... czyli skoro tytułowa parafraza z polskiego orderu "Virtuti Militari", to w końcu nadciąga
"marynata" o Polskiej Marynarce Wojennej (dalej - PMW). Cykl w zamierzeniu miał być o konkretnych ludziach, ale pierwsza "polska" notka wychodzi mi jakaś taka zbiorowa, więc powinno być "virtuti hominibus" bodajże. Ale mniejsza z łaciną, ad rem:
Niszczyciel
HMS Garland został zbudowany dla Royal Navy (RN) w Govan w Glasgow (byliśmy tam! ale w muzeum stoczni Fairfield niestety nie...) w połowie lat '30, w dużej serii podobnych
niszczycieli typu G i H; w sumie 24 jednostki, część przejęte z zamówień dla Brazylii. Były to średnie niszczyciele uniwersalne, ok. 2000 ton, ok. 100m długości, z klasycznym uzbrojeniem lufowym i torpedowym. W czasie drugiej wojny stały się końmi roboczymi Royal Navy; ciągle modernizowano je i przebudowywano (głównie zdejmując działa i torpedy, nieadekwatne na nowej wojnie, a dodając artylerię przeciwlotniczą, ew. bomby głębinowe - bo ich głównymi wrogami stały się samoloty i ubooty). Poniosły znaczne straty - 17 z 24 nie przetrwało wojny. Zdaje się były to solidne i całkiem spoko okręty, bez jakichś cudów-wianków, ale też bez większych problemów, właśnie jak uniwersalne konie robocze.
Na początku 1940 RN zaproponowała PMW objęcie
Garlanda, który po wypadku z bombami głębinowymi (od czego rufa mu się wygła...) utkwił w remoncie i przebudowie na Malcie, kiedy reszta jego flotylli odeszła na Wyspy Brytyjskie. PMW zgodziła się, wydzielono grupy "starych" marynarzy z różnych polskich okrętów (głównie z
Błyskawicy, ale też z
Groma i innych), dołożono świeżych, zaczęto przejmować okręt. Co ciekawe, unikalnie pozostawiono nie-polską nazwę (typowo zmieniano je w angielskich "pożyczakach" na rdzennie polskie, jak
Piorun czy inny
Kujawiak...) - jak piszą w źródłach, "ze względów kurtuazyjnych", ale może warto wspomnieć gdzie było, zdaje się, praźródło kurtuazji - "Garland", "wieniec", to bodaj najstarsza udokumentowana nazwa angielskiego okrętu, jeszcze z XIIIw, kiedy o RN czy potędze morskiej Anglii nikomu się nie śniło.
ORP Garland został obsadzony przez PMW, polską banderę podniesiono na Malcie 3 maja 1940. Dla ustalenia uwagi, następnego dnia Niemcy zatopili polskiego
Groma pod Narvikiem...
Początki służby okręt miał raczej marne - przeszedł do Alexandrii, świeża załoga dopiero się zgrywała i szkoliła, strzelania próbne wyszły do kitu. Dowództwo PMW, skądinąd nieco zupackie i mające duże kompleksy przed Anglikami, natychmiast chciało wymieniać dowódców, degradować i ogólnie pokazywać kto tu rządzi, na co zaskakująco sprzeciwił się legendarny admirał Cunningham (
miałem o nim notki!), który między wierszami kazał spi... polskim szczeblom i zakazał jakichkolwiek zmian personalnych na
Garlandzie w Alexandrii, tylko dalsze szkolenie itd. Co okazało się mieć dobry sens, bo porucznikowi Bartosikowi w końcu udało się naprawić przelicznik artyleryjski, spieprzony przez maltańskich "specjalistów" (podobno rozebrał analogowy elektromechaniczny komputer w drobny mak i znalazł luźne kabelki itp.).
Strzelania poprawiły się, załoga się podciągała, nawet jakieś patrole i sytuacje bojowe zachodziły (ale w różne bajki ze starszych polskich książek marynistycznych o bitwach
Garlanda w tym okresie nie należy wierzyć...), tyle, że z okrętem na Morzu Śródziemnym był m.in. również ten problem, że Polska nie była w stanie wojny z Włochami. Stąd wkrótce odesłano ich do Wlk. Brytanii, gdzie zaczęła się służba eskortowa i konwojowa, typowa dla średnich niszczycieli tego czasu; "wkoło komina", ale też od Szpicbergenu po konwoje transatlantyckie.
