... czyli opowiastki i anegdoty w temacie kolejnej przeprowadzki międzynarodowej. Ale nie będzie aż takich napinek i szerokości notki
jak przy przeprowadzce Polska-Szkocja, bo tamto, to było Coś, a to teraz, to meh, a jedyne co upierdliwe i istotne, to że COVID psuje zabawę.
Nowości w domu...
Po odbębnieniu spodziewanych i niespodziewanych spraw polskich i szkockich, jak w paru ostatnich notkach, zgodnie z planem, na tydzień przed startem w nowej pracy, zapakowałem lexusa do pełna odrobiną niezbędnych gratów i pojechałem se w poniedziałek z rańca do Irlandii. Prom jak prom, wózek jak wózek, Glasgow - Dublin to nie jest jakaś wielka czy trudna czy kosztowna wyprawa.
Tego samego popołudnia kupiłem se telefon+sima (w sumie - bardziej jako przyszły dla żony, bo ja przecież zaraz służbowy dostanę), przekonałem jakiś bank, że słuszne i zbawienne jest zrobienie mi konta na szkocki adres (no dobra, przepytałem ich o to zdalnie jeszcze ze Szkocji), zameldowałem się w dużym, tanim i całkiem spoko hotelu.
Okazało się nagle, że jest fakap, kiedy dogoniło mnie info ze Szkocji, że w związku ze zmianą reguł COVIDopochodnych dla włóczykijów (Polska była na "zielonej liście", co akurat sprawdziłem po powrocie, ale przeoczyłem, że transfer w Holandii zrobił się w międzyczasie niekoszerny), powinienem 14 dni siedzieć w izolacji w Szkocji, a nie rozbijać się po Irlandii. Nawet przez sekundę chciałem wracać i przesuwać wszystko o 2 tyg., no bo kary, grzywny, chujnia i ludziom nieładnie, oraz nikła możliwość, że jednak przywlokłem wirusa; ale przeszło mi zaraz, bo niby jaki sens ma jeżdżenie w te i wewte. Tyle, że postanowiłem naprawdę ograniczyć ruchy i izolować się w hotelu, no i błagać o wybaczenie oraz wyrażać czynny żal, jeśli Szkocja się upomni o kwarantannę.
Porozsyłałem trochę emaili i podzwoniłem w temacie mieszkadła, a raczej domu tym razem. Ceny w okolicy Dublina są jak wiadomo, dosyć okrutne, wybór dla naszych wymagań też nie za wielki. Ale ze dwa domki wynalazłem śliczne, co najwyżej nieco drogie i/lub odległy dojazd do roboty; tyle, że tutejsi agenci nieruchomości nie są skłonni do współpracy i nie bardzo się odzywali, ruch w interesie miałem przyzerowy.
Okazało się nagle koło środy, że jest fakap, kiedy zorientowałem się, że tak zwana CTA (Common Travel Area, czyli wspólna polityka transportu/migracji wzg. COVID dla UK i Irlandii), to jedna wielka ściema. Każdy kawałek (Anglia, Szkocja, Walia, Północna Irlandia i Irlandia) miał już własne widzimisia, zielone i czerwone listy, oraz to jeden wielki burdel i iluzja - bo przecież żadnych granic nie ma. Ale faktem jest, że Irlandia zaleciła 14 dni samoizolacji dla wszystkich przyjeżdżających z UK, poza tymi z Irlandii Północnej.
W teorii przyjechałem z Irlandii Północnej, bez żadnej kontroli na promie, ale nawet jeśli moje ruchy były trudne do namierzenia, przypadkiem w stylu tych wszystkich ściemiaczy, latających do/z USA przez Kanadę, czy do UK właśnie przez Irlandię i Irlandię Pn, to jednak w praktyce nie jestem ch... aż takim, żeby ignorować te różne zasady; szczególniej że o ile wszelkie listy takie i owakie IMHO warte są niewiele, nie używam transportu publicznego, nie socjalizuję się wcale itd., to jednak naprawdę podróżowałem jak podupcony ostatnio, a w samolotach poza maskami nic nie rozdziela ludzi latających uj wie skąd, po co, i z jakimi wirusami.
Stąd zdecydowałem się na serio zaszyć w izolacji - przesunąłem start pracy o tydzień (nowy szefu jest spoko i rozumiał sytuację), zdzwoniłem się z pierwszym z brzegu "prywaciarzem" a nie agentem, na pierwszy z brzegu tani dom "w okolicy". Zachowując najdalej posuniętą ostrożność epidemiologiczną, że tak powiem, błyskawicznie obejrzałem dziuplę na granicy zdrowego rozsądku, wynająłem z marszu, niestety, na 8 miesięcy. Odwołałem innych agentów, zrobiłem błyskawiczne zakupy minimum, wprowadziłem się raz dwa trzy.
Chata to w zasadzie pół normalnego parterowego domu, coś jakby z '70 czy '80, ale dosyć dobrze utrzymanego. Żadnych problemów jak w byłym kościele w Szkocji, a to z nieco wilgotnymi ścianami, a to z małą ilością okien, a to z nieco głupimi sąsiadami z góry, itd itp. Za to niestety, otoczenie nie jest to piękna zielona wiejska Irlandia, znaczy jest, tylko że nie jest "piękna"; gdyż landlord ma na tej samej działce biznesy i różności, stąd z okien widać raczej budynki, płoty i kontenery, niż zieloność, no i wynajmuje też różne kawałki jako "bed (and no breakfast)" oraz wjazd jest wspólny, więc ogólnie ruch i hałasy nieco (ale i tak jakby lepiej niż sąsiedztwo popularnej apteki w Szkocji). Dyscyplina dodatkowa w temacie hałasu - droga krajowa N2, przy której to wszystko się znajduje, Dyscyplina podwójnie dodatkowa - chciało się wsi, no to ma się za płotem (nie u landlorda, ale nieco w bok, u sąsiada na tej "kolonii") kury. Kury mają koguta. Kogut pieje. Co ciekawsze, mają tam też parę pawi. TAK, PAWIE, takie ptaki z barwnymi ogonami. I wiecie co? pawie "krzyczą"; okazyjnie, ale jednak DKJP...
