... czyli skromne podsumowanie życia, Wszechświata i całej reszty, za ostatnie miesiące milczenia na blogu.
Niewiele zachodzi na naszym Zachodzie.
Wizyta w PL była z gatunku bardziej udanych, a może mniej nieudanych, niż zwykle. Latanie Lufthansą przyjemniejsze niż KLM. Spotkanie z rodziną, znajomymi też przyjemne. Opuszczony dom nie zdegradował się (już) za bardzo. Miłym zaskoczeniem S8 ciągła Warszawa - Białystok. Jedyne co było nieprzyjemne, to rzekomy samochód z wypożyczalni, renault clio wyglądające nawet spoko, ale zapomnieli mu włożyć wyposażenie i wykończenie oraz silnik. Aż sprawdziłem ile takie cudo 75-konne kosztuje i umarłem, bo ok. 50tys złociszy. Oraz wydaje mi się, że nic równie dychawicznego nie ujeżdżałem od czasów "maluchów".
Oczywiście, oceny przygodnych samochodów nie poprawia przyzwyczajenie się do lexusa V8, którego ostatnio musiałem poogarniać nieco, po pół roku - zjadł przednie hamulce i tylne opony. Nawet trochę się najeżyłem, że panie co tu się od..., ale zaraz się doliczyłem, że to było około 17tys km. No i wydech pruje się swoim własnym tempem. Wydech sfastrygowany i przy okazji dowiedziałem się, czemu ktoś użył do jego naprawy Szalonego Spawacza - element z rur (rurociągów raczej) w Y za katalizatorami kosztuje ok. 1000 funtów w wersji no-name, u toyoty/lexusa nie pytałem... Hamulce zrobione bez problemu w godzinkę czy dwie (byle zestaw tarcze+klocki z ebaya drugi od dołu okazał się spoko, a nie tylko tani). Dwie opony nówki, tym razem z górnej a nie chińskiej półki (całoroczne Nokian Weatherproof, poleca się), skądinąd przez Oponeo, które istnieje w UK, ale zdaje się, raczej wirtualnie, bo opony śle z Niemiec.
Po pół roku i ogarnięciu lexi jw. konkluzja jest jak poprzednio - wózek jest nadal bardzo ok, i będzie bardzo trudno go zastąpić.
Praca - się pracuje; nieco projektów, projekcików raczej, jakieś wyjazdy tu i ówdzie, bez większej egzotyki. Ogólnie, znacznie bardziej na luzie niż w poprzedniej: mniejsze projekty, mniejsze w nich pieniądze, ale i znacznie mniejsze fakapy i potencjalne fakapy. Po prostu mniejsza firma (acz rozmawia się o rozwoju, znaczy, z paru ludzi do paru ludzi razy dwa). Oraz poczciwi szefowie i dobrze układająca się współpraca, kasa się zgadza, czego chcieć więcej.
Własnej firmy rozwijać się nie chce, lenistwo to okropna przypadłość. A może nadmiar innych zajęć - gra się, czyta się, ogląda się, itd itd.
Sytuacja polityczna, ekonomiczna, brexitowa, itp. - nie ma sensu zawracać wam głowy moimi przemyśleniami. Sobie zresztą też.
Wycieczking po Szkocji nieco skończył się, bo sezon zimowy niezbyt sprzyja, ale i tak jeździmy tu i ówdzie (i w sumie jakoś mamy szczęście do niezgorszej pogody). Za ostatnie dwa miesiące z poważniejszych były Urquhart Castle nad Loch Ness, centrum Dundee (Muzeum Designu!), porządnie zamek w Edynburgu,
muzeum tkalni New Lanark i okolica (wodospadełki!), o których dawno powinienem notkę.
Największe nieszczęście ostatnich dni - telewizor po zaledwie 4 latach praktycznie umarł (zasilacze standby itp. siadły), a naprawa Panasonica z dolnej półki, made in Czechy, niezbyt opłacalna. Ale trochę szkoda, bo już nie będzie plazmy. Przyszło skoczyć do sklepu i kupić jakiś TV, śmiałem się, że będzie znowu dolna półka, tylko tera z Polski czy Turcji - jakież było moje zdziwienie, kiedy przypadkiem trafiłem, gdyż staliśmy się dumnymi posiadaczami dolnopłuko... wróć, dolnopółkowego
JVC made in Turcja, 55 cali ultra hiper super duper 4K high definition smartest in-the-world (drobnym druczkiem -
firma Vestel pozdrawia i chętnie pozna wasze dane). Ale jakoś daje radę - zrobiłem z niego dumb-TV prostym lifehackiem (nie zezwalać na licencje, usługi itp. przy pierwszym odpaleniu), obraz ma znacznie lepszy niż non-HD plazma poprzednia i powlekanie satynowe, mniejsze odbicia.
Z innych pobocznych projektów, zżerających czas i zasoby uwagi (m.in. stąd brak chęci na bloga) - zacząłem serio rozważać zrobienie z notek marynistycznych książki (znaczy, notki poprawione i rozszerzone, plus drugie tyle albo i lepiej). Ale już to rozchodziłem, do pewnego stopnia. Natomiast na skrzyżowaniu tego bieda-planu z paroma innymi moimi stałymi, że tak powiem, zajobami, wykluwa się pomysł podłubania w temacie gry marynistycznej Takiej W Jaką Chciałbym Pograć, a jakoś nikt nie chce jej zrobić. Co sugeruje od razu, że temat jest niemonetyzowalny i hobbystyczny, dla mnie i pięciu innych nerdów. Ale oczywiście nie przeszkadza mi to tracić czasu na kolejną próbę zaprzyjaźnienia się ze środowiskiem Unity (próbę raczej nieudaną) oraz z nowymi-starymi multiplatformowymi RAIDami dla ubogich, jak Delphi+FireMonkey (to już bardziej).
Niebawem miłe, beznapinkowe wolne, coś koło 2 tygodni; bez zawracania sobie d... choinkami, obżarstwem i świętowaniem.
I to by było na tyle. Bez odbioru. No dobra, prawie bez odbioru.