Przez następne dwa lata chyba jedyną ciekawszą akcją był powrót na M.Śródziemne -
Garland i
Piorun były w eskorcie operacji Halberd we wrześniu 1941. Był to jeden z najważniejszych konwojów zaopatrzeniowych na Maltę i ciężka bitwa - w eskorcie 9, tak TYLKO DZIEWIĘCIU szybkich transportowców poszły: lotniskowiec, 3 mocne pancerniki, 5 krążowników, 18 niszczycieli i 8 podwodniaków (
ORP Sokół też). Włosi atakowali na maxa hej, no może do ataku nawodnego na tak silną eskortę nie starczyło włoskim dowódcom pigułek na odwagę, ale samoloty zbierały żniwo. Polacy dobrze się pokazali, np. bezpośrednio osłaniali storpedowany pancernik
HMS Nelson. A konwój był bardzo kosztownym taktycznie, ale umiarkowanym sukcesem strategicznym; BTW za dowodzenie znajomy admirał Somerville (
bo o nim też miałem wzmianki!) dostał drugi stopień szlachectwa, na co oczywiście dostał też gratulacje od znajomego admirała Cunninghama:
"Zdziwnie, w takim [młodym] wieku, a już dwa razy uszlachcony" (Somerville miał 59 lat...).
Można przyjąć, że w 1942
ORP Garland był już rutynowo wdrożonym okrętem, z podstawową załogą wykutą jak stal. Na początku roku spadło na PMW i na
Garlanda ryzykowne zadanie, tj. konwoje zaopatrzeniowe do ZSRR, wkoło Norwegii do Murmańska i Archangielska. Polakom oczywiście było gorzko podwójnie - dostarczać pomoc znienawidzonym sowietom, kiedy pamięć września 1939, ale też rozbiorów, 1920, a nawet łagrów, była w załogach i dowódcach bardzo żywa. Ale sytuacja polityczna i strategiczna była jaka była, w 1942 nie było miejsca na protesty czy kontestacje; PMW i marynarze zacisnęli zęby i zaczęto przebudowywać
Garlanda do działań arktycznych.
17 maja 1942
Garland wyszedł z Greenock (byliśmy tam!) razem z transportowcem i drugim niszczycielem, formować konwój PQ16 do Murmańska. Punkt zbiórki był koło Islandii, po ustawieniu konwoju (35 statków) i eskorty (bliska - 5 niszczycieli i 10 mniejszych okręcików, w dalszej 4 krążowniki z obstawą, w odległej "strategicznej" lotniskowiec i dwa pancerniki z proporcjonalną obstawą...) popłynęli na północ. Może komuś umknęło - w arktyczne lato, czyli mieli gwarancję skutecznego niemieckiego zwiadu i ataków lotniczych non-stop... za to ubooty miały nieco trudniej, z braku rzetelnej nocy.
Główna bitwa zaczęła się, kiedy konwój został wykryty 25 maja rano, zaczęły latać w koło niego dwa "diabły stróże" (jak zwano niemieckie ciężkie samoloty zwiadowcze), w 4 godzinnych zmianach. Pod wieczór zaczęły się ataki lotnicze, w tempie rzędu 10 na dobę, i ubootów, też co parę godzin, ale raczej nocą. Eskadra krążowników zawróciła, bliska eskorta w tym
Garland została sama, próbując "przepchnąć" konwój przez najniebezpieczniejszy odcinek, na spotkanie lokalnej eskorty radzieckiej, a szczególniej - parasola myśliwców. Niestety zajęło to pięć długich dni...
27 maja był wyjątkowo ciężki, po prawie ciągłej walce przez dwie doby, i ludzie, i sprzęt zaczęli "wysiadać"; od rana atakowały konwój grupkami bombowce horyzontalne i nurkowe - latały jak okiem sięgnąć, co chwilę gdzieś wylatywały kolumny wody albo dymiły trafione statki. Około 14:00
Garlanda wzięły na cel cztery ciężkie nurkowce - wg relacji porucznika Gustawa Plewako (II oficera artylerii), istotne mogło być to, że zacięła się na okręcie jedyna naprawdę wydajna armata przeciwlotnicza, tj. 76mm za kominem. Kiedy w pośpiechu wymienili w zamku sprężyny, poskładali działo i zaczęło znowu walić "w górę" (skądinąd kąt podniesienia do 85 stopni, kiedy główne działa tylko 40), było już za późno, bomby poszły. Dowódca okrętu zrobił całkiem sprawny szybki unik, ale jednak - DOSTALI.
