NIGHT   RSS blog   RSS komentarze
Licencja Wpisy Losowo Autor Rejestracja




Autor: Boni
Kiedy: 2023-08-27, niedziela
Tagi:  marynata, Alba     
___________________________________

W końcu, po latach zalegania w cyberszufladzie, nadciąga druga dawno planowana "polska marynata", czyli opowiastka o "ludziach a morze" w kontekstach polskich i morskich. Będzie wielotorowo, i dygresja na dygresji, oraz pewna dawka własnego riserczu, zostaliście ostrzeżeni!


1. W niepamięci historii zaginęło mnóstwo obaw i psychoz, powiedzmy, społecznych czy socjologicznych - przeważnie zastąpionych przez jakieś nowe, inne, lepsze. Zaprawdę, powiadam wam, "Happy New Fear!" jest mottem świata homo sapiens.

Praktycznie nikt już nie pamięta, że przed II wojną światową społeczeństwa Europy, postawione przed nieuchronnie nadciągającą wojną, bały się najbardziej dwu rzeczy - gazów bojowych i nalotów lotniczych. Do obu tych zagrożeń przygotowywano się starannie, planiści zmechanizowanej wojny dokładnie opracowywali działania i kontr-działania, przewidywali megatrupy i projektowali lepsze trucizny, bomby i samoloty. A zachodnie społeczeństwa bały się tego, niczym zagłady atomowej w czasach zimnej wojny, czy katastrofy ekologiczno-klimatycznej obecnie.

Jak zwykle, wszystko odbyło się nieco inaczej, niż przewidywano. Jak wiadomo, do powszechnego użycia chemii bojowej nie doszło, nikt się nie odważył. A naloty były straszne, ale też - inaczej niż przewidywano. Nie było 300tys. ofiar w Londynie w pierwszych tygodniach nalotów, nie rozpadły się pod nalotami struktury społeczne, nie upadało morale, nie było spodziewanych milionów ludzi z psychozami czy tym, co nazywamy PTSD obecnie. Nawet po tak strasznych nalotach, jak równanie z ziemią niemieckich czy japońskich miast, z powietrza.

A szczególniej, pod w gruncie rzeczy nieudolnymi nalotami Luftwaffe, tzw. Blitzem, brytyjskie buldogi stawały się tylko bardziej zacięte, chowano trupy, naprawiano infrastrukturę, ewakuowano ludzi, rozpraszano produkcję; miasta "podnosiły się" w tygodniach, góra miesiącach. Po miesiącach nalotów ludzie nie chcieli się dawać ewakuować, woleli być razem i ginąć razem; rodzina i znajoma okolica, którą starali się utrzymać "w działaniu" i normalności, okazywała się najlepszym lekarstwem na "shell shock", czy PTSD. Setki tysięcy ludzi zaangażowało się ochotniczo w zwalczanie bezpośrednich i pośrednich skutków nalotów. Brytyjskie legendarne twardzielstwo "w biedzie" przyniosło idiomy jak "blitzy day" (analog do "windy day", wietrznego dnia), czy stwierdzenia, że naloty są świetną okazją do oderwania się od monotonii obowiązków i pracy, ale może nie przesadzajmy, raz na tydzień, nie co noc.

2. Brytyjskie niszczyciele typu N zaprojektowano i zamówiono w pośpiechu, na wkrótce nadciągającą II wojnę. Ambitniejsze, większe i lepsze okręty dostarczano za wolno, stąd Admiralicja przeprosiła się ze starszymi projektami J i K z około 1936-37, mniejszych jednostek, za to całkiem udanych i dobrze wdrożonych, i na gwałt zamówiono i budowano dodatkową serię N w 1939-40 roku.

Jednym z ośmiu niszczycieli serii była HMS Nerissa, budowana w stoczni John Brown, Clydebank, Glasgow (nie mogę się powstrzymać: byliśmy tam! a nawet miałem o tych miejscach notkę). Budowana od połowy 1939r., nieco wolno, bo oczywiście wojna spowolniła wszelkie dostawy i prace, zmieniała priorytety, machiny społeczno-ekonomiczne dopiero się rozkręcały, do wojny totalnej było jeszcze daleko.

4 maja 1940 roku, w norweskim fiordzie niemieckie lotnictwo zatopiło polski niszczyciel ORP Grom. Była to poważna i bolesna strata, bliźniaki Grom i Błyskawica były najlepszymi i największymi okrętami Polskiej Marynarki Wojennej "na obczyźnie".

W parę dni po stracie, polskie Kierownictwo Marynarki Wojennej (KMW) zostało zaskoczone kondolencjami od Admiralicji Royal Navy i propozycją przejęcia któregoś najnowszego niszczyciela, w zamian za Groma. Padło na właśnie zwodowaną Nerissę.

Pod koniec sierpnia, podobnie zaskoczony został komandor Eugeniusz "Żeńka" Pławski i jego załoga (głównie rozbitkowie z Groma), którzy próbowali obsadzić niszczyciel Ouragan, odebrany Francuzom przez Brytyjczyków. Nagle dowiedzieli się, że zamiast nadzorować przeciągający się remont zwandalizowanego (nie: wysadzonego, uszkodzonego przez Francuzów, tylko właśnie: zwandalizowanego, np. literalnie - obesranego...) starawego francuskiego złomu, mają przejąć prawie wykończony, nowoczesny niszczyciel w Clydebank, który dostał nazwę ORP Piorun.

Skądinąd, o Pławskim i jego życiu można popełnić parę książek albo filmów, i tak by nikt nie uwierzył. Można też przeczytać jego wspomnienia, książkę "Fala za falą", które są bardziej "dorosłą" i militarną wersją harcerskich opowiastek Borchardta itp. z tych samych czasów, miejsc, i często o tych samych ludziach; "Żeńka" miał też wielki talent gawędziarza-munchausena.

ORP Piorun 1941Niszczyciel okazał się bardzo solidny, przemyślany i nowoczesny, ze zrównoważonym uzbrojeniem; bardzo spodobał się Polakom, szczególniej po złomowatym Ouraganie. Lata wojennej praktyki pokazały, że niszczyciele J/K/N, szczególniej po podciągnięciu J/K do "układu" N, były bardzo w porządku; jedyne, czego zawsze brakowało to wymiarów i wyporności, na ciągłe modernizacje czasu wojny, np. dokładanie broni przeciwlotniczej. Ale z małego okrętu nie zrobi się dużego, to były nieuniknione kompromisy tamtego czasu, "chcemy mieć 24 niszczyciele za 3 lata, czy 12 superniszczycieli za lat 5?".

Jak wspominał Pławski, który był bardzo doświadczonym oficerem (służył we flocie carskiej od czasów I wojny, potem w wolnej Polsce na kanonierkach itp., potem został podwodniakiem, pracował przy misjach wojskowych, w 1939 formował konwój z pomocą, mający płynąć do Polski w czasie kampanii wrześniowej...):

[po paru tygodniach prób, pod Greenock] Dnia 4 listopada, czyli dokładnie 6 miesięcy po zatopieniu ORP Grom, zjawili się na okręcie przedstawiciele stoczni i poprosili mnie o podpisanie protokołu odbiorczego Pioruna.

- Jeden egzemplarz dla nas, a drugi dla pana.

Nie wiedziałem, co robić. W swoim czasie, jako przyszły dowódca okrętu podwodnego Żbik, należałem do komisji odbiorczej okrętów budujących się we Francji. Musiałem znać na pamięć grubo ponad 100 stron liczącą umowę, która była wypełniona setkami paragrafów, punktów i odnośników natury technicznej, finansowej i prawnej. Protokół odbiorczy musiał być podpisany ze strony polskiej przez prezesa komisji i całą grupę specjalistów. Każda poszczególna próba mechanizmów, odbiór każdego klucza, szczotki, flagi i linki odbywały się protokolarnie i według zawartych w umowie instrukcji.

Odbiór Pioruna odbył się bez przedstawicieli KMW, bez upoważnienia KMW, bez... papy i mamy! Podpisałem, wypiliśmy po szklance sherry, wicedyrektor stoczni uścisnął mi rękę i z uśmiechem oświadczył

- Jest wasz. Powodzenia życzę!

Na tym ceremonia odbioru się zakończyła. Na ORP Piorun została podniesiona polska bandera.
W Polsce, lub we Francji, spędzilibyśmy więcej czasu przy odbiorze samochodu ciężarowego, aniżeli przy odbiorze okrętu w Anglii. A praktyka wykazała, że "gentelmens agreement" miał daleko większą wartość, aniżeli skomplikowane umowy polsko-francuskie na Wichry czy Wilki


Piorun, z połową załogi doborową, w spadku po Gromie, a drugą połową niedoświadczonych ochotników, ale ekstremalnie zmotywowanych, bardzo szybko wszedł do akcji, głównie eskortowych i patrolowych, na północnym Atlantyku i wkoło Szkocji i Hebrydów. Było tam niewiele walki, jakieś uganianie się za widmami Ubootów, okazyjne rzucanie bomb głębinowych, za to było dużo walki z zimowym sztormowym oceanem (aż po pękanie pokładów itp. uszkodzenia naprawdę mocnego niszczyciela, na gigantycznych falach), czy z pechową techniką (np. nagłe groźne zatrzymanie kotłowni, przy skałach i mieliznach Scapa, zaraz po pobraniu zanieczyszczonego paliwa, ze zdezelowanego tankowca).

