliżu nawet, o ratowaniu okrętów w budowie nie mówiąc, kiedy obok stało w ogniu całe Clydebank, obrywała stocznia i przemysł. Skądinąd oba te uratowane okręty miały całkiem owocną służbę, każdy w swojej skali, i odniosły jakieś sukcesy na drugiej wojnie.
O ile pamiętam z dawnych opowieści, jakaś część załogi Pioruna ruszyła później na pomoc w działaniach ratunkowych i przeciwpożarowych w samym Clydebank (bo było to zaraz za rogiem hal stoczni), ale na konkretne wspomnienia, czy zapisy tego, nie trafiłem ostatnio.
Co ciekawe, załoga radziła sobie bez dowódcy - Pławski miał 3 tygodniowy urlop w czasie remontu, 13 marca wrócił do Glasgow, ale szlajał się "na mieście" ze szwagrem. Kiedy zaczął się nalot, próbował dostać się do Clydebank i okrętu, ale został zatrzymany przez służby gdzieś w połowie drogi i
w nocy z 13 na 14 na okręcie nie byłem, lecz podskakiwałem od wybuchów na krześle w wartowni, gdzieś pod Yoker.
10. Powtórka z rozrywki.
Na drugi dzień, 14 marca wieczorem, nalot powtórzył się, w podobnym składzie nieco ponad 200 samolotów Luftwaffe, przeciwko nikłej obronie przeciwlotniczej. Różnica była taka, że Clydebank i okolica były już w praktyce ewakuowane, zostali tylko ratownicy i ochotnicy. Ale miasteczko zostało dodatkowo zrównane z ziemią - o ile pierwszy nalot 13 marca uważa się za strategiczny i "militarny", i trafienie cywilnego Clydebank składa się na raczej na karb pechowej lokalizacji, wciśniętej między główne cele, to poprawka 14 była już raczej typową terrorką Luftwaffe, żeby dobić opuszczone miasto i przemysł, zabić jak najwięcej ratowników, rzucić więcej min morskich. A propos zbrodni Luftwaffe - niektórzy wspominają strzelanie, przez tylnych strzelców oddalających się bombowców, do cywili i ratowników.

We wspomnieniach Pławskiego:
Ponieważ w takiej sytuacji nic właściwie nie miało się do roboty, po rozejrzeniu się dookoła z pokładu, zszedłem do mesy i próbowaliśmy z Wielogórskim stawiać pasjansy. Jedynie Hess [zakręcony oficer artyleryjski Pioruna, ten który później najbardziej marudził o strzelanie do Bismarcka, w czasie potyczki z pancernikiem, stąd Pławski wydał słynny rozkaz "Trzy salwy na chwałę Polski!"] przy pom-pomie ostrzeliwał spadające na spadochronach miny. Wybuchały one ze straszliwym hukiem, ale przeważnie w bezpiecznej odległości od Pioruna, aż wreszcie jedna z nich spadła blisko za rufą okrętu, przypuszczalnie na płytką wodę, a wybuch jej poruszył wszystkie piekielne siły przyrody. Powstała fala oraz podmuch, które rzuciły Piorunem w jedną stronę, a pustym kadłubem Duke of York w drugą stronę. Zaczęły pękać liny, ale po chwili wszystko wróciło do normalnego stanu. Była to ostatnia mina, która spadła w pobliżu Pioruna
Dygresyjnie - miny były tonowe (zarówno w sensie wagi, jak i siły rażenia około ekwiwalentu 1t TNT), nielicho skomplikowane i po niemiecku przekombinowane; miały zapalniki czasowe, uzbrajania i rozbrajania od uderzeń, głębokości wody, itd. itp. jak też główne zapalniki przeciwokrętowe: akustyczne lub magnetyczne, później akustyczne ORAZ magnetyczne. A pod koniec wojny nawet zapalnik-fotokomórkę przeciw-saperską, tj. po otwarciu wnęki zapalnika i jej oświetleniu w czasie rozbrajania, mina robiła kaboom.
11. Efekty bliższe.
Straty niemieckie były "żadne", dwa bombowce strącone przez myśliwce; cała obrona p-lot, łącznie z
Piorunem, nic nie trafiła.

Straty brytyjskie teoretycznie były znaczne, to były najtragiczniejsze dni dla cywili w Szkocji, może nikłe na skalach wojny światowej, przy Dreźnie, Hamburgu czy Tokio, ale jednak straszne tam i wtedy. Obrócono w zupełną perzynę Dalmuir i Clydebank, z oficjalnie około 600 ofiarami śmiertelnymi (później 1200, tak naprawdę jeszcze więcej - szkielety wyciągano z ruin długo po wojnie) i tysiącem rannych ciężko, a drugim lekko, od szkła i odłamków. Na 12000 domów w okolicy, tylko 8 było nieuszkodzonych, 4000 poszło w drzazgi, 4500 poważnie uszkodzono. Około 35000 ludzi zostało bezdomnymi, zaczęto ich rozlokowywać w okolicy Glasgow. A trupy pośpiesznie chować w masowych grobach.