Okręcik całkiem zasłoniła kolumna wody i dymu. Na flagowym niszczycielu
Ashanti dowódca eskorty skomentował "I już po Polakach. Szkoda, niezły okręt...". Trałowce i korwety (zwane "trupiarzami", bo z braku cięższej artylerii plot ich głównym zadaniem było ogólne ratownictwo, w okolicznościach jak wyżej...) ruszyły w stronę
Garlanda. Kiedy nieco opadł dym i mgła po kolosalnej eksplozji, wszystkim wkoło opadły też szczęki - zamiast tonącego wraku z chmury wyszedł polski niszczyciel, zwalniając i dymiąc, ale na oko nadal w jednym kawałku i nadal nieco strzelając... Po pewnym czasie, zaczął manewrować i odpalać kolejne działa, wyraźnie pokiereszowany, ale nadal walczący na pełnej k...wie. Wtedy też padł legendarny komunikat lampą, z małego trałowca, który na wszelki wypadek nadal szedł za
Garlandem, "CHOLERNIE IMPONUJĄCE PRZEDSTAWIENIE" ("BLOODY GOOD SHOW").
Technicznie - Polacy mieli wiele szczęścia, albo unik komandora Eibela był naprawdę udany: zapewne cztery, możliwe, że aż jednotonowe bomby (bo Ju88 do ataku nurkowego brał dwie pod skrzydła, max 3000kg w sumie, typowo 2x1000kg) spadły do wody bardzo blisko, wzdłuż prawej burty, mniej więcej od pierwszego dziobowego działa, do platformy 76mm za kominem. Gdyby trafiły w kadłub, z niszczyciela zostałaby co najwyżej dziura w wodzie o kształcie niszczyciela i trochę gruzu pływającego na powierzchni. Ale w tym całym szczęściu różowo nie było, tylko raczej krwawo - przez nieopancerzony okręt przeszła fala tysięcy odłamków (potem około 500 dziur naliczono...) i setki ton wody. Na dziobie i od prawej burty ludzie i sprzęt zostali po prostu zmasakrowani. Zginęły obsługi obu czołowych dział, cała obsada działek i karabinów przeciwlotniczych po prawej, sporo ludzi w obszarze nadbudówek i platformy działa 76mm; wszędzie byli ranni, kontuzjowani i w szoku. W zasadzie jedyni, którzy przetrwali w miarę cało, to ludzie w maszynowniach i przy rufowym dziale 120mm.

Porucznik Plewako został zmieciony przez falę uderzeniową i wodę obok działa 76mm; kiedy w miarę pozbierał zmysły, odruchowo usiłował pływać, bo miał wrażenie, że okręt wybuchł a jego wyrzuciło go do morza - ale okazało się, że tak tylko, trenuje żabkę na zalanej platformie obok działa. Kiedy się ogarnął, trafiło go pandemonium wkoło - wszędzie wkoło 76 byli ranni i zabici; młody porucznik przebadał się zgrubnie, czy mu się nogi i ręce ruszają we właściwych miejscach i czy drobne rany i porozcinane ubranie nie grożą mu zgonem zaraz, po czym zaczął ratować rannych kolegów, i sprawdzać sprzęt, ślizgając się na krwi i wodzie, między umierającymi ludźmi, ludźmi bez nóg, rozprutymi, bez połowy głowy, i tak dalej, pełny horror, że tak powiem.
Ze sprzętu zostało niewiele - prawe oerlikony i wkmy poszły w drzazgi, z ludzi przy nich też niewiele zostało, nie tylko od odłamków bomb, ale też od wybuchów własnej amunicji; działo dziobowe numer dwa również było rozwalone. Skądinąd dostarczyło dodatkowych emocji - kiedy Plewako kursował na śródokręciu ratując ludzi i sprawdzając oerlikony, z nadbudówki wydarł się na niego komandor, że platforma dwójki się pali! Porucznik natychmiast pobiegł na dziób, wiedząc, że obsługa jest tam wybita, a jeśli ogień pójdzie w magazyny, to nic z okrętu nie zostanie. Z przygodnym marynarzem, którego wyciągnął z szoku, zaczęli wyrzucać już gorące pociski 120mm z palących się mat i magazynków; szczęśliwie okazało się, że pożar był głównie symulowany, przez zapaloną odłamkami świecę dymną.