3. W lecie 1940 Luftwaffe w zasadzie przegrała powietrzną Bitwę o Anglię, w wrześniu-październiku hitlerowcy zmienili "politykę" i strategię nalotów, z dziennych na nocne, oraz w sensie celów, z "punktowych" na "miasta", np. ciągłe terrorystyczne naloty Londynu przez 56 dni i nocy; i na różne inne miasta, głównie miasta-porty, miasta-centra przemysłowe, itp.

Nie miejsce i czas na rozważanie, co "doskonała" maszyna Luftwaffe, wyposażona w niezgorszą technikę zagłady robiła źle, ale w skrócie, była świetna w sensie taktycznym i technologicznym, natomiast bandą zadufanych idiotów w sensie strategicznym. Rozproszyli naloty na zyliony "ważnych celów", uderzając za słabo (dygresyjnie - no jakoś tak wyszło, że pomimo "niemieckiej techniki" nie dorobili się ciężkich bombowców...) i w zbyt wielu miejscach. Moim zdaniem - głównie rzuciła im się na małe rozumki własna propaganda (co nie raz dyskutowaliśmy np. w kontekście Japończyków na II wojnie); wydawało im się, że ze dwa naloty doskonałej Luftwaffe obrócą w perzynę każdy ważny cel, i można przejść do następnego.

Tylko, że nie.

Ale, rzecz jasna, w epicentrum takich "ze dwu nalotów Luftwaffe" bywało gorąco.

4. Na początku 1941 Luftwaffe wybrała do nalotu, ambitnego nawigacyjnie i dystansem, odległe Clydebank pod Glasgow, z głównym celem: zapasami paliwa, stoczniami i przemysłem wzdłuż północnego brzegu rzeki Clyde; mniej więcej od dużej farmy zbiorników (53 hektary) Admiralicji na zachodzie, przez stalownię Beardmore i fabrykę amunicji ROF Dalmuir, po stocznię John Brown i olbrzymią fabrykę Singera (tego od maszyn do szycia, kombinat przestawiono na produkcję wojenną) na wschodzie.

Miasteczko Clydebank było wciśnięte między ten cały przemysł, jako solidne robotnicze osiedle, postawione w drugiej linii od brzegu, miedzy stoczniami a przemysłem jak Singer, wzdłuż rzeki, i dróg i linii kolejowych z Glasgow. Było zamieszkane głównie przez robotników i niższą kadrę całego tego przemysłu, i ich rodziny. Etnicznie była to głównie mieszanka szkocko - irlandzka (ludzie emigrowali do przemysłowego Glasgow zarówno z biednych Highlands szkockich, jak i z biednej Irlandii).

Pod koniec lutego ORP Piorun poszedł na parotygodniowy remont i modernizację, po ciężkiej atlantyckiej zimie, do "macierzystej" stoczni John Brown w Clydebank.

Trajektorie wojennych losów polskich, szkockich, irlandzkich i niemieckich przecięły się w Clydebank 13 marca 1941.

5. Ustalmy miejsce, w którym losy się przecięły.

Piorun stał w basenie wyposażeniowym stoczni John Brown, razem z innymi okrętami; upychano tam pod oboma nabrzeżami (zachodnim i wschodnim) ile się dało okrętów i statków, w trakcie wyposażania czy remontów. Nie znalazłem żadnego zdjęcia Pioruna, czy podobnego niszczyciela, w domniemanym układzie doku, w marcu 1941, więc posiłkuję się najlepszymi jakie znalazłem.

John Brown Dock 1916 To zdjęcie z czasu pierwszej wojny, ale pokazuje jak upychano tam w dwu-trzech rzędach mniejsze okręty, i ile zajmował w doku duży okręt (tu akurat dziób krążownika liniowego HMS Repulse w trakcie końcowego wyposażania). Zdjęcie jest zrobione w kierunku na północ; z dźwigu Titan, w swoim czasie rekordowego, który nadal tam stoi jako zabytek, i jest jedną z ostatnich pamiątek po stoczni John Brown and Company. Co cenne, zdjęcie pokazuje też, jak blisko za stocznią zaczynało się miasteczko, widać tam typowe kamienice i kawałek "centrum". A na horyzoncie zdjęcia, gdyby było lepszej jakości, byłoby widać kombinat Singera.


John Brown Dock 1941Na tym zdjęciu, zrobionym "w drugą stronę", na południe, prawdopodobnie wczesną jesienią 1941, mamy okręt, który był tam w czasie nalotu, tj. po lewej stoi pancernik HMS Duke of York, tu już w trakcie końcowego wyposażenia. W marcu 1941, mniej więcej dwa miesiące po wodowaniu przez królową, w obecności króla i PM Churchilla (polecam link/filmik, ładnie pokazuje główną pochylnię stoczni, na zdjęciu za dużym dźwigiem po lewej, i pokazuje tamtych ludzi...) Duke of York był jeszcze "pustą skorupą". Stał po prawej, na miejscu gdzie widzimy monitor HMS Roberts (dźwig Titan na zdjęciu się nie zmieścił, jest zaraz za prawą krawędzią) - skądinąd zapamiętajmy ten okręt-monitor i to zdjęcie.



Do pancernika pod Titanem był przycumowany "od środka" basenu remontowany ORP Piorun i niszczyciel eskortowy HMS Blankney, w budowie, prawie kompletny. Trudno powiedzieć, czy i co było przucumowane po wschodniej stronie basenu.

6. Ustalmy czas, w którym losy się przecięły.

Wieczór 13 marca 1941 był bardzo pogodny i ciepły, wzeszedł bardzo jasny księżyc. Dzieciaki jeszcze szwendały się po ulicach i podwórkach, ludzie wracali do domów, zajmowali się swoimi sprawami, kiedy zawyły syreny.

7. Ustalmy miecz, który uderzył.

Nieco ponad 200 samolotów Luftwaffe, typowych średnich bombowców, He111, Do17 itp., zaczęło nadlatywać falami, z nieoczywistego "okrężnego" kierunku, za to kolosalnie ułatwiającego im nawigację. Leciały przez jezioro Loch Lomond na pn-zach od Glasgow, wychodziły na południe na Dumbarton i skręcały na wschód wzdłuż rzeki Clyde, w kierunku celów w Dalmuir i Clydebank.

Niosły mieszankę bomb burzących i zapalających, w doktrynie planistów zagłady, że należy nieco "rozpulchnić" miasto i cele przemysłowe bombami burzącymi, żeby tysiące malutkich bombletek zapalających mogły łatwiej to wszystko spalić.

Niosły też trochę ciężkich min przeciwokrętowych stawianych z powietrza, które przy trafieniu w ląd, zamiast w płytką wodę rzeki czy basenów stoczni, zamieniały się w tonowe bomby burzące.

8. Ustalmy tarczę, której nie było.

Obrona przeciwlotnicza w okolicy Glasgow była przyzerowa - zgubiłem gdzieś w cyberprzestrzeni dokładne dane i mapy, ale ciężkich dział p-lot było w rejonie miasta rzędu 20szt., w strefie nalotu Clydebank pewnie z 10. Plus trochę drobniejszych kalibrów, trochę posterunków obserwacyjnych, itp. Plus nieliczne myśliwce, którym nie zezwolono zejść nad miasto, bo tam działa strzelają!...

Plus nieźle skonstruowane i zmotywowane organizacje obrony terytorialnej, służb ratowniczych i pomocniczych, acz o niezbyt wielkiej praktyce. Bo choć Blitz trwał nad UK od prawie roku, nikt wielkich ataków w Szkocji się nie spodziewał i prawie ich nie było - południe, wiadomo, Birmingham, Liverpool, miasta-porty na wschodnim wybrzeżu, pewnie, ale do Glasgow? "paanie, nie dolecom!". Dolatywali, ale słabo.

9. Zajrzyjmy w epicentrum akcji.

W Clydebank rozpętało się piekło, jak w Guernice, Warszawie, Coventry, wszelkich miastach czy miasteczkach bezkarnie i miarowo bombardowanych przez Luftwaffe. Wkoło padały bomby burzące, składające całe budynki, albo i kilka na raz. Na to padał "deszcz" termitowych bombletek zapalających. Wyły syreny, ludzie chowali się, gdzie kto mógł, ale nie było w okolicy zbyt wielu schronów w ogóle, a wytrzymujących trafienie ćwierćtonową czy półtonową bombą w szczególe. Ludzie chowali się w piwnicach itp. przy punktowych trafieniach ginęło 20-30 osób na raz (jak trafienie kamienicy pod 78 Jelicoe Street, 31 trupów, zginęło 15 członków rodziny Rocks, trzech pokoleń).

Podniebny odblask pożarów zbiorników paliwa Admiralicji i miasteczka Clydebank widać było z Bridge of Allan pod Stirling, daleko na wschodzie, i z Irlandii Pn., daleko na zachodzie...

