Miałem napisać już parę dni temu coś o "inbie czytelniczej", jaka rozpętała się po wypowiedzi Olgi Tokarczuk tydzień temu. Ale nieco rozchodziłem to, i przeczekałem, i bardzo dobrze.
Na początek, może położę sobie transkrypt tutaj, bo jak zwykle w takich gównoburzach, łatwo znaleźć szambo wybijające z oburzonych dzieci sieci, czy jakieś "gadające głowy", gadające na temat albo i obok, tylko jakoś trudno znaleźć dokładny zapis, co tam było powiedziane czy zmalowane na samiutkim początku.
- Nigdy nie oczekiwałam, że wszyscy mają czytać i że moje książki mają iść pod strzechy, wcale nie chcę żeby szły pod strzechy.
- Literatura nie jest dla idiotów, żeby czytać książki trzeba mieć jakąś kompetencję, trzeba mieć pewną wrażliwość, pewne rozeznanie w kulturze. Te książki które piszemy są gdzieś zawieszone, zawsze się z czymś wiążą.
– Nie wierzę, że przyjdzie taki czytelnik, który kompletnie nic nie wie i się zatopi w jakąś literaturę i przeżyje katharsis, więc piszę swoje książki dla ludzi inteligentnych, którzy myślą, którzy czują, którzy mają jakąś wrażliwość.
– Uważam, że moi czytelnicy są do mnie podobni, piszę do krajanów swoich.
Od razu zaznaczę, że jestem TEAM-TOKARCZUK, i nie mam najmniejszego problemu z jej wypowiedziami jw. Dla ustalenia uwagi, nie czytałem jej książek, i nie mam zamiaru w najbliższej przyszłości. To oczywiście nie ma większego znaczenia, oburzeni na wypowiedź Tokarczuk też przeważnie ani jej nie czytali, ani nie mają zamiaru; tak tylko zaznaczam, żeby ktoś mi nie zaczął polemiki od "bo jesteś fanbojem jej literatury!1!". No nie. Raczej: po prostu mam identyczne zdanie, od dekad, jako czytelnik, no i jako niszowy autor ostatnio też, "piszący dla krajanów swoich".
O kontekstach czysto pragmatycznych i "statystycznych" tej wypowiedzi, jak wynikające z poziomu polskiego nie-czytelnictwa, tradycyjnie leżącego w okolicy mułu na dnie Bałtyku, czy przyzerowej sprzedaży literatury w Polsce, już wszyscy napisali (np.
notka Wojtka Orlińskiego) więc ja nie muszę.
O kontekstach, że jak tak pejoratywnie, tak niedyplomatycznie, że noblistce nie przystoi, a "idiota" to nieładne, też już ludzie napisali tu i tam, a to przytaczając komentarze Słonimskiego o "krowach" i "jełopach", a to ocenę Lema, że w Polsce jego książki rozumie może 100 ludzi, itd. itp. Cóż mogę powiedzieć, poza tym, że w moim świecie internetowego chama i prostaka, wypowiedź Tokarczuk jest całkiem oględna, a arbitrów internetum elegantiarum zapraszam parę pięter wyżej, bo na tym blogu może ich skaleczyć w oko nie tylko "idiota", ale coś znacznie gorszego. A o moim słowie żywo mówionym, jak wyżej Tokarczuk, łohoho, lepiej nie mówić.
O kontekstach patriotycznego bólu d... z prawej strony, że jak tak można, że Polska noblistka, że dla Polaków (wszystkich), że o Polsce (całej), szkoda mi strzępić klawiaturę; ci ludzie nigdy nie zrozumieją, że pisarze, artyści dużego kalibru są przeważnie ponad pomysły "Poland, Poland uber alles" i
nie będą służyć oligarchom i wannabe oligarchom, jadącym na nacjonalizmach, czy tradycyjnych religiach.
O kontekstach sojowo-ipadowego bólu d... z lewej strony, że jak tak można, że klasizm, że pycha, że nie ma tu żadnych idiotów, bo wszyscy się komunikują, szkoda mi strzępić klawiaturę; ci ludzie nigdy nie zrozumieją, że nie każda komunikacja wtórnych analfabetów to literatura, albo że pisarze, artyści dużego kalibru są przeważnie ponad pomysły pochylania się z kraftowym piwkiem i z Dostojewskim w ręku, nad tragicznym stanem czytelnictwa wykluczonych w Łodzi. I że dobrzy artyści
nie będą służyć oligarchom i wannabe oligarchom, jadącym na walce równych, godnych i braterskich klas, czy "woke" religiach.