Akcja ratownicza zaczęła się rozwijać, spod pokładu przybyły posiłki; metodami żołniersko-polowymi, że tak się wyrażę, wyciągano z szoku wszystkich nie-rannych (m.in. zdaje się, że oberwało się oficerowi prasowemu Pawłowiczowi, który pisał potem wypasione relacje o bitwie; no ale zaraz po trafieniu raczej tylko siedział se w kąciku przy kominie i bełkotał), żeby ratowali kolegów i obsadzali sprzęt. W maszynowni też były uszkodzenia od odłamków, podziurawione rurociągi - mechanicy także walczyli o okręt, bo wiadomo było, że zatrzymanie silników i niszczyciela to pewna śmierć w kolejnym nalocie.
Działa 76mm i bodaj pierwsza dziobowa 120mm zostały obsadzone przez kucharzy, pisarzy i mechaników. Zaczęli strzelać do samolotów, oczywiście bez przeliczników i instalacji, wyłącznie z celowania lokalnego i niewprawnego, ale jednak - imponująco, jak zauważyła eskorta.
Z ciągłych horrorów, gdzieś w tym momencie "zawodowa" obsada rufowej 120mm zameldowała, że nie mają kontaktu z dalmierzystą, mat Piecyk nie odpowiada. Plewako wspiął się na drabinkę na nadbudówce, do dalocelownika (coś jak budka telefoniczna pełna sprzętu, w której siedział Piecyk), zawołał „Mat Piecyk, proszę wyłazić! Nie mamy z tobą łączności!", usłyszał cichutką odpowiedź „Nie mogę, nie mam nóg". Kiedy udało mu się otworzyć dalocelownik, zobaczył bladego Piecyka z jedną nogą urwaną, drugą na pasku skóry, ciężkie odłamki przeszły przy krzesełku dalmierzysty. Wyciągnął marynarza, druga noga odpadła, ściągnął nadal żywego kolegę na pokład mostku po drabince, czym dostarczył dodatkowych wrażeń komandorowi Eibelowi i porucznikowi Bartosikowi. Skołowali dla mata Piecyka koc i poduszkę, wyciągnęli na ratunek spod pokładu doktora Ząbronia, który tylko pokręcił głową, spalając szluga w tempie lontu wybuchowego, po czym pognał z powrotem pod pokład, do improwizowanego w mesie szpitala polowego. Z mata Piecyka wyciekało życie, zdołał wyszeptać "Poruczniku, gdy wrócicie do Polski, pozdrówcie moją rodzinę" nim zmarł.
Plewako zajął się dalszym porządkowaniem sprzętu i obsady; okazało się, że kończy się cięższa amunicja. A Niemcy oczywiście próbowali nadgryziony niszczyciel wykończyć, trzeba ich było odpędzać tym co zostało, prowadząc sporadyczny ogień, potem nawet ćwiczebnymi pociskami 120mm.
Gdzieś w tym momencie flagowy
Ashanti zapytał, czy
Garland tonie, na co Polacy odpowiedzieli, że nie i że okręt jest OK, tylko dużo rannych i zabitych. Bo z około 145 marynarzy zginęło około 23, około 45 było poważniej rannych (drobnych nikt nie liczył).
A z rannych zmarłoby znacznie więcej niż kliku, gdyby nie prawdziwy bohater tego dnia, gość zrobiony chyba wyłącznie z irydu, diamentów i nikotyny, czyli lekarz okrętowy Wilhelm Ząbroń. Żebyśmy się rozumieli, doktor był, zdaje się, twardy, jak na starej daty wojskowego "felczera" przystało i pewnie wolelibyśmy się u niego nie leczyć tu i teraz, ale właśnie takiego Ząbronia było trzeba na
Garlandzie 27 maja.
Doktor rozwinął w mesie szpital polowy, operował, amputował i opatrywał rannych praktycznie bez przerwy i bez snu przez jakieś 32 a może 36 godzin. Mesa nie "przypominała" rzeźni, to była rzeźnia po prostu. Podesłany z
Ashanti po wymianie komunikatów młody lekarz RN zemdlał jak tylko wszedł, wsadzono go z powrotem na motorówkę i odesłano na flagowiec, o ile pamiętam, zabrano mu medykamenty i cały sprzęt, bo Ząbroniowi już wszystkie narzędzia się stępiły...