Straż pożarna, służby ratunkowe, pomocnicze i ochotnicze robiły co mogły, ogólnie ludzie stawali na wysokości zadania, pod padającymi bombami próbowali ratować innych, gasić pożary.

Z punktu widzenia mieszkańców i ratowników w Clydebank obrona przeciwlotnicza nie istniała, z huczącego nocnego nieba bezkarnie lał się deszcz bomb.

Tylko jedna galijska wioska... wróć, tylko jeden okręt natychmiast otworzył ogień i walił do Niemców na pełnej k...wie. Wszyscy w centrum Clydebank widzieli i słyszeli, pomimo eksplozji bomb, i huku samolotów i pożarów, że o paręset metrów od nich ORP Piorun napie...la w górę z każdej lufy, jaką Polacy znaleźli na pokładzie.

Przeciwlotnicza ciężka 102mm nadawała się tylko do ognia zaporowego, i tak też nią strzelano, nie dało się nią celować do pojedynczych samolotów. Poczwórny automat "pom-pom" 40mm i 4 pojedyncze Oerlikony 20mm miały nieco za mały zasięg, ale i tak waliły w górę. Nie jest dla mnie jasne, czy załoga użyła jako p-lot głównych armat morskich 120mm (mogły nie mieć zasilania, przy siłowni nieczynnej w remoncie; miały za mały kąt podniesienia 40st., przyzerowe celowanie, ręcznie nastawiane zapalniki, i w ogóle "no nie...", ale i tak powszechnie używano ich jako p-lot) - znając polskich marynarzy, jeśli tylko któraś 120mm miała zasilanie i amunicję, to też strzelała.

Część załogi, niepotrzebna przy działach i działkach, na unieruchomionym niszczycielu z wyłączoną siłownią, ruszyła do obrony przeciwpożarowej i ratunkowej. Na Pioruna spadły tylko dwie bombletki zapalające, ale jedna zafundowała Polakom niezły horror - wpadła do bomby głębinowej, przez otwór na zapalnik... Obczajcie, niemiecka Elektronbrandebombe, zapalająca 1kg, miała tylko 50mm średnicy. Nie chce mi się szukać, ile średnicy miało gniazdo zapalnika w bombie głębinowej Mark VII (coś jak beczka na olej itp. 200l, może ciut mniejsza, prawie 200kg, w tym 130kg TNT), ale na oko sporo mniej niż 10cm. A jednak termitowa "pałka" trafiła idealnie, do środka... Ładunek TNT i bomba głębinowa zaczęły się palić, rozżarzać, nijak nie dało się termitowego "zapału" wyciągnąć, przyszło wywalić płonącą "beczkę" za burtę - gdyby jednak wybuchła, na okręcie, czy w płytkim basenie doku, pod okrętem, szkody byłyby znaczne. Ale nie wybuchła.

Polacy zaraz przeskoczyli na sąsiednie bezludne okręty, na pancernik Duke of York i eskortowiec Blankney, gasili pożary, wyrzucali bombletki zapalające do wody ("graliśmy w futbol bombkami zapalającymi") - uważa się, że oba okręty spaliłyby się, gdyby nie załoga Pioruna; nikt poza Polakami nie był w pobliżu nawet, o ratowaniu okrętów w budowie nie mówiąc, kiedy obok stało w ogniu całe Clydebank, obrywała stocznia i przemysł. Skądinąd oba te uratowane okręty miały całkiem owocną służbę, każdy w swojej skali, i odniosły jakieś sukcesy na drugiej wojnie.

O ile pamiętam z dawnych opowieści, jakaś część załogi Pioruna ruszyła później na pomoc w działaniach ratunkowych i przeciwpożarowych w samym Clydebank (bo było to zaraz za rogiem hal stoczni), ale na konkretne wspomnienia, czy zapisy tego, nie trafiłem ostatnio.

Co ciekawe, załoga radziła sobie bez dowódcy - Pławski miał 3 tygodniowy urlop w czasie remontu, 13 marca wrócił do Glasgow, ale szlajał się "na mieście" ze szwagrem. Kiedy zaczął się nalot, próbował dostać się do Clydebank i okrętu, ale został zatrzymany przez służby gdzieś w połowie drogi i w nocy z 13 na 14 na okręcie nie byłem, lecz podskakiwałem od wybuchów na krześle w wartowni, gdzieś pod Yoker.

10. Powtórka z rozrywki.

Na drugi dzień, 14 marca wieczorem, nalot powtórzył się, w podobnym składzie nieco ponad 200 samolotów Luftwaffe, przeciwko nikłej obronie przeciwlotniczej. Różnica była taka, że Clydebank i okolica były już w praktyce ewakuowane, zostali tylko ratownicy i ochotnicy. Ale miasteczko zostało dodatkowo zrównane z ziemią - o ile pierwszy nalot 13 marca uważa się za strategiczny i "militarny", i trafienie cywilnego Clydebank składa się na raczej na karb pechowej lokalizacji, wciśniętej między główne cele, to poprawka 14 była już raczej typową terrorką Luftwaffe, żeby dobić opuszczone miasto i przemysł, zabić jak najwięcej ratowników, rzucić więcej min morskich. A propos zbrodni Luftwaffe - niektórzy wspominają strzelanie, przez tylnych strzelców oddalających się bombowców, do cywili i ratowników.

Dalmuir 1941We wspomnieniach Pławskiego: Ponieważ w takiej sytuacji nic właściwie nie miało się do roboty, po rozejrzeniu się dookoła z pokładu, zszedłem do mesy i próbowaliśmy z Wielogórskim stawiać pasjansy. Jedynie Hess [zakręcony oficer artyleryjski Pioruna, ten który później najbardziej marudził o strzelanie do Bismarcka, w czasie potyczki z pancernikiem, stąd Pławski wydał słynny rozkaz "Trzy salwy na chwałę Polski!"] przy pom-pomie ostrzeliwał spadające na spadochronach miny. Wybuchały one ze straszliwym hukiem, ale przeważnie w bezpiecznej odległości od Pioruna, aż wreszcie jedna z nich spadła blisko za rufą okrętu, przypuszczalnie na płytką wodę, a wybuch jej poruszył wszystkie piekielne siły przyrody. Powstała fala oraz podmuch, które rzuciły Piorunem w jedną stronę, a pustym kadłubem Duke of York w drugą stronę. Zaczęły pękać liny, ale po chwili wszystko wróciło do normalnego stanu. Była to ostatnia mina, która spadła w pobliżu Pioruna

Dygresyjnie - miny były tonowe (zarówno w sensie wagi, jak i siły rażenia około ekwiwalentu 1t TNT), nielicho skomplikowane i po niemiecku przekombinowane; miały zapalniki czasowe, uzbrajania i rozbrajania od uderzeń, głębokości wody, itd. itp. jak też główne zapalniki przeciwokrętowe: akustyczne lub magnetyczne, później akustyczne ORAZ magnetyczne. A pod koniec wojny nawet zapalnik-fotokomórkę przeciw-saperską, tj. po otwarciu wnęki zapalnika i jej oświetleniu w czasie rozbrajania, mina robiła kaboom.

11. Efekty bliższe.

Straty niemieckie były "żadne", dwa bombowce strącone przez myśliwce; cała obrona p-lot, łącznie z Piorunem, nic nie trafiła.

Dalmuir 1941Straty brytyjskie teoretycznie były znaczne, to były najtragiczniejsze dni dla cywili w Szkocji, może nikłe na skalach wojny światowej, przy Dreźnie, Hamburgu czy Tokio, ale jednak straszne tam i wtedy. Obrócono w zupełną perzynę Dalmuir i Clydebank, z oficjalnie około 600 ofiarami śmiertelnymi (później 1200, tak naprawdę jeszcze więcej - szkielety wyciągano z ruin długo po wojnie) i tysiącem rannych ciężko, a drugim lekko, od szkła i odłamków. Na 12000 domów w okolicy, tylko 8 było nieuszkodzonych, 4000 poszło w drzazgi, 4500 poważnie uszkodzono. Około 35000 ludzi zostało bezdomnymi, zaczęto ich rozlokowywać w okolicy Glasgow. A trupy pośpiesznie chować w masowych grobach.


Clydebank Blitz Map(Mapka trafień jest na podkładzie z gugla, współczesnym, ale daje pojęcie o ilości trafień i pożarów; Piorun stał pod literką "d" w "John Brown Shipyard") Oberwało się też nieco głównym celom, przemysłowym i militarnym - zbiorniki paliwa Admiralicji trafiono "nieznacznie", ale paliły się miesiąc, czy więcej. Każdy cel główny oberwał, stalownia Beardmore straciła nieco pieców i osprzętu, stocznia John Brown miała uszkodzenia, trafiono główny i boczne budynki kombinatu Singer.

Ale wszystko to było "nieco" - w ciągu tygodni naprawiano przemysł i infrastrukturę, podniesiono produkcję, nie było żadnych długofalowych efektów dla wysiłku wojennego. Wskazówką niech będzie monitor HMS Roberts ze zdjęcia powyżej - musiał być na pochylni w czasie nalotów, zwodowano go w dwa tygodnie, 1 kwietnia; po paru miesiącach wyposażano go razem z Duke of York jak widać. Niewiele się zmieniło w stoczni, nawet jeśli o pół kilometra dalej Clydebank leżało w gruzach.

