Bardzo nie chce mi się rozpisywać o aktualnej epidemii, jej polityce, socjologii czy edukacyjnie; inni piszą lepiej i więcej. Mogę zapisać mikrokronikę za ostatni miesiąc z hakiem, ale nie wiem czy powinienem, stąd od paru dni się przymierzam, ale nie klei mi się. No ale podobno do tego służą blogi, od "log" czyli "dziennik".
Wszystko zaczęło się około połowy lutego, kiedy nam się ten cały brexit przestał się podobać tak naprawdę, a zaraza z Chin zaczęła się rozpełzać po świecie i już nie wyglądała na taką, która się miło wygasi czy przejdzie bokiem. Więc zaczęliśmy tak jakby wyścig z czasem. Spróbuję oddać go w piśmie, uprasza się odstawić płyny, poprawić oparcia i zapiąć pasy.
Kochamy Szkocję, ale walić UK, jednak szukamy normalniejszego kraju. Po leniwym guglaniu i rozpatrywaniu różnych krain i szczegółów, analityka LinkedIn staje na wysokości zadania, spada mi niespodziewanie na głowę rekruter z bardzo dobrą ofertą w kraju guglanym. Wielopoziomowe rozmowy w ciągu tygodnia owocują zaproszeniem na interview. W tym samym tygodniu rozwalam oponę na dziurze i mam średnio krytyczną usterkę hamulca w szrotwagenie. Oraz zaczynamy załatwiać status rezydentów w końcu, tak na wszelki wypadek. Nie chcemy wysyłać papierów, a pier... appka do rejestracji i identyfikacji rezydentów nie chodzi na moim telefonie, bo zbyt nowy, na żony, bo zbyt stary. Pożyczamy odpowiedni tele, kupa zabawy z przewagą kupy, najpierw ja rejestruję się w Home Office. Córka w Edynburgu zamyka się na zwolnieniu w domowej kwarantannie, oczywiście, nikt testów ludziom podejrzewającym u siebie covid nie robi. Robimy zakupy na wszelki wypadek, maski, odkażanie, różności (np. maski P2 i lekko p-chem jeszcze dało się kupić po prostu w sklepie). Lecę na interview, w tym: pierwszy raz w życiu spóźniam się przez własną głupotę i pomyłki na samolot, przekładam interview o pół dnia, kupuję następny lot. Obserwuję lotniska z pierwszymi ludźmi w maskach i rękawiczkach i jak bardzo wszyscy niepotrzebnie macają ściany i poręcze. Najbardziej w kombinezonie przeciw-chem był kierowca busa z wypożyczalni samochodów. Interview całkiem całkiem, wydaje się wszystko ok, do dogadania szczegóły. Zakładam dwie nowe opony, najtańszy nowy badziew chiński, bo nie wiem czy chce mi się szykować szrota na przegląd w maju. Spada na nas oferta kupna domu w Polsce. Naprawiam hamulec. Dostaję oficjalnie status rezydenta od Home Office. Szkic kontraktu od potencjalnego pracodawcy, a tak naprawdę rekrutera-pośrednika, jest nieakceptowalny, nawet jeśli kasa bardzo się zgadza. Odsyłam z uwagami, że co do cholery i kontrpropozycjami. Żona robi rejestrację do rezydentury w Home Office, ale jak było do przewidzenia, będą problemy z udowodnieniem jej istnienia w UK przez te parę lat, bo nie pracuje itd. Agencja z Polski naciska w sprawie domu, zgadzamy się, choć ewidentnie kogoś parzą złotówki i stracimy na tym, ale jednak. Robimy nieco większe zapasy różności na wszelki wypadek. Sprawa zmiany pracy i kraju zostaje odstawiona na półkę, bo sytuacja tu i tam zmierza do lockdownu. Córka w Londynie w trakcie zmiany pracy i mieszkania praktycznie traci pracę. Szkic umowy przedwstępnej w sprawie domu odsyłam z uwagami, że co do cholery. Sytuacja w UK rozwija się w takim tempie, że na dwa dni przed umówionym terminem "zdecydujemy coś", ewakuuję zdrową córkę z Londynu do nas w ciągu 16h, jednym kursem szrotwagenem. Trudno policzyć ile to ją będzie w sumie kosztować w straconych kaucjach za mieszkania itd, powiedzmy dość grubo. Dogrywamy umowę przedwstępną na dom, zaklepana. Ogarniamy z trudem zagraconą chatę, żeby w tym pierdolniku zmieścić dodatkową osobę z minimum "komfortu", na spodziewane miesiące lockdownu. Córka w Edynburgu dalej siedzi w domu, ale mniej kaszle, potrzebuje minimalnego wsparcia. Firma niemrawo szykuje się do lockdownu. Rzutem na taśmę kupujemy nielimitowany internet, kartę wifi do desktopa (na USB już nic w sklepach nie było), sprawdzam czy VPN z domu do pracy lata.