Gdzieś w tym momencie leżący w kolejce do operacji marynarz Bolesław Bomba napisał krwią na ścianie legendarne "Polsko, jak słodko dla ciebie umierać" - ale doktor Ząbroń trochę zepsuł mu puentę, gdyż jednak uratował Bombie życie.
Na drugi dzień rano (28 maja) trzeba było rozważyć opcje. Komandor Eibel zwrócił się do komodora konwoju z kwestią, że ma umierających rannych, których nawet mega-twardy Ząbroń nie uratuje bez szpitala, a nie ma połowy załogi i amunicji do dział - stąd, czy
Garland może pełną parą popłynąć do Murmańska, zamiast wlec się z konwojem? Oczywiście, pływanie regatowe uszkodzonym niszczycielem, na wodach pełnych ubootów i samolotów niosło pewne ryzyko, ale Polacy na to mieli już naprawdę wyjebane. Komodor Onslow zgodził się, wysłał komunikat "Z Bogiem, mój waleczny okręcie!", więc pociągnęli "na wprost" do Murmańska.
Jakimś fuksem ryzykowny rejs (około doby) przeszedł bezboleśnie. Jedyne spotkanie z ubootem mieli z dużej odległości, a zwiadowczy "diabeł stróż" choć ich wykrył, nie ściągnął na nich bombowców, może Niemcy uznali jeden niszczyciel nie wart nalotów.
Co okazało się nieco bardziej bolesne, to zderzenie z sowiecką biurokracją i "gościnnością". Kiedy samotny
Garland niespodziewanie pojawił się na redzie, żądając natychmiastowego dostępu do portu i szpitala, natychmiast zaczęły się przepychanki i prężenie ruskich biurokratyczno-politycznych bicepsów. Tyle, że postawa Polaków po rzeźni i z 40 rannymi zdaje się była w rodzaju "ale że co do k... nędzy, chcecie, żebyśmy ten wasz p... port i szpital zdobyli?!". Komandor Eibel bardzo krótko dyskutował z kapitanatem i władzami; gdy tylko na redzie podjął pilota Czubakina, przedstawiciela RN kapitana Philipsa (zawsze miłe wsparcie polityczne) i niespodziewanie porucznika Guzowskiego z podwodnego
ORP Jastrząb (którego załoga "dekowała się" w Murmańsku, po rozwaleniu
Jastrzębia przez własną eskortę...) od razu po prostu popłynęli zacumować w porcie i zażądali szpitala dla marynarzy, oraz remontu dla okrętu. I nawet zadziałało; oczywiście, tylko na tyle, na ile radziecki szpital zapewniał łatanie ludzi, a radziecka stocznia łatanie okrętu. Podobno największym przegranym w tej całej zadymie był pilot Czubakin - powiadają, że za niezdolność do utrzymanie "Paliaków" na redzie poszedł do łagru.
Za akcję w konwoju PQ16 Virtuti Militari dostali komandor-dowódca i lekarz okrętowy, oczywiście rozdano też załodze sporo drobniejszych odznaczeń polskich i brytyjskich, historia
Garlanda była przez chwilę głośnia w prasie i mediach. Cały konwój był kosztowny taktycznie oraz umiarkowanym sukcesem strategicznym (Churchill uważał, że jeśli dopłynie tylko 50% statków, to jeszcze się polityczno-strategicznie opłaci). Ale też bitwa o konwój PQ16 okazała się zaledwie przygrywką do znanej katastrofy kolejnego konwoju PQ17, kiedy Niemcy podwoili wysiłki w ataku, a nietrafiona decyzja rozproszenia statków dała około 70% strat, w porównaniu z 30% przy PQ16.
Garland przetrwał do końca wojny, nadal pełniąc służbę konwojową i eskortową, na północne szlaki już nie zdążył trafić (parę innych polskich okrętów i statków tam jeszcze pływało, ale w 1943 po odkryciu zbrodni katyńskiej i zerwaniu stosunków z ZSRR przez rząd londyński, PMW
wyłączono z ograniczała udział w konwojach północnych). Z ciekawostek, brał udział w zespołowym zatapianiu ostatniego uboota na Morzu Śródziemnym; że tak powiem, bardzo po polsku-kawaleryjsku brał udział - tak bardzo rozjeżdżali uszkodzonego, wynurzającego się uboota, że zderzyli się z nim i uszkodzili nieco swój kadłub nad linią wodną (ale jak??). Oczywiście, nie zapominając o wywaleniu w podwodniaka 9 bomb głębinowych "z przyłożenia"...