ORP Piorun służył dalej, przetrwał do końca drugiej wojny; ze słynnym nieprawdopodobnym epizodem, to jest potyczką w pościgu za Bismarckiem. Komandor Pławski objął później krążownik Dragon, potem przeszedł na wysokie stanowiska sztabowe w Marynarce; po wojnie i przejściu do cywila wylądował aż w Kanadzie, zmarł w 1972.

12. Efekty dalsze.

Po Clydebank Blitz nie było głośno w prasie, nie było oficjalnych kondolencji, nie wizytował miejsca Churchill, czy król, to nie było Coventry. Oficjalnie "było cicho", aby nie dawać wskazówek Niemcom, co do skuteczności, lub nie, nalotów.

Nieoficjalnie mówi się, że nikt "na górze" nie żałował zbyt mocno "czerwonego" miasteczka, pełnego "komunistycznego" robotniczego żywiołu irlandzko-szkockiego, z którym konserwatywne elity brytyjskie miewały kłopoty, stąd cisza w mediach i polityce. Oraz rzutowało to na leniwe odbudowywanie Clydebank - w latach '60 frustrowało niejednego, który zobaczył na własne oczy, że Niemcy są już ślicznie odbudowane pomimo przegranej wojny, a Clydebank, które poniosło takie ofiary, nadal straszy gruzowiskami po nalotach z 1941.

Z przecięcia losów polsko - szkockich, nie tylko w nalotach marca 1941, ale przez całą wojnę, powstała silna więź i Polonia szkocko-polska. Tysiące Polaków, lotników, marynarzy, żołnierzy, którzy stacjonowali, szkolili się w Szkocji, którzy poznali i zaprzyjaźnili się ze Szkotami (i Szkotkami...), znacznie bardziej kompatybilnymi z "polskim duchem", niż Brytole, zostało tam po II wojnie. Szkoci pamiętają! także małego Pioruna, jedynego obrońcę Clydebank.

Przed samym ratuszem Clydebank, po drugiej stronie ulicy, zbudowano Solidarity Plaza, skwerek poświęcony więzi polsko - szkockiej. Na skwerku jest kamień-pomnik, z tablicą upamiętniającą załogę Pioruna. Niedawno, w 2019, ufundowano tabliczkę upamiętniającą walkę Polaków, na barierze basenu stoczni, pod dźwigiem Titan, tam gdzie wtedy stał okręcik.

Solidarity Plaza ORP Piorun Monument Never Fogotten ORP Piorun under Titan

13. Efekty osobiste.

Oczywiście, mam propagandowo wdrukowane od dziecka jakieś obrazy płonącej Warszawy w 1939, czy Warszawy po Powstaniu; czy straszliwe zdjęcia i filmy z Drezna, Tokio, Hiroshimy i Nagasaki; byłem w katedrze-pomniku Coventry.

Ale przez Clydebank i okolicę, przez powyższą historię, jeździłem przez lata do pracy i po zakupy, myszkowałem w okolicach dawnej stoczni John Brown, bywałem na Solidarity Plaza, na cmentarzu Dalnottar przy symbolicznym pomniku ofiar nalotów, i tak dalej, i tak dalej. Rozmawiałem ze Szkotami, którzy pamiętają.

I tak jak pisałem w notce o ORP Garland, nie potrafię przestać być dumny z setki Polaków, dających z siebie wszystko, na małym okręciku, w lokalnym epicentrum zagłady. To głupie, ale po prostu nie było takiego obrazu w Dreznie czy Coventry, Tokio czy Hiroshimie, a w Clydebank - jak najbardziej był.





Korba
Mon, 28 Aug 2023 14:49:39
Dzięki Boni za tę marynatę. Dawno nie było, a tu na dodatek polonika, o których nie miałem pojęcia. W sam raz na powrót do komputera, przy którym nie siedziałem pracowałem przez kilka tygodni.

Codiac
Mon, 28 Aug 2023 16:01:24
Ech, marzy mi się taki porządny film wojenny o polskich żołnierzach. Ale taki fest, z rozmachem jak Dunkierka i skupiający się na stosunkowo niewielkiej grupie. To by się świetnie nadawało, historia która sama się kręci.

Boni avatar Boni
Mon, 28 Aug 2023 19:36:56
Dzięki za dobre słowo.

Co do filmów, jeśli się zastanowić, to faktycznie, pewnie losy ORP Piorun są najlepsze na duży scenariusz. Powiedzmy, można zacząć od ładnego ujęcia Błyskawicy i Groma odpływających do Wlk.Brytanii w 1939 i małego wyjaśnienia skąd się w ogóle PMW w Anglii wzięła. Napisy. Potem dramatyczne zatopienia Groma, przekazanie i objęcie Pioruna "w zamian", "szkolenie bardzo sztormowe", Clydebank Blitz. Superefektowny pościg i potyczka z Bismarckiem (z pogodą jakieś 3 do 13 razy lepszą, niż wtedy była ;) i niestety, ze "sztuczną" wstawką z zatapiania Niemców, bo małemu Piorunowi nie starczyło paliwa, żeby pływać razem z niszczycielami typu Tribal, do końca tamtej akcji). Potem jakieś ładne akcje na M.Śródziemnym (razem z ORP Garland, w tle efektowne lotniskowiec HMS Ark Royal i pancernik HMS Nelson). Na deser powiedzmy, podkoloryzowana (bo polski udział był raczej mikry) bitwa niszczyciele - niszczyciele pod Ushant, w czasie lądowania w Normandii, ze ślicznymi ujęciami w szyku, na raz, znowu ORP Błyskawica, i szczęśliwy ORP Piorun, walący z 6 luf do germańskich oprawców. Fade out, "TYLKO ORP BŁYSKAWICA PRZETRWAŁA JAKO OKRĘT-MUZEUM, ALE CI, KTÓRYCH ORP PIORUN BRONIŁ, PAMIĘTAJĄ NA WIEKI", ładne ujęcia (nie pada!) na Solidarity Plaza i tablicę w Clydebank. Napisy.

Z pobocznych ciekawostek, ORP Piorun przepłynął najwięcej z polskich okrętów na IIWW, przetrwał sporo ciężkich akcji, i był "lucky ship", przez te 4 lata NIKT NA NIM NIE ZGINĄŁ.

Codiac
Tue, 29 Aug 2023 19:50:52
To już wychodzi trochę serial :)
Ja myślałem o czymś takim: Clydebank, współcześnie. W porcie stoi sobie staruszek i patrzy na wodę, podchodzi do niego jakiś młodziak i nawiązuje się rozmowa. Młody mówi, że jego dziadek tu w Clydebank przeżył Blitz. Staruszek na to, że pamięta ten dzień. Młody rzuca coś w rodzaju "Ale jak tutaj Piorun nawalał do Niemców to musiał być widok!"
Staruszek "Owszem. Byłem tam"
"Był pan tutaj? Widział Pioruna w akcji?"
"Nie, chłopcze. Byłem na Piorunie."

I cofamy się do czasów wojny. Trochę wprowadzenia, może np. polska załoga pracuje nad odbiorem okrętu, niektórzy może mają tutaj znajomych czy kochanki. Pławski - bo przecież być musi - trafia na jakąś dyskusję wśród oficerów w której pojawia się temat ewentualnego nalotu. Ktoś rzuca, że tu na pewno nie dolecą. Do Liverpoolu, Birmingham, jasne. Ale do Szkocji? Nie, tutaj nikt niemieckich samolotów nie zobaczy. A gdyby jednak? "Hmmm, mamy jakieś 20 dział plot. Jeśli przyleci tutaj zabłąkany bombowiec czy parę sztukasów to sobie poradzą. A jeśli to będzie porządny nalot dywanowy... to jesteśmy w ciemnej dupie".
Oczywiście mnóstwo klasycznego szkockiego akcentu (i irlandzkiego, bo czemu nie) oraz trochę polskiego tam gdzie trzeba.
Pokazujemy odbiór okrętu, jak szybko i sprawnie poszło, niedowierzanie na twarzy Pławskiego "Co? To już?" Chwilę później rzuca do swoich oficerów to porównanie z odbiorami francuskich okrętów przed wojną.
A potem następuje Blitz. Niebo dosłownie zasłonięte niemieckimi samolotami. Działa zaczynają nieśmiało strzelać, ale słabo im wychodzi. Bomby lecą, budynki się efektownie rozpadają, miasto płonie. Port za to ciemny, tu nic się nie rusza. I nagle w tej ciemności jeden okręt zaczyna napierdalać z czego tylko ma. Ludzie zasuwają z amunicją, przenoszą ją ręcznie. Ta wlatująca w niewielki otwór zapalająca i zamieszanie z próbą jej usunięcia to przecież świetna scena która sama się napisała. Część ludzi leci na nabrzeże pomagać przy gaszeniu pożarów i ratować cywilów. Na koniec okazuje się, że dziadek młodego człowieka i starszy pan spotkali się wtedy, jeden drugiemu uratował życie.