O kontekstach narzekania zmyślonego, albo i prawdziwych aktywistów, że wypowiedź Tokarczuk to pręt w szprychy starań o zwiększenie czytelnictwa, czy zachęcania ludzi do książek, no fakt, na pewno z tego tysiąca ludzi, którzy już już prawie poszli kupić nową Tokarczuk, czy innego Parnickiego (pozdro Nameste
za fajną notkę o kochanym autorze!), wielu obraziło się za "idiotów", i wydali to na wódkę i coś na grilla. To jest możliwe i przykre. Ale moje podejście, w krajach a nawet kulturach systemowo spier... od wieku, do aktywistów różnej maści jest "życzę powodzenia, nie wróżę sukcesu". Oraz wypowiedź Tokarczuk to zapałki włożone w szprychy, w porównaniu z kłonicami, które wkładają wam tam realni władcy świata, czy politycy, czy cenzorzy wszystkich smaków. Więc rozumiem pewien żal, ale proszę nie wypłakiwać rzeki.
Co pozostaje? Chyba dwa morały.
Bardzo nie znoszę hipokryzji ogólnie, a zdalnego bezpiecznego "virtue signaling" w sieci jeszcze bardziej, jak przez uprzywilejowane 1% z polskiego społeczeństwa, czytającego se książeczkę albo i dwie, które się na Tokarczuk oburzyło i dało temu wyraz legandzko i dyplomatycznie, albo i drąc mordę, w imieniu 80% nie czytających nic i mających całą inbę w dupie. Żebyśmy się rozumieli - nie mówię, że nie bywam hipokrytą, ale staram się nim nie być, oraz nie przeszkadza mi to nie znosić hipokryzji u innych, oczywiście.
Ogólniej, aktualna inba padła akurat na literaturę i czytelników/czytelnictwo, ale meta-wzór tej inby, i kontry oburzonych, i komentarze "gadających głów", moim zdaniem dotyczą prawie każdego schematu "X jest nie dla idiotów", a nawet "X jest nie dla wszystkich", w obecnej kulturze Zachodu. Bo w teorii i Silnym Przekonaniu (TM) wszystko jest dla wszystkich; to jest fundamentalna iluzja, jedna z kilku, trzymających te społeczeństwa w ryzach.
Jeśli napiszę "Lexus V8 nie jest dla idiotów" albo nawet "Lexus V8 nie jest dla wszystkich", zaraz jest inba, przeważnie przez użytkowników golfów TDI i pomiotów francuzkich, że fuj, że rasizm imperialno-japoński, że gówno prawda. Oczywiście, przeważnie nikt jeżdżący zbiorkomem czy rowerem nie włącza się w te dyskusje.
I tak jest prawie ze wszystkim, "bieganie nie jest dla każdego", "programowanie nie jest dla idiotów", "majsterkowanie nie jest dla wszystkich", "prawo jazdy nie jest dla idiotów" albo "rower jest nie dla wszystkich" itd. itp. Wystarczy wrzucić coś takiego w odpowiednio wzmocnioną tubę, a zadziała jak płachta na byka, i zaraz będzie inba, od zwykłego oburzu na zasadach ogólnych, po "jak śmiesz jako uprzywilejowany biały facet zabraniać programowania czarnej transgenderowej kobiecie!1!".
I teraz: co mnie interesuje, to od kiedy tak się zrobiło i dlaczego (powiedzmy, w kulturze Zachodu, bo na cały świat to chyba za bogato)? Bo mam silne wrażenie, że przez większość historii tak nie było. Więc kiedy? Oczywiście, przez bezpieczeństwo i "virtue signaling" w necie, jest to obecnie bardzo wzmocnione, ale... Czy od permisywizmu edukacji za ostatnie dekady, "każdemu według starań albo i bez starania, i że wszyscy jesteście tacy mądrzy i fajni"? Czy od wylewu łże-neoliberalizmu i "american dream" na cały świat (we/you can do it!), za poprzedniejsze dekady?
Czy może znacznie wcześniej, przez armie z bronią palną i z poboru, powiedzmy epoki napoleońskiej, i wojny kontynentalne? Kiedy nagle olbrzymia liczba ludzi mogła być wtłoczona w nowe ramy, i zwiedziła przymusowo kawał świata, i budowano nowożytne szowinizmy i nacjonalizmy na "wszyscy Francuzi/ Niemcy/ Włosi/ Amerykanie can do it", obalając resztki feudalizmów? Czy od Oświecenia? Czy może wręcz od początków nowożytnego kapitalizmu i konkwisty świata, kiedy ostatni łajza hidalgo, czy chłopiec okrętowy, czy kupiec, całe rzesze ich, mogli namacalnie się przekonać, że sukces jest w zasięgu ręki, że do odważnych świat należy i wszystkim nam się należy; w przeciwieństwie do poprzednich epok, kiedy mieli znać swoje miejsce, ustrój był inny, a "you can do it!" dotyczyło najwyżej elity żołnierzy/najemników, którzy w ogóle przeżyli, i paru zakręconych podróżników i kupców?
Nie wiem, nie mam sprecyzowanego zdania. Ale tylko to z całej inby wydaje mi się naprawdę ciekawe.