Niedawno w kontekście dyskusji o samochodach, i czy były samochody o nazwie "Gepard", i jakie, zdałem sobie sprawę z nieco wstrząsającego dowodu, że moje teorie pedagogiczno-wychowawcze może i są anegdotyczne, ale sam jestem w tej anegdocie. Ale po kolei.
Od bardzo dawna wymądrzam się do wszystkich ludzi (nie ważne, czy chcą, czy nie chcą słuchać moich świetnych porad, oczywiście) mających malutkie dzieci, albo spodziewających się dzieci, żeby uważali i nie zapomnieli, że mają tylko parę lat na "ustawienie" małego homo-nie-sapiensa do moralnego, intelektualnego, poznawczego i wszelakiego pionu. Żeby nie zapomnieli, w euforii po mordędze pierwszych paru lat, że kiedy pozornie następuje ulga, bo maluch już raczej chodzi, niż rozbija się o rzeczy i o glebę; raczej je, niż roztrząsa; być może nawet pojął o co chodzi z nocnikiem, a nawet może wyszedł z fazy "137 pytań na godzinę", zaczyna się naprawdę krytyczny moment pedagogiczny i trzeba NADAL przykładać się wychowawczo i do rozwoju brzdąca. Bo za parę lat, powiedzmy, około 10-11 roku życia na progu dojrzewania, będzie o wiele za późno, żeby poukładać albo odkręcić to, co się w małej główce poukładało, przez ostatnie parę lat.
A szczególniej łatwo przeoczyć, mając na stanie bandę maluchów, "co dwa lata" czy w podobie - mając kupę zachodu, z przewagą kupy, przy młodszych, rodzice łatwo przeoczają wychowanie i w ogóle problemy, jakie właśnie przechodzi, powiedzmy, 6 czy 7 letnie rodzeństwo. Bo już chodzi, mówi, je, samo się ogarnia, ba, pomaga ogarniać młodsze rodzeństwo! profit! tylko, że jak wyżej, za 3-4 lata dopiero się okaże, "co z tego wyrosło". Albo odwrotnie, młodsze rodzeństwo już nie jest takim "wydarzeniem", podciąga się szybko i sprawnie do starszego (przez osmozę i - bo kogo ma gonić, jeśli nie starsze rodzeństwo?), więc jego sprawy i problemy to już tylko "rutyna". I tak czy owak, może się okazać za parę lat, że jest za późno na zmiany, albo koszt zmiany dzieciaka jest niewspółmierny do efektów, jeśli w ogóle będą jakieś.
Podpowiadałem to nie raz kolegom, braciom, rodzinie i znajomym, delikatnie, ale z przekonaniem i naciskiem, bo To Ważne. Niektórzy "dzieciaci" świadkowie wtórowali mi, niektórzy mieli "eee tam"; ludzie do których nadawałem te mądrości, reagowali też różnie, czasem z uwagą i zrozumieniem, czasem "meh", czasem jakąś grzeczniejszą wersją "spieprzaj dziadu".
To tyle na temat "o co cho z tłem pedagogicznym i dobrymi radami niezamawianymi", teraz anecdata.

W styczniu 1970, przed moim urodzeniem, wyszedł numer miesięcznika "Modelarz", nic specjalnego, wychodził od dekad, i potem przez całe moje dzieciństwo i młodość. Ojciec zawsze kupował "Modelarza", na ile dało się go dorwać w czasach PRL, gdzie przeważnie popyt czegokolwiek przewyższał podaż, stąd nie mieliśmy każdego numeru, ale większość (żeby mieć każdy, to trzeba byłoby wżenić się w drukarnię albo dystrybucję (podpowiedź - "Profesor A.Dońda" Lema), a nie tylko poprosić znajomy kiosk gazetowy "żeby odłożyli" albo co miesiąc polować na mieście). "Modelarz", "Młody Technik", nawet "Przegląd Techniczny", książki techniczne, poradniki, podręczniki itd. walały się wkoło mnie/nas przez całe dzieciństwo (jestem trzecim pokoleniem kowali-inżynierów-"technokratów"); między innymi, bo drugie tyle walało się historii/historycznych, SF, trzecie filozofii, itd. itd.
Przewijając około 50 lat - rozmawiamy niedawno w sieci o pierdołach, i nagle ciekawostka o gepardzie (BTW wiecie, że gepard przyspiesza do tej swojej absurdalnej prędkości max. w 3s ale też w TRZECH SUSACH?), ktoś na to "myślałem, że o jakimś samochodzie "Gepard" mowa", ja "hm, bodaj był jakiś koncept-projekt "Gepard" w '90, ale zaraz, pamiętam taki świetny numer "Modelarza" i tam też był fajny wózek "Gepard", ale czy model, czy projekt, czy koncept?". Parę ruchów gugle-fu i okazuje się, że
sporo starych "Modelarzy" zostało zeskanowanych, więc mogłem zadumać się nad moim małym rozumkiem, pedagogiką, no i mam ilustracje do notki.

I można sprawdzić, że numer styczniowy 1970 był zaprawdę zacny. Sporo o rakietach, także konkurs modelarstwa-sf, modelarstwo kartonowe dla początkujących (artykuł formujący dla mnie), myśliwiec SAAB Viggen, szybowiec klasy A1 (ojciec takie robił), niszczyciel Kaszyn (wtedy - aktualna flota radziecka, PRL dostał w rozliczeniu takiego zmodernizowanego dopiero w 1988), technologia amatorskiego fototrawienia płytek drukowanych, no i projekt modelu/samochodu "Gepard", itd.
Chcecie pojąć, czym się zajmowałem, w głowie, domu i przemyśle, od wieku lat 5 po dziś dzień? Nie możecie pogadać z moją rodziną, rodzicami, ale możecie przejrzeć tamte periodyki. Jedyny równie ważny czynnik, jak się zdaje, to że po 10 latach "przyszły" komputery i dostałem od kochających rodziców 8 bitów gdzieś około 1984; na tysiąc dzieci w białostockiej szkole i na osiedlu były wtedy dwa, mój Spectrum i C64 kogoś tam. Ale w sensie techniki nie-komputerowej, ergonomii, estetyki techniki, prac manualnych - periodyki jak "Modelarz" czy "Młody Technik" były znacznie ważniejsze. Plus oczywiście ciągły przykład i wsparcie rodziców, dziadków itd. szczególniej ważne, że były przeciwne wyuczaniu bezradności w powyższych kontekstach.

A w szczególe, co mnie zawiesiło przy tamtej dyskusji, to: chcecie wiedzieć, czemu kontrowersyjna estetyka egzotycznego
lexusa SC430 mi nie przeszkadza, a czasem nawet mam "fajny jest, pod tym czy tamtym kątem"? No to już wiecie, obrazek obok.
Morał: uważajcie jakie gazety czy strony internetowe walają się wkoło waszych dzieci w wieku 5-10 lat, bo potem będziecie mieli szrociarzy - druciarzy na stanie. Albo - jeszcze inne dziwolągi. Co gorsza nie tylko w sensie techniki czy estetyki czy "prac ręcznych", ale też "core beliefs", najgłębszych przekonań, co do pracy, nauki, ekonomi, religii, i w ogóle - całej kultury i wszystkich ludzi.