Jedyny problem jaki mam to taki, że żeby to się wpisało w standardy współczesnego kina to Piorun powinien coś zestrzelić. Uszkodzić parę samolotów, komuś przeszkodzić w skutecznym bombardowaniu (to się akurat da zrobić, ogień z pompomów sprawia że bombardierowi drga ręka i przesuwa samolot w ostatniej chwili, bomby zamiast na istotny cel - na który już się ładnie układały - lecą gdzieś obok).
A jeśli trochę ubarwiamy to faktycznie można sporo i nie tylko z Piorunem. Klepanie Niemców w Fiordach, podczas konwojów, napierdalanie się z Bismarckiem - przy czym dobrzy scenarzyści potrafiliby zrobić napięcie z samych rozmów na pokładach i przekazywanych meldunków. Np. admiralicja odbiera meldunek w którym stoi że Piorun trzyma się blisko Bismarcka i wymienia z nim ogień "Dear god! These Poles are mad! They won't last five minutes!" Przebitka na Pioruna który napierdala z czego ma, nawet jeśli ten ogień niewiele robi, Birmarck już się przymierza do potężnej salwy która powinna zmieść niszczyciel gdy w ostatniej chwili ten zmienia kurs i pociski chybiają. Do tego potrzeba dobrych ludzi, ale akurat jest nieco klasycznych filmów o okrętach w których nie ma za wiele wybuchów czy zniszczeń a które jednak są lepsze od współczesnych produkcji napakowanych eksplozjami. Zwłaszcza, jeśli robiliby to Europejczycy to jest szansa, bo po tej stronie kałuży ceni się kino bardziej artystyczne. I nawet nie trzeba puszczać Pioruna do końca akcji. Paliwo się kończy, muszą się oderwać, ale Tribale już nadpływają i ślą sygnały "Dobra robota, teraz my to przejmiemy". Piorun odpływa a będąca pod wrażeniem szalonych Polaków admiralicja gratuluje postawy i śle im przekaz, że wykonali swoje zadanie z honorem (jakby jeszcze ogarnąć prawdziwe relacje i meldunki które by się z tym dobrze komponowały to tylko plus!). Potem można pokazać przebitki Pioruna uzupełniającego paliwo, załogi która sobie pluje w brodę że ich nie ma tam gdzie akcja i Anglików którzy walą w Bismarcka.

Boni avatar Boni
Wed, 30 Aug 2023 11:22:37
@Codiac

To już wychodzi trochę serial :)

Sam jesteś serial ;P spoko to co napisałem da się upchnąć w 2.5h, najwyżej w montażu jak teledysk ;) i bez zawracania głowy podkładem historycznym, meldunkami, itp.

@scenariusze

Bardzo ładne pomysły (szczególniej ciekawe tam, gdzie skręcasz w bok od prawdziwej historii, czasem bardziej epicko niż było IRL, czasem mniej ;) ). No ale se możemy wypisywać takie rzeczy do woli, IMHO nikt nic podobnego nie nakręci. Chociaż nawet w wersji animowanej, ba, w wersji porządnego komiksu, byłoby dużo piękna y dobra.

Może trzeba napisać scenariusz po japońsku i wysłać do Miyazakiego, do Studio Ghibli ;D

BTW pogrywałem se w kontekście notki ostatnio w UA:Dreadnoughts, no i nawet ładnie się to symuluje, np. jak ustawić nocną, złą pogodę, to rzeczywiście Piorun wpada na Bismarcka z nagła, traci kontakt co chwila itd. ale spoko mogą się strzelać, i nawet Piorun może z tego wyjść cało, jak IRL (przy dobrej pogodzie, w dzień itp. no jednak nie). Ale próba porządnego ataku torpedowego zawsze kończyła się rozstrzelaniem Pioruna, z jakimś 50/50 szansą na wsadzenie jednej torpedy Bismarckowi. Natomiast, co ciekawe, atak torpedowy 4 niszczycieli zawsze kończył mi się zatopieniem Bismarcka, ze stratami rzędu 50% niszczycieli.



Codiac
Wed, 30 Aug 2023 13:26:33
"Może trzeba napisać scenariusz po japońsku" Jak po japońsku to chyba Piorun się uniesie w powietrze i zacznie ścigać te bombowce latając! :P Po czym Niemcy przyślą swoje superdrednoty a Piorun przetransformuje się w Daimosa i użyje Ognistej Pięści Smoka!

Oraz jeśli ja gdzieś skręcam w bok od prawdziwej historii to głównie dlatego, że ją słabo znam. Gdybym brał się za robienie takiego filmu to ogarnąłbym porządny research. Albo zgadał się z kimś kto już go zrobił i wie jak to wyglądało i potrafi w razie czego wyszperać odpowiednie dokumenty żeby sprawdzić szczegóły... pan wiesz o kim mówię, co nie? ;)

Jedno co czytałem o Piorunie vs Bismarcku to że Piorun miał tam jedną szansę na odpalenie torpedy. Przy pierwszym kontakcie, kiedy ten mu się nagle pojawił, ale nie chcieli odpalać na ślepo - bo w pobliżu były przecież inne jednostki sojusznicze i była spora szansa, że to jakiś okręt angielski. A głupio tak walnąć koledze torpedą i potem przepraszać. Nie wiem zresztą czy byli wtedy na tyle blisko, żeby to miało sens. Podobno zresztą dokładnie to - tylko w drugą stronę - przydarzyło się Piorunowi nieco wcześniej. Pokazali się w tej paskudnej pogodzie innemu okrętowi angielskiemu, ten odpalił torpedy i dopiero potem ich zidentyfikował. Udało się ich uniknąć, no ale świadomość że tu jest spora szansa na friendly fire została.
A reszta tej potyczki to przecież Piorun po prostu starający się utrzymać kontakt z wrogiem. Co nie było głupie o tyle, że żeby przeprowadzić atak trzeba było wiedzieć gdzie Bismarck jest, a przy tej pogodzie łatwo mógł się zgubić. Atak torpedowy pojedynczego niszczyciela byłby samobójstwem, zostałby rozstrzelany zanim by się zbliżył na odpowiedni dystans. Trzymanie się na tyle daleko, żeby nie oberwać ale i żeby go nie zgubić i czekanie na posiłki to była sensowna taktyka. Zwłaszcza, że gdyby taki zespół się pojawił szybko to Piorun mógłby wziąć udział w ataku i może nawet zaliczyłby killa (albo sam zszedł, oczywiście). A że się wszystko przedłużyło to musieli odpuścić. Realia wojny.

Maciek
Thu, 31 Aug 2023 21:57:46
> Ech, marzy mi się taki porządny film wojenny o polskich żołnierzach.

Ale nie Kawaleria Powietrzna? Jeden z bardziej zasłużonych dla edukacji wyższej seriali.

Boni avatar Boni
Fri, 1 Sep 2023 10:19:26
@Codiac

@realia wojny

Nieno, wszystko spoko, jak nie czepiam się luk czy zmian, świadomych lub nie;) w scenariuszach jw. wiadomo, że risercz różny potrzebny, że snujemy se wizje.

Tylko np. co mnie uderzyło, że w twoich scenariuszach i wizji tych akcji jest o jakieś 300% za mało zrozumienia, że na wojnie, także morskiej, marynarze, Pławski, ORP Piorun, to mają wykonywać rozkazy, a nie se decydują niczym Jack Sparrow, gdzie se pływają, co robią, czy strzelać torpedy czy nie, itd. itp. Znaczy, Pławski itp. doświadczeniu oficerowie potrafili czasem robić "po swojemu" i jakoś się z tego wyłgać, no ale właśnie: musieli się wyłgać (jak przy dochodzeniu, czemu Piorun nie użył torped pomimo rozkazu, jak wspominał Pławski o przykrej komisji "[do kmdr. Kodrębskiego] Powiedz mi Włodku, o co tu chodzi? - Najszczerzej mówię ci, że nie wiem, ale mogę ci powiedzieć jedno, że całe twoje szczęście, żeś nie utopił Bismarcka, bo Kierownictwo Marynarki przypisałoby ci go do zwrotu."), albo musieli wykonać rozkazy i tylko narzekali. Jak na rozkaz odejścia Pioruna: Vian niby wiedział, że Piorun nie ma ropy, Pławski z Wielogórskim przeciągnęli akcję naprawdę "na oparach" w sensie paliwa, tylko, że Vian kazał im płynąć do Plymouth, dokładnie pod parasol Luftwaffe, latającej w te i nazad, na pomoc Bismarckowi. To było kolosalne ryzyko, zupełnie zbędne, mogli po paliwo skoczyć "w bok" do Walii, a nie wprost niemieckich samolotów. Ale Pławski po tamtej nocy, i "oszukując" co do paliwa i przeciągając patrol, nie pyskował "Philip, na ch... mamy płynąć pod bombowce i to bez możliwości "dodania gazu", bo jak dodamy gazu, to będziemy hol potrzebować?", tylko we wspomnieniach "Miałem wielki żal do kpt. Vian'a, że nie pomyślał o tych rzeczach".

@Maciek

Paradokumenty o aktualnych trepach aktualnego czasu pokoju, to chyba jednak inna kategoria niż o trepach czasu wojny, już nie mówiąc o: bohaterskich marynarzach heroicznego czasu zaprzeszłej wojny.

Codiac
Fri, 1 Sep 2023 18:41:36
"Tylko np. co mnie uderzyło, że w twoich scenariuszach i wizji tych akcji jest o jakieś 300% za mało zrozumienia, że na wojnie, także morskiej, marynarze, Pławski, ORP Piorun, to mają wykonywać rozkazy, a nie se decydują niczym Jack Sparrow, gdzie se pływają, co robią, czy strzelać torpedy czy nie, itd. itp."

Eee, że co? Gdzie ja pisałem jakieś takie rzeczy? Jest dla mnie jasnym, że istnieje pewna struktura dowodzenia i że rozkazy się wykonuje. Ale rozkazy na różnych poziomach różnią się pewnym poziomem szczegółowości a oficerom - zwłaszcza dowódcom okrętów, zwłaszcza w marynarce Jej Królewskiej Mości - zostawia się jednak pewną swobodę, ponieważ to oni są na miejscu i oni się najlepiej orientują jaka jest sytuacja, co nie?
To jednak nie jest marynarka rosyjska czy japońska gdzie trzeba robić dokładnie tak, jak rozkazał szefu - a szefu mógł rzucić rozkazem mając na myśli coś innego, albo dwa miesiące wcześniej w sztabie, albo może i godzinę wcześniej na okręcie dowodzącym, ale już nie żyje bo jakiś zabłąkany pocisk rozwalił cały mostek.
Innymi słowy wydaje się rozkazy do pewnego poziomu szczegółowości oraz założenia operacyjne, zwłaszcza jeśli trzeba to zrobić przed akcją, ale już w ramach samej akcji na bieżąco od tego jest kapitan żeby wydawać rozkazy załodze. Zgodnie z jego wiedzą o rozwoju sytuacji i wytycznymi jakie otrzymał.
Oraz co innego jeśli da się utrzymać łączność z dowodzącymi i otrzymać nowe rozkazy, ale nie zawsze się da. Mówimy o drugiej wojnie światowej, tam z łącznością jeszcze bywało różnie (chociaż mam wrażenie, że akurat marynarka miała stosunkowo dobrze w porównaniu z lotnictwem czy wojskami lądowymi), podobnie jak z mapami, namiarami, etc.
Ja nie mam takiej wiedzy jak ty co do szczegółów tych akcji, więc jak tutaj czasami puszczam wodze fantazji to oczywiście fantazjuję mocno, ale to wszystko byłoby do zweryfikowania. I jeśli fakty były inne, np. że padły takie a takie rozkazy, to tak bym to uwzględniał w filmie. A póki nie wiem co i jak było to tworzę jakiś szkic, który może się nie utrzymać. Oraz na pewno nie wiemy wszystkiego - to znaczy możemy mieć meldunki czy zapisy rozmów, ale już co do tego jakie panowały stosunki między różnymi osobami możemy się raczej domyślać. Albo to o czym piszesz, że oficjalnie nie poinformowano o zniszczeniach w Clydesbank żeby Niemcy nie wiedzieli jak mocno uderzyli, ale nieoficjalnie bo to elity nie lubiły proletariatu zamieszkującego miasto. Tylko kto konkretnie odpowiadał za takie decyzje? Jakie słowa między nimi padały, kto optował za czym? Możemy sobie tu coś wymyślać i przypisywać, ale to już będzie sztukowanie a nie dokładność historyczna.
Mówisz, że Piorun miał rozkaz użyć torpedy. Ale przecież nawet jeśli miał taki rozkaz to w jakichś warunkach, np. po osiągnięciu pewnej minimalnej odległości. A w tych warunkach pogodowych i tak ograniczonej widoczności to wcale nie było banalne zadanie podjąć decyzję o odpaleniu gdy były na nią sekundy.
Bierz też pod uwagę, że to co ja wiem o polowaniu na Bismarcka może pochodzić z innych, być może już przestarzałych czy źle informujących źródeł. Np. tak, pamiętam że czytałem że Piorun miał jedną szansę odpalić torpedy ale tego nie zrobił. I powodem dla którego nie zrobił miało być to, że nie było identyfikacji celu, istniała szansa że to okręt sojuszniczy a jakiś angielski okręt nieco wcześniej zrobił Piorunowi dokładnie taką akcję, czyli odpalił w nich torpedy. No i zanim potwierdzili, że to Bismarck to okazja im się wymknęła. Jest bardzo możliwe, że to nie tak wyglądało i powód był inny - chętnie to uwzględnię jak już będę znał szczegóły! - ale na moją wiedzę tu i teraz, to tak się pisze scenariusz...

Ja sobie doskonale - no dobra, może nie aż tak, powiedzmy nie najgorzej - zdaję sprawę, że Piorun wykonywał rozkazy jakie mu przydzielono. Ale cały wic polega na tym, że nikt nie wie gdzie Bismarck się znajduje. Widoczność jest kijowa, okręty dostały jakieś swoje rejony i szukają go. No i Piorun znalazł. Nie ma szans zatopić go samodzielnie, bezpośredni atak w ogóle nie wchodzi w grę, ale może się utrzymywać na tyle daleko, żeby ostrzał był najwyżej ryzykowny (a nie proszeniem się o konkretny i szybki wpierdol) i na tyle blisko, żeby go nie zgubić.
Masz rację, że ja się nie orientuję w szczegółach ani co do tego jak wyglądała flota angielska (i wszystkie sojusznicze jej podlegające) ani sama ta konkretna akcja. Przyjmuję pewne założenia, które można zweryfikować na podstawie dostępnych materiałów. No ale nie powiesz mi, że jak się robi taką akcję na X okrętów to kapitan każdego z nich siedzi non-stop na słuchawce i z każdą pierdołą leci do admiralicji. Oni mogą mu wydać rozkazy typu "przeprowadzić atak torpedowy" czy "utrzymać dystans" albo "oderwać się od wroga" ale nie będą decydować "Odpalić torpedy w tej chwili" czy "przesunąć działa o dwa stopnie w lewo".

To co dla mnie jest kluczowe, to że polska marynarka wojenna nie miała jakichś super spektakularnych sukcesów - bo przecież nawet w tym polowaniu na Bismarcka Piorun nie doczekał końca akcji i musiał odpłynąć a jego heroizm polega na tym, że utrzymywał się w kontakcie z dużo potężniejszym okrętem. Tak samo w Clydesbank nie strącił żadnego samolotu. To było może istotne dla morale, ale przy ekranizacji stanowi problem.
Na szczęście filmy marynistyczne - i to takie z górnej półki - udowodniły już, że nie trzeba mieć wielu eksplozji i zniszczeń żeby stworzyć dobry film. Tylko wtedy trzeba mieć Osobowości przez duże O, jakieś konflikty między osobami i odpowiednio budowane napięcie. Więc kiedy ja myśl

Codiac
Fri, 1 Sep 2023 18:43:02
Znowu mi ucięło, ja się nie nauczę! ;-)
Dobra, dokończę to ostatnie zdanie.
Więc kiedy ja myślę o "Piorun: Polowanie na Bismarcka" to mam przed oczami "Polowanie na Czerwony Październik".

Boni avatar Boni
Sat, 2 Sep 2023 20:08:15
@Codiac

Ja przepraszam, jeśli moje uwagi zabrzmiały jak przyp... się ale nie miałem takiej intencji (już nie mówiąc, że je w pośpiechu wypisałem). Nie musisz się tłumaczyć ze swojej wizji w temacie "Pioruna", czy z jakichś jej niedociągnięć i niezrozumień, to jest bardzo dobra wizja! To, że ja, wannabe Wołoszański, widzę w niej jakieś luki, czy niezrozumienia taktyki czy norm Marynarki/Navy, to przecież nic nie znaczy. Byle jaki realny historyk, czy większy fan niż ja, może mi też wytknąć, że nie mam pojęcia, co Hess tam mówił, albo że trzecie źródła mówią coś innego, niż ja mam w dwu (no dobra, na razie to ja tu jestem policja ;) i znajduję nieścisłości w książkach i wspomnieniach, ale), i też będzie wydziwiał, że zmyślam za bardzo i się nie znam.

Jeśli wymyślamy film itp. to przecież możemy lecieć inspirując się 20% historii, a nie w 90%. Ja akurat wolałbym intersubiektywną oczojebną historię walk, ludzi i okrętów, niż "napinek międzyludzkich" - akurat efekty tych walk IMHO w takim filmie nie mają najmniejszego znaczenia, odpowiednie pokazanie ludzi i okrętów w sztormie, w walce, pod nalotem, zupełnie wystarczy, żeby przy odpowiedniej wizji, muzie i nagłośnieniu ;) widzom urwało dekle. Mizerne efekty IRL tych wszystkich strzelań, bom głębinowych, dział i torped można spoko przemilczeć.

Skądinąd, kto ma dwa kciuki, i żeby się w trudnych czasach odmóżdżyć, napisał już ze 30k znaków scenariusza "Kilku wściekłych okrętów" / "The Few Angry Ships"? (tak mniej więcej do końca akcji z Bismarckiem, czyli circa połowę)

Codiac
Sat, 2 Sep 2023 22:14:22
Spoko. Nie postrzegałem tego jako przyp... się, tylko wyszło mi, że się nie rozumiemy. Z mojej strony to jest "tu rzucam jakimś pomysłem a jeśli on nie będzie pasował bo nie zgadza się ze źródłami/nie jest wystarczająco cool/nie pasuje do reszty/masaj to się go zmieni. To co rzucam to punkt wyjścia, żeby mieć coś do zahaczenia." więc praktycznie wszystko jest w szczegółach do dopracowania. A co najwyżej chcę pokazać jakieś ogólne koncepcje.

Możemy oczywiście lecieć z historią inspirowaną, a nie na faktach i to nie będzie złe. Chociaż ja mam osobiście uczulenie na to, co Hollywood - zwłaszcza w ostatnich latach - robi z różnymi dziedzinami [1] i wolałbym się jednak trzymać bardziej realistycznego podejścia. To też da się zrobić widowiskowo, przecież bomba zapalająca wlatująca do niewielkiego otworu w bombie głębinowej to już jest mocny thriller. I naprawdę nie musi dojść do eksplozji od której marynarze będą latali na wysokość komina, żeby zrobić z tego świetną, trzymającą w napięciu scenę.
"Mizerne efekty IRL tych wszystkich strzelań, bom głębinowych, dział i torped można spoko przemilczeć." No właśnie niezbyt, jeśli się to robi w typowo hollywoodzkim formacie. Tam wszystko jest bardzo płytkie i pokazane jak krowie na rowie. Jak pocisk trafia to musi być eksplozja. Jak jest eksplozja to wszędzie latają odłamki a ludzi wyrzuca w powietrze na kilka metrów. Taka walka Pioruna z Bismarckiem utrzymana w tej konwencji musiałaby mieć wielokrotne trafienia z ogniem, zabitymi, wyrzuconymi za burtę i w ogóle oba statki powinny wyglądać jak wraki. No i Piorun powinien wygrać taką bitwę (a jeśli nie wygrywa to zostaje moralnym zwycięzcą), oczywiście jakimś rzutem na taśmę i niekonwencjonalnym zagraniem.
Nie wiem czy widziałeś film Battleship, czyli coś opartego o grę w Statki (tak, naprawdę!), ale tam jest to wszystko o czym mówię, od potężnych uszkodzeń, przez eksplozje, zniszczenia całych statków aż po wygraną dzięki... skręceniu na ręcznym (to znaczy na zrzuconej kotwicy, ale okręt zalicza efektowny drift, podobny do tego co się dzieje z samochodem). Tak wygląda współczesne zachodnie kino militarno-akcyjne. Muszą być trupy, musi być epicko, musi być dużo ognia i huku.
Do tego IMO akcje Pioruna (te, ale to nie znaczy, że nie ma innych) się nie nadają. W obu opisywanych nie ma de facto spektakularnych sukcesów, jest dużo heroizmu i ludzkiego wysiłku, ale bez efektów które można pokazać na ekranie spragnionym sensacji widzom. Jeśli chcemy coś takiego to musimy przynajmniej zmienić okręt, albo jeszcze lepiej rodzaj sił. Wtedy mamy np. polskie czołgi desperacko prące by domknąć kocioł pod Falaise i połączyć się z Amerykanami. Można sobie pozwolić na śmierci, zniszczenia, spalone czołgi i badassowe onelinery.
Ale jeśli zostajemy przy okrętach, szczególnie przy Piorunie i Bismarcku, to musimy albo mocno podkoloryzować i wyjdzie nam z tego jakaś turbolechicka opowieść o dzielnych Polakach którzy po raz kolejny ratują cały świat, albo odwołać się do dobrego kina wojennego sprzed paru dekad. Ja uważam, że historia Polski już i tak już jest nadmiernie mitologizowana i nie potrzebujemy jej dodatkowo zakłamywać. Wręcz przeciwnie, wolałbym pokazać ją taką jaka była, z sukcesami które mierzyć należy inną miarą (przeżyliśmy x godzin w kontakcie z dużo silniejszym wrogiem a nie rozwaliliśmy im pakerny okręt) i przede wszystkim przedstawić prawdziwy heroizm prawdziwych ludzi, którzy odstawiali rzeczy dla nas trudne do wyobrażenia (a dla przeciętnego potomka husarzy wyklętych w ogóle pozostające poza zasięgiem).
No bo wiadomo, że możemy pisać historie alternatywne w których Piorun niszczy Bismarcka, Westerplatte zatapia S-H, a Niemcy w ogóle odbijają się od Polski w '39 (i ZSRR zaraz po nich, od drugiej strony), tylko czy to ma jakiś sens poza leczeniem kompleksów?
Najlepsze by były oczywiście takie momenty, kiedy polskie okręty/czołgi/piechota spuszczały srogi wpierdol przeciwnikom i pozostawiały wraki, trupy i zgliszcza. Tylko ile my takich mamy? No można np. pokazać Dragona jak daje wsparcie wojskom lądowym lądującym w Normandii i rozpierdala kolumnę czołgów. Tylko to byłby raczej epizod niż kluczowy moment filmu, co nie?
Ale! Daj mi moment z historii w którym polski okręt niszczy nieprzyjacielski albo chociaż zalicza jakieś solidne trafienia, a współczesne kino już sobie poradzi z przedstawieniem tego w sposób odpowiednio ekscytujący.

[1] Tak przy okazji, jest w sieci materiał w którym Jackie Chan przedstawia różnice w podejściu do sztuk walki w filmach między Hong Kongiem (z którym on się identyfikuje) a USA. Bardzo ładnie pokazuje, jak wiele rzeczy zachód trywializuje i robi w sposób wręcz prostacki, byle było widowiskowo pod widza zupełnie nie znającego się na rzeczy, a więc takiego któremu łatwo zaimponować odpowiednio przedstawionymi wizualiami. To samo dotyczy wielu innych aspektów i jak się człowiek nieco orientuje w temacie to przecież zaraz wyłapuje, jak bardzo to jest ogłupiające.


Boni avatar Boni
Sun, 3 Sep 2023 12:17:20
@Codiac

Moja wizja jest taka, że nieprawdopodobne jest, żeby film jw. powstawał na budżetach i targetach holywooda, więc w ogóle nie warto się przejmować "podejściem holywooda".

W sensie oczojebności i efektowności, jak sam zauważasz, nie jest konieczna typowa rozpierducha holywódzka na licencji Baya, wystarczy paląca się bomba głębinowa, czy "granie w futbol bombkami zapalającymi" (dosłownie ze wspomnień marynarzy), czy byle wystrzały dział 120mm, o 381mm nie mówiąc, żeby normalni widzowie mieli frajdę z filmu. To jest moje zdanie, że można POKAZAĆ akcje niszczyciela tak, żeby widzom szczęki opadły, jak przy durnych holyłódzkch pancernikach, a pancerniki (Warspite w tle ORP Grom, Bismarcka i Nelsona w tle ORP Piorun) jak walczące Stardestroyery. Kwestia woli i umiejętności, no może troszkę budżetu na CGI ;) Przypominam, dla POKAZANIA akcji, mało ważne, jakie są FABULARNE efekty tych akcji, tym bardziej jakie były historyczne.

Znaczy, "poważne efekty" byłyby miłym bonusem, ale IMHO nie są warunkiem ani wystarczającym, ani koniecznym ;)

Np. taka zabawna wskazówka: "Sherlock Holmes - Gra cieni" 2011, ucieczka bohaterów z Heilbronn. Obrusza się na nich absurdalny pościg, i lawina ognia i stali, i pokazano to tak, że wgniata widza w fotel. Efekty? Paru zabitych statystów-Romani, paru zabitych statystów-strażników, w sensie fabularnym: przyzerowe.

W sumie, to może lepiej wysłać scenariusz "ORP Piorun" do Guy'a Ritchie, zamiast do Miyazakiego, po angielsku łatwiej napisać, a Ritchie bardzo umie w pokazywanie akcji ;D

Codiac
Sun, 3 Sep 2023 13:20:35
A nie, dobra, z tym to ja się mogę zgodzić i absolutnie nie zamierzałem wyrzucać takich rzeczy. Wiadomo, że samo pierdolnięcie z dział okrętowych, świst pocisków (zwłaszcza przelatujących tuż nad głowami) i odpowiednio pokazany ogrom tej machiny w porównaniu z małymi żuczkami to też jest coś co może zachwycać i przykuwać uwagę.
I tak, jest paru reżyserów którzy by to potrafili zrobić.

janek.r
Sun, 3 Sep 2023 20:17:40
W filmie "Orzeł" załoga łodzi podwodnej strzelała z jednego z najlepszych wówczas działek przeciwlotniczych Boforsa do niemieckiego samolotu, który z kolei przelatywał tuż nad nimi.
Zero efektów bo obu stronach.