Oczywiście, około poniedziałku skontaktował się agent od najpiękniejszego, największego, najdroższego, w najlepszej okolicy i najdalej od pracy położonego domu, o jaki w ogóle wysyłałem emaile, czy życzę sobie oglądać, wynajmować i w ogóle. No dzięki, ale trochę za późno (oraz w pracy teraz wszyscy mi mówią, że to byłoby 40min dojazdu w teorii, a w praktyce ch...nia - dla odmiany to wynajęte jest o 15min od roboty, jeśli nie szybciej, ogólnie bardzo łatwy dojazd).
Oczywiście, zacząłem się nudzić. Porozstawiałem se sprzęty grające i komputerowe, wifi mam w cenie i szybkie, przemeblowałem chatę nieco, miałem co czytać, słuchać, pisać i oglądać, ale i tak wynudziłem się setnie przez te prawie dwa tygodnie. Co gorsza pogoda była bardzo przyjemna momentami, zwiedzałbym Irlandię jak porąbany, no ale nie, bo izolacja.
Z zabranych sprzętów niezłym pomysłem okazał się (NIE ŚMIAĆ SIĘ!1!) iMac ze szrotu. Co prawda jest tak zabytkowy, że z trudem nadaje się do przeglądania nowożytnych WWW itp zadań, ale robi za odtwarzacz muzy i filmów (niektórych...) oraz grzejnik. W ogóle dla koncepcji jak iMaca zawsze miałem miękkie serce, no ale dla wykonania przez Apple to niekoniecznie.
Bank "załatwia się" swoim tempem, inne sprawy formalno-prawne też. Największa niewiadoma, to jak zrobimy przeprowadzkę żony i gratów ze Szkocji, tj. jakie będą reguły podróżowania dla mnie; ale mamy na to trochę czasu (gdzieś tak do końca października, BTW lexus też najwyżej na tyle "wystarczy") i dość zasobów, więc nie ma paniki.
W końcu "kwarantanna" przeminęła z wiatrem i wydaliłem się do roboty...
... i w zagrodzie
...czyli po ok. pół roku od rozmów i negocjacji w końcu dotarłem. Nowa praca to integrator automatyki średniej wielkości, coś jakby większa, bogatsza i lepsza wersja mojego pierwszego pracodawcy w Szkocji ponad 7 lat temu. W szczególe, wyspecjalizowani raczej w SCADA i pokrewnych zagadnieniach, niechętnie schylający się do poziomu PLC i podobnych gratów; klientela to głównie Big Pharma czyli bardzo poważny przemysł farmaceutyczny, którego w Irlandii sporo ulokowano przez ostatnie dekady, bo miłe podatki i inne różności.
Mam tu robić głównie za speca od pewnej specyficznej SCADA, którą mało kto lubi i zna, a ja i owszem, 2x tak. Muszę się gwałtownie douczyć różnych różności od strony IT, których nie używałem albo prawie nie używałem, jakichś SVNów czy innych hypervisorów. A potem pewnie odświeżyć SQLa i inne głupoty. W międzyczasie ogarnąć narzędzia do komunikacji, dokumentacji i wszelkie mambo-dżambo, jak to w nowej pracy.
A propos dokumentacji, no nie rwałem się do Big Pharma przez lata, bo trochę mnie zawsze odrzucały te dokumentacje i walidacje i inne GAMPy, o jakich se czytałem z nudów, a nawet lansowałem nieco w normalnym przemyśle. Teraz nagle mam to, a raczej - będę miał zaraz, na co dzień. Chlip i laboga. Bo programy, jakie są, każdy widzi, ale poziom dokumentacji i walidacji, to faktycznie inna półka niż nawet najpoważniejszych klientów jakich miewałem w poprzednich życiach.
Nie żebym nie potrafił wytknąć nawet tu "błędów i wypaczeń", po 2 dniach w robocie; jakbym audyt robił, to ze trzy czy cztery drobne fakapy bym wytknął, głównie w dokumentacji, co nie. Ale nie uprzedzajmy wypadków.
Ogólne wrażenie - koledzy i szefu spoko, zasoby zasobne, struktury skomplikowane, dokumentacje i walidacje wypasione, programy takie sobie. Kasa ma się ładnie zgadzać.
W szczególe, wystartowaliśmy (choć to za wielkie słowo) zakiszony przez COVID projekt retrofitu SCADA, dla kawałka fabryki bodaj 5 czy 6 największego na świecie koncernu farmaceutycznego; migracja z okolic 2009 na bieżącą wersję systemów i aplikacji. Czyli mniej więcej to co robiłem wielokrotnie tylko plus 10x większy narzut na dokumentację i walidację.
Kiedyś napisałem, że
kumaci automatycy lądują w końcu w okolicach Big Pharma itp. Teraz sama nie wiem...
A może w ogóle i w szczególe mam za bardzo zen-wyjebane.
(podtytuły to parafraza tytułu "Nowoczesność w domu i zagrodzie", używam tej frazy często i nagle zdałem sobie sprawę, że jest zapewne całkiem nieczytelna w 2020 - to był program telewizji PRLowskiej za mojego dzieciństwa, adresowany do rolników)