Pomiędzy dłubaniem w domu i zagrodzie a poronionym uruchomieniem w pracy (nadal gorzelnia się ciągnie, już miesiąc w tym szambie; niby idzie do przodu i w miarę się dogadujemy z klientem, że aż flaszkę dostałem - ale szambo jest nadal szambem) - zastanawiam się nad różnościami. A szczególniej dumam sobie jeżdżąc przez uroczą Szkocję, no bo trasę Glasgow - Speyside, nie ważne czy "autostradą" na Inverness czy przez górki, po latach mam rozpoznaną na poziomie "autopilot".
Na tle luźnego namysłu nad globalizacją, wielkoskalową ekonomią i
schyłkiem Zachodu przyszła mi do głowy taka drobna myśl - po czym poznać, że nawet ta bogatsza Europa a może i USA jest już daleko za peletonem ekonomiczno-przemysłowym?
Po tym, że gdyby nawet się komuś chciało coś tutaj rewolucyjnie znacjonalizować to a) nie bardzo jest co b) nie warto c) nikomu się nie zechce.
Bo co można znacjonalizować w EU czy USA, żeby jeszcze miało to jakikolwiek sens i pożytek? Big Pharmę? banksterów? energetykę? jakieś niezbyt dawno absurdalnie sprywatyzowane usługi? jak transport? służba zdrowia? a może więzienia? ale to już fistaszki przecież.
"Jedno co warto, to upić się warto".
Ale w szerszym aspekcie - gdzieś tam w świecie, nadal warto. Co uzmysławiają świeżo kupione spodnie "Made in Cambodia".
(jeśli komentarze albo RSSy wysypią się - z góry przepraszam, były istotne zmiany bloga od zaplecza)