Na blogu WO niedawno była
najsłuszniejsza notka i w miarę słuszna dyskusja, o tym jak bardzo
chumaniści z zacięciem do socjopolityki
nie rozumieją o czym mówią, na przykładzie, gdy do, załóżmy, słusznych w rdzeniu idei rewolucji środków pracy i produkcji, przypasowuje się