W poniedziałek Boris I The Liar ogłasza lockdown, we wtorek w firmie wyganiają mnie do pracy z domu. No to se pracuję z domu, chociaż już przebąkuje się o "jakimś" powrocie do pracy w przyszłym tygodniu (bo warsztat, bo dostawy do firmy). Córka lokalna chciała szukać pracy, ale nie ma to sensu oczywiście w tej chwili. Córka w Edynburgu - żyje. Żona zaczyna chorować, albo zwykła grypa, albo i coś więcej.
Tak to wyglądało za ostatni miesiąc-półtora. Nie wydaje mi się przesadnie napakowany, najwyżej na własne życzenie, bo wyprzedzaliśmy rząd jej królewskiej mości i przeciętnych obywateli o jakiś tydzień średnio. Nie mamy "pod ręką" starszych ludzi czy w grupach wyższego ryzyka. Mamy zapasy różności. Nie mamy wpływu na wiele więcej, czas - minął.
Morałów jest wiele, oczywiście.
Z zabawnych, "TRZEBA BYŁO AŻ EPIDEMII, ŻEBYŚ KUPIŁ NIELIMITOWANY INTERNET!1!".
Z mniej zabawnych i kosztownych, trzeba mniej biegać po lotniskach a więcej czytać, co się wyświetla na wyświetlaczach. Oraz nie obijajcie się pół godziny po lotnisku PRZED security, bo może wam braknąć czasu, kiedy nagle odkryjecie na security 500 nieogarniętych dziadków i babciów, z podejściem "ch... że epidemia, wakacje zapłacone, to lecimy".
Z zupełnie niezabawnych, różnica tzw. doświadczenia życiowego pokazuje się w tym, że nawet tylko 10 lat młodsi ode mnie nieco narzekają, że ich rodzice "zawsze czarno widzą", teraz - epidemię i jej okoliczności (tj. widzieli...), a np. ja jestem po stronie tych rodziców; pamiętających być może rzeczy gorsze niż czarnobyle, czy wojny jaruzelskie, czy że na zapalenie płuc umiera się całkiem łatwo. Stąd np. jazda przez całą noc i spakowanie córki o 3 nad ranem, kiedy Boris i jego ziomale dopiero zaczynają konferencje nt. lockdownu, wydała mi się bardzo dobrym pomysłem. Inna sprawa, że łatwo być uchodźcą w lexusie i kraju jak UK. Aczkolwiek zaraz przypomina się nieśmieszny szmonces "Dlaczego przeciętni Żydzi dobrze grają na skrzypcach, a słabo na fortepianie? A próbowałeś kiedyś uciekać z fortepianem?".
Z najogólniejszych morałów, to co widziałem i słyszałem przez ostatni miesiąc, publicznie i prywatnie, w sieci i twarzą w twarz, niestety umacnia moje Silne Przekonanie, tak ładnie wyrażone w filmie "Men in Black", NIESTETY: