...ale nie będzie o Star Wars (nieudolna gra słów w tytule, bo tu dzisiaj ogólna szajba na stare i nowe Gwiezdne Wojny), tylko przypomniała mi się inna rzecz, to jest mniej więcej czwarta rocznica przybycia na stałe do Szkocji (stary opis "na świeżo" ale tl;dr
jest tutej).
Tyle, że nie ma o czym za bardzo gadać. Życie płynie normalnie i nudnie, w tempie 24/7. Adrenaliny i niespodzianek dostarczają wystarczająco, jak mawiał znajomy, "niespodziewane pisma z urzędu skarbowego", oraz pomysły dzieci czy polityków, czy problemy zdrowotne bliskich. Hobby nie bardzo się zmieniają, garażu nadal nie ma i prędko nie będzie (co nie przeszkadza mi walczyć ze szrotem, rzecz jasna; nie uwierzycie jaki człowiek się robi miękki w pierwszym świecie i ile siniaków można sobie narobić siłując się z samurajską techniką), ale i tak nie ma czasu czy chęci na większe zabawy garażowo-warsztatowe - wiem, bo zaanektowałem jeden pokój na warsztat, no i teraz wygląda jak po ataku jakichś terrorystów - stolorzy; ale niewiele się w nim dzieje.
Ta sama miejscówka, ten sam landlord - tylko sąsiedzi się wyprowadzają (choć ostatnio tak jakby są wyprowadzani, przez służby albo na pogrzeby) i wprowadzają; pogoda zrobiła się śliczna i letnio-wiosenna, dokładnie jak 4 lata temu kiedy tu przyjechałem; górki i jeziorka stoją pozornie niewzruszone.
Praca też bez większych zmian, "ten sam cyrk, te same małpy", ale z mojego punktu widzenia - po staremu i nie narzekam zbytnio.
Nadal jedyną wyraźną cezurą pozostaje kwestia brytyjskiego obywatelstwa.
Na deser, obrazek z mikrowycieczki z ostatniego weekendu,
Loch Katrine w części "mazurskiej":