(Mapka trafień jest na podkładzie z gugla, współczesnym, ale daje pojęcie o ilości trafień i pożarów;
Piorun stał pod literką "d" w "John Brown Shipyard") Oberwało się też nieco głównym celom, przemysłowym i militarnym - zbiorniki paliwa Admiralicji trafiono "nieznacznie", ale paliły się miesiąc, czy więcej. Każdy cel główny oberwał, stalownia Beardmore straciła nieco pieców i osprzętu, stocznia John Brown miała uszkodzenia, trafiono główny i boczne budynki kombinatu Singer.
Ale wszystko to było "nieco" - w ciągu tygodni naprawiano przemysł i infrastrukturę, podniesiono produkcję, nie było żadnych długofalowych efektów dla wysiłku wojennego. Wskazówką niech będzie monitor
HMS Roberts ze zdjęcia powyżej - musiał być na pochylni w czasie nalotów, zwodowano go w dwa tygodnie, 1 kwietnia; po paru miesiącach wyposażano go razem z
Duke of York jak widać. Niewiele się zmieniło w stoczni, nawet jeśli o pół kilometra dalej Clydebank leżało w gruzach.
ORP Piorun służył dalej, przetrwał do końca drugiej wojny; ze słynnym nieprawdopodobnym epizodem, to jest potyczką w pościgu za
Bismarckiem. Komandor Pławski objął później krążownik
Dragon, potem przeszedł na wysokie stanowiska sztabowe w Marynarce; po wojnie i przejściu do cywila wylądował aż w Kanadzie, zmarł w 1972.
12. Efekty dalsze.
Po Clydebank Blitz nie było głośno w prasie, nie było oficjalnych kondolencji, nie wizytował miejsca Churchill, czy król, to nie było Coventry. Oficjalnie "było cicho", aby nie dawać wskazówek Niemcom, co do skuteczności, lub nie, nalotów.
Nieoficjalnie mówi się, że nikt "na górze" nie żałował zbyt mocno "czerwonego" miasteczka, pełnego "komunistycznego" robotniczego żywiołu irlandzko-szkockiego, z którym konserwatywne elity brytyjskie miewały kłopoty, stąd cisza w mediach i polityce. Oraz rzutowało to na leniwe odbudowywanie Clydebank - w latach '60 frustrowało niejednego, który zobaczył na własne oczy, że Niemcy są już ślicznie odbudowane pomimo przegranej wojny, a Clydebank, które poniosło takie ofiary, nadal straszy gruzowiskami po nalotach z 1941.
Z przecięcia losów polsko - szkockich, nie tylko w nalotach marca 1941, ale przez całą wojnę, powstała silna więź i Polonia szkocko-polska. Tysiące Polaków, lotników, marynarzy, żołnierzy, którzy stacjonowali, szkolili się w Szkocji, którzy poznali i zaprzyjaźnili się ze Szkotami (i Szkotkami...), znacznie bardziej kompatybilnymi z "polskim duchem", niż Brytole, zostało tam po II wojnie. Szkoci pamiętają! także małego
Pioruna, jedynego obrońcę Clydebank.
Przed samym ratuszem Clydebank, po drugiej stronie ulicy, zbudowano Solidarity Plaza, skwerek poświęcony więzi polsko - szkockiej. Na skwerku jest kamień-pomnik, z tablicą upamiętniającą załogę
Pioruna. Niedawno, w 2019, ufundowano tabliczkę upamiętniającą walkę Polaków, na barierze basenu stoczni, pod dźwigiem Titan, tam gdzie wtedy stał okręcik.
13. Efekty osobiste.
Oczywiście, mam propagandowo wdrukowane od dziecka jakieś obrazy płonącej Warszawy w 1939, czy Warszawy po Powstaniu; czy straszliwe zdjęcia i filmy z Drezna, Tokio, Hiroshimy i Nagasaki; byłem w katedrze-pomniku Coventry.
Ale przez Clydebank i okolicę, przez powyższą historię, jeździłem przez lata do pracy i po zakupy, myszkowałem w okolicach dawnej stoczni John Brown, bywałem na Solidarity Plaza, na cmentarzu Dalnottar przy symbolicznym pomniku ofiar nalotów, i tak dalej, i tak dalej. Rozmawiałem ze Szkotami, którzy pamiętają.
I tak jak pisałem w notce o
ORP Garland, nie potrafię przestać być dumny z setki Polaków, dających z siebie wszystko, na małym okręciku, w lokalnym epicentrum zagłady. To głupie, ale po prostu nie było takiego obrazu w Dreznie czy Coventry, Tokio czy Hiroshimie, a w Clydebank - jak najbardziej był.