Boni avatar Boni
Mon, 4 Sep 2023 09:23:37
@janek.r,

@ 1 bofors kontra 1 samolot

No to akurat niezbyt dziwne, statystycznie, to wtedy zestrzeliwano samoloty tylko tam, gdzie było w tym samym momencie dużo samolotów i dużo dział/działek, wystrzeliwujących kolosalne ilości pocisków - albo jakimś zupełnym fuksem.

Dopiero pod koniec IIWW nieco się zmieniło, przy sensownych działach, coraz lepszych systemach kierowania ogniem plot, i przede wszystkim, zapalnikach zbliżeniowych, że do zestrzelenia przeciętnego samolotu zaczęło statystycznie wystarczać 100 czy 200 pocisków, a nie 10000 do 20000 (z głowy liczby, ale tego rzędu IIRC). Inna sprawa, że zaraz przyleciały "nieprzeciętne" samoloty, tj. odrzutowe.

Boni avatar Boni
Mon, 4 Sep 2023 10:12:11
@obrona plot okrętów 1941

A propos p-lot, we wspomnieniach Pławskiego jest fajna anegdota nt. (której nie pamiętam z innych źródełków) - kiedy pierwszy raz Piorun znalazł Bismarcka, gdzieś około 9-10 wieczorem, pogoda była przez chwilę lepsza, i bodaj Bismarck już otworzył do nich ogień, a na Piorunie sygnalizowali do reszty flotylli, była pyskusja, czy mają strzelać do pancernika itd. itd. Nagle skądś się pojawił JEDEN zagubiony Swordfish (tj. legendarny "powiązany sznurkami tobołek", czyli prehistoryczny samolot pokładowy, wtedy nadal podstawowy w lotnictwie morskim RN) i podjął atak torpedowy na pancernik. Polacy podziwiali atak rzęcha, Bismarck opóźnił otwarcie ognia p-lot, może dlatego że już był zajęty Piorunem; po czym pod ulewą pocisków Swordfish podniósł się nieco i przedefilował łukiem obok i przez dziób pancernika, jakieś 1.5 czy 2km od plującego ogniem kolosa; po ilości i kolorze smugowych sądząc pruło ze 4 baterie małokalibrowych, plus pewnie coś z ciężkich. Ktoś na mostku obok Pławskiego się modlił "Boże, nie daj szkopom skrzywdzić tych boysów!" i modlitwy zostały wysłuchane, cały ogień szedł przed Swordfisha, który w końcu sobie poleciał. Pławski miał teorię, że Herr Krupp i Niemcy nie przewidywali na tę wojnę i w celowaniu p-lot AŻ TAK wolnych samolotów...

janek.r
Mon, 4 Sep 2023 20:03:57
"bofors kontra 1 samolot

No to akurat niezbyt dziwne, statystycznie, to wtedy zestrzeliwano samoloty tylko tam, gdzie było w tym samym momencie dużo samolotów"

Miałem na myśli, że mimo braku efektów scena w filmie była całkiem wciągająca.

Boni avatar Boni
Tue, 5 Sep 2023 10:24:25
@janek.r

A, OK! nie zrozumiałem, a filmu już prawie nie pamiętam.

Bogdanow
Sun, 10 Sep 2023 18:45:50
"Daj mi moment z historii w którym polski okręt niszczy nieprzyjacielski albo chociaż zalicza jakieś solidne trafienia, a współczesne kino już sobie poradzi z przedstawieniem tego w sposób odpowiednio ekscytujący."

Solidne trafienie spełnia już pojedynek koło Helu z 2 września.

Zatopienie przez ORP Garland U-407 wyglądało dość spektakularnie. Jest nawet podliczone precyzyjnie: wystrzelono 18 pocisków z działa 120 mm, 6 trafień.

Generalnie, nie ma problemów z tematami, trzeba tylko się przestać kręcić wokół kilku stałych tematów.

@strzelanie przez Orła do samolotu.

To oczywiście zmyślenie, ale cieszę się że powstała ta scena - nakręcona oczywiście na ORP Sęp, strasznie szkoda że go nie zachowano. Teraz to jest bezcenny materiał filmowy pokazujący używanie unikalnych działek Boforsa (to nie były dokładnie te same działka co powszechnie znane - skrócone lufy, parę innych zmian - pod kątem używania na OP, ale generalnie podobna konstrukcja). Holendrzy naprawdę mocno myśleli na konstrukcją OP w erze lotnictwa, chrapy przecież też wymyślili.

Boni avatar Boni
Mon, 11 Sep 2023 10:02:38
@Bogdanow

@boforsy

Mam wrażenie, że boforsy na polskich OP miały takiej samej długości lufy, jak typowe, tylko chłodzone powietrzem a nie wodą jak na niszczycielach, i oczywiście inne łoża/stabilizacje. BTW przy takim automacie skracanie/wydłużanie lufy to chyba jest nietrywialne.

@chrapy

Holendrzy to się tymi chrapami chwalą, jak Polacy wynalezieniem ropy naftowej, albo Portugalczycy sterowcem. Tj. owszem, ktoś tam ma kwity nt. jakiejś historii naukowo-technicznej, ale w temacie idei, która "wisiała w powietrzu" od lat, przy chrapach to chyba od stuleci. W międzywojniu wszyscy jakieś chrapy se rysowali, patent brytyjski był z 1916 (BTW Scotts, Greenock, Szkocja ;D ), a Amerykanie, Włosi czy Japończycy na serio dłubali w chrapach. BTW głośne w Japonii zatonięcie okrętu nr 6 w 1910r. na ćwiczeniach, zaczyna się od "spadł nam łańcuszek od zaworu chrap, kiedy próbowaliśmy płynąć na dieslach w półzanurzeniu", a kończy "na dnie z honorem lec, z honorem lec!".

IMHO akurat, że Kriegsmarine wynalazła chrapy dopiero u zdobycznych Holendrów, niczym Iwan Iwanowicz Rowierow, który wynalazł rower (u Niemca na strychu w 1945), to jest jakiś przyczynek do zadumy nad pewną tępotą Kriegsmarine, a nie nad olenderskimi wynalazkami ;D

Codiac
Mon, 11 Sep 2023 13:39:23
"Generalnie, nie ma problemów z tematami, trzeba tylko się przestać kręcić wokół kilku stałych tematów."
Zgoda. I o to mi też chodziło, żeby zamiast przerabiać po raz nie wiadomo który te same tematy, gdzie dodatkowo trzeba sukcesów szukać na siłę (albo w ogóle dorabiać ideologię do porażek), to wziąć się za coś o czym entuzjaści wiedzą, a co spokojnie można pokazać na filmie z jakąś tam dumą.

Bogdanow
Mon, 11 Sep 2023 19:40:52
Nie ma wątpliwości, że Bofors produkował seryjnie działka o krótszej lufie, które trafiały na OP, z tym że miały też wersję bez składanych komponentów, dla użycia "normalnego"
http://www.navweaps.com/Weapons/WNSweden_4cm-43_m1932.php

Jest jeden koleś w Polsce który upiera się że na polskich OP były takie same działka jak na niszczycielach. Nawet jeśliby przyjąć że na polskich OP były działka o dłuższej lufie, to nadal musiałyby być dostosowane do składania itd.




Boni avatar Boni
Mon, 11 Sep 2023 22:21:57
@Bogdanow

Ok, wydawało mi się, że te krótsze wersje był znacznie bardziej egzotyczne.

No ale jednak coś ci się zajączkuje, a mnie się dobrze wydawało, że na Orle i Sępie były normalnej długości boforsy (oczywiście inne niż na niszczycielach, tj. chłodzone powietrzem, a nie wodą, składane itd.); graty z Sępa można se zmierzyć w muzeum w Gdyni, istnieją zdjęcia Orła, itd.


Bogdanow
Tue, 12 Sep 2023 08:01:23
OK

Bogdanow
Sat, 23 Sep 2023 13:02:59
Co do chrap jeszcze,

@Boni,
"Holendrzy to się tymi chrapami chwalą"

Nie wiem, w sumie nie znam żadnego Holendra który by się tym chwalił.

Ale tak poważnie, to nie chodzi o ideę chrap, w sumie dosyć oczywistą - żeby zrobić kawałek rurki do powietrza, skoro i tak mamy rurkę do patrzenia.

Raczej o to że Holendrzy rozumieli (i w praktyce wprowadzili) że skoro samolotów coraz
więcej i więcej i mają coraz większe możliwości, to trzeba coś z tym zrobić. Jednym z kierunków było wprowadzanie artylerii plot. z prawdziwego zdarzenia, drugim właśnie chrapy.
Konkurencja wtedy ograniczała się najczęściej do mniej lub bardziej symbolicznego karabinu maszynowego, czasem działka 20 mm.

Polska i Szwecja również mocno stawiały na artylerię plot. Kolejne okręty po "Orłach", miały już mieć łącznie 4 lufy 40 mm - co wtedy byłoby ponadprzeciętnie dobrym uzbrojeniem nawet niszczyciela.




 

Engine: Anvil 1.08   BS