Polską banderę opuszczono na
Garlandzie dopiero we wrześniu 1946, wrócił do RN jako
HMS Garland, został zakonserwowany i zaraz sprzedany Holendrom. Którzy używali go przez chwilę jako hulk szkolny, ale jednak w końcu wyremontowali i przezbroili, wszedł do służby jako fregata
Marnix ok. 1950. Skreślili go dopiero w 1964, poszedł na złom w 1968.
Ludzie z pamiętnych bitew
Garlanda podzielili losy całej Polonii wojenno-brytyjskiej - jedni wrócili do PRL, jak porucznik Gustaw Plewako (został w cywilu kapitanem, potem kapitanem żeglugi wielkiej, zm. 1997), inni, jak doktor Wilhelm Ząbroń, zostali na Zachodzie (doktor już w czasie wojny przeszedł na stanowiska szkoleniowo-wykładowcze; po wojnie miał praktykę lekarską w Wielkiej Brytanii, zm. 1990).
Co dla mnie w historii
Garlanda, szczególniej w pamiętnej bitwie o PQ16, najciekawsze?
Efekty tego, jak skutecznie skonstruowano, przez zbieg propagandy, edukacji, militarnej elitarności i silnego nacjonalizmu, oraz w "sprzyjających" okoliczności historii, całe pokolenie międzywojenne Polaków, do zajadłej walki o wolność i o twardości nieco przekraczającej skale strasznej wojny. Nie mówię nawet o "kolumbach", ale o nieco starszych też, wszystkich, którzy nie byli dorośli w 1918, powiedzmy. Bo można dyskutować, że podobnie próbowano skonstruować etos człowieka radzieckiego, czy niemieckiego hitlerowca itd., tylko, że ten polski był w ówczesnej Europie "z innej bajki"; chyba porównywalny z Gurkhami, może jakimiś najtwardszymi Finami czy kimś z Bałkanów, czy ludźmi z krain kulturowo czy geograficznie jeszcze odleglejszych. Stąd ciekawe, że "miętki" Zachód, a nawet "twardzi" Niemcy czy Rosjanie, nie bardzo ogarniali, jak to jest możliwe, że istnieją polscy piloci, czy marynarze, czy w ogóle tacy żołnierze.
Że można nadrabiać etosem braki ilości i jakości "wojska", ale tylko w kameralnej gawędziarsko - historycznej ew. w pijarowo - politycznej skali, niestety. Wojen samym etosem, nawet polskim czy fińskim, jednak się nie wygrywa...
Że w historii mniejszych krajów i grup na drugiej drugiej wojnie, jakby łatwiej znajduje się wiele kawałków bohaterstwa militarnego bardzo wysokiej próby, ale przy tym nieskażonego, albo bardzo mało skażonego, typowymi podłościami imperialistycznej totalnej wojny - bo "mali" nie walczyli o politykę czy totalnie; jednak mali częściej walczyli o przetrwanie, albo o dom, albo w "wojnie sprawiedliwej". Czego walki polskich żołnierzy poza Polską - kopalnią przykładów.
Ale jak na każdej zmechanizowanej wojnie, tylko nieliczne są też bohaterstwem ogólnoludzkim i wielostronnym a nie tylko bojowo-militarnym, czego właśnie pięknym przykładem powyższa bitwa o przetrwanie
Garlanda - inaczej mówiąc, może Niemców zabili niewielu, ale bohaterami zostali kolosalnymi...
Ze zbiegu wszystkiego powyższego, choć jestem przeciwnikiem propagandowego prania umysłów akurat do nacjonalizmów i szowinizmów oraz przeciwnikiem odpowiedzialności i/lub dumy historycznej; i nie uważam, że powinniśmy się bawić w plemiona, czy w kult przodków; że raczej liczą się nasze własne zasługi i fakapy, a nie zasługi i fakapy 3 pokolenia wstecz - to jednak NIE POTRAFIĘ przestać być z tych ludzi dumny...