1. "O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju! / Ciebie lud zowie dotąd rokiem urodzaju / A żołnierz rokiem wojny". No dobra, może nie lud, tylko ja, ale ogólnie, rok 2022 był dla nas spokojnie urodzajny, w sensach ekonomiczno - zawodowo - socjalnych. Ta sama niezła praca, lepszy wozidupek, lepsza chata; kasa się zgadza, nawet pomimo kryzysów i inflacji, czego chcieć więcej, jeśli są zasoby nawet na zabawki i na zabawy. Nawet jeśli jest to "rok wojny", nie tylko dla żołnierzy, ale dla połowy świata, to nie spędza mi to snu z powiek. Oczywiście, życzę Ukrainie pełnego zwycięstwa i granic z 1991, a Rosji wypadu w gospodarczy i polityczny niebyt (może właśnie pada i ostatnie podrygi? coś zimowe ptaszki ćwierkają, że rubel leci na ryj, granice się zamykają, i sankcje, i ceny ropy właśnie dobiły Rosję? nie znam się). Może pasaż przez muł pod dnem kiedyś w końcu wyleczy Rosjan z narodowej megalomanii, przynajmniej na historyczną dłuższą chwilę, jak pad III Rzeszy - Niemców, ale nie mam na to żadnego wpływu. Stąd nie mam zamiaru martwić się, nawet atomówkami, "anarchy in post-USSR", czy czymkolwiek innym na tym poziomie. Nawet oczywistym kolosalnym cieniem potwora stojącego zaraz za tą proxy war w kąciku Ukrainy, czyli "interesującymi" zaszłościami w "kąciku" Chiny - USA - Japonia, w kontekście Tajwanu. Bo co można, kiedy nic nie można - spodziewając się mniej więcej TAKIEGO świata, przez dekadę zoptymalizowaliśmy nasze rodzinne położenie społeczno - ekonomiczno - geograficzne tak, że wydaje się, że już nie ma sensu rozglądanie się za trawą bardziej zieloną, bo takich pastwisk już w praktyce nie ma, a przynajmniej, dla nas tu i teraz. Ale pożyjemy, zobaczymy, rzekł Boni, rozważając hipotetycznie, czy jeśli jutro Chiny zaczepią Tajwan, to pojutrze pojedzie na delegację na budowę chińskiej fabryki w Irlandii, czy odmówi.
2. Innym istotnym aspektem mijających lat, jest, no co za niespodzianka, starzenie się, szczególniej w sensie osobniczym, zdrowotnym. W tym sensie, na 2022 też nie możemy bardzo narzekać. Znaczy, narzekać można, a po pięćdziesiątce, to na narzekania dostaje się promocje i zniżki przedemerytalne! W aspektach zdrowotnych żarty "to co dziś w kolejce do nap... łokieć? plecki? kolanko?", czy "pamiętam jak 12 marca przez kwadrans nic mnie nie bolało, to było zdumiewające doświadczenie!", to już naprawdę nie są żarty. Ale jw. nie jest bardzo źle, mogło być gorzej, będzie gorzej na pewno.
W innym sensie, starzenie się niesie wymieranie rodziny, znajomych, mniej znajomych, zupełnie nieznajomych, acz znanych. Ale na to też niewiele można poradzić, choć to smutne oczywiście, szczególnie, jeśli mogli jeszcze trochę pożyć (np. jakoś tak na święta zmarł bliski memu sercu
Maxi Jazz, frontman Faithless, 65 lat, skądinąd "Bombs" Faithless z tamtej notki, można se włączyć jako podkład muzyczny tutaj...). Zastanawiałem się niedawno, że można pomyśleć (i bodaj właśnie osobiście ją przekraczam) pewną cezurę w tym kontekście - starość jest wtedy, kiedy ponad połowa tego, co czytasz, słuchasz, oglądasz, w co wierzysz, to cząstka ludzi, którzy już umarli. Tak, wiem, to jest bonmocik dwukierunkowy, tak, niektórzy od dziecka są starzy i żywią się umysłami zmarłych, niektórzy zestarzeli się już po trzydziestce...
3. Jaki będzie 2023? Nie mam pojęcia. W pewnym sensie będzie jak ostatnie lata, pewny w niepewności - na pewno neolib i chciwość będą nadal usiłowały zagrabić świat, sprzedać go, ukraść, znowu sprzedać, i tak bez końca. Na pewno upaleni władzą ludzie będą kurczowo trzymać się władzy, w Moskwie, Pekinie, Londynie, Warszawie, czy Waszyngtonie, i w ogóle wszędzie. Na pewno kapitaliści i wannabe-kapitaliści będą grabić kapitał, czyli świat, do siebie, próbując obrócić miliardy ludzi w niewolników, kwestia z jak bardzo widocznymi kajdanami, z jak tęgim kijem i jak smaczną marchewką (jest tyle nowych sposobów na to!). Na pewno biały Zachód będzie się wszechstronnie pauperyzował, a BICS będzie próbował się wszechstronnie wzbogacić, z linią oporu, dla całego świata, pewnie około "PRL AD1983". Na pewno fundamentaliści wszystkich smaków będą przedkładać swoje przekonania, nad wszystko inne, a szczególnie cudze przekonania, razem z cudzym życiem i wolnością. Ale "a co nowego?". Te trendy nie zmienią się za rok, czy nawet dekadę, bo bezwład połowy ludzkości jest zbyt wielki; potrzebna byłaby zmiana fazowa, jak technologiczna singularność, albo roje głowic termojądrowych, COVID dziesięć razy bardziej zjadliwy, albo odpowiedniej klasy meteor. A takich zdarzeń nie da się przecież przewidzieć z dokładnością do umownych 12 miesięcy.
4. W kontekście "jaki będzie następny rok?" i
studiując z wiadomych powodów Lema, także późną eseistykę i publicystykę z lat '90, nie sposób nie zastanawiać się nad futurologami, mniej czy bardziej zawodowymi, i ich losem.
Tak, Lem genialnie przewidywał rozkwit nowej biologii, medycyny, genetyki, to już zaszło albo właśnie zachodzi na naszych oczach. Ale przecież połowa tuzów futurologii i odpowiednich przemysłów nadal nie przewiduje tego ("eee tam, żadnej
"Gattaca" nie będzie, bo ponieważ ale o", "medycyna jest smaczna i zdrowa, a skutki uboczne, jak wywrócenie do góry nogami demografii połowy świata, to drobne skutki uboczne", itp.). Tak, nie przewidział i nie rozumiał internetu, przy swojej wiernej maszynie do pisania, i że usieciowanie ludzkości wywróci do góry nogami świat, w dwie dekady. Ale przecież połowa tuzów futurologii i odpowiednich przemysłów nie przewidziała tego ("za dekadę internet będzie tam gdzie fax", "komórki to przecież tylko telefon bez drutu", itp.). A jego rozważania o "6mld ludzi, laboga!" czyta się jako przyjemną ramotkę, kiedy bodaj po mniej niż 30 latach, mamy już 8mld chętnych na furę, skórę i komórę, or compatible, a w planach jeszcze ze 3-4 mld ludzików. Co oczywiście słabo wróży walce z globalnymi ociepleniami, zniewoleniem ludzi przez ludzi i maszyny, czy jak zwykle obrodzi podrygami nadbudowy, czy ideologii, próbujących dostosować się do, czy odwrócić uwagę od - tego zmieniającego się świata.
Ale co najbardziej uderzające w tych późnych tekstach, to głęboki strach Lema przed ciemną i ponurą przyszłością. Zresztą, chyba normalny u ludzi, szczególniej starszych i doświadczonych przez "życie", pamiętających "złe czasy". I nieważne, że przecież pomimo różnych starych i nowych problemów, w czasie życia Lema, czy nawet moim (przynajmniej do 2023) czasy były coraz lepsze. I tak mnóstwo ludzi ciągle i tak bardzo obawia się mrocznej przyszłości. Czego troszkę nie rozumiem, bo może nie jestem aż jak Diogenes w beczce, czy inny pustelnik - eremita, ale z natury i samowykształcenia jestem stoikiem i mam zen wyjebane, więc zamiast nadmiernie martwić się, czy tylko BAĆ SIĘ: pożyjemy, zobaczymy. "Ja się nie nudzę", cytując, a raczej, w zasadzie - parafrazując, nieśmiertelnego Anixa z "Wizji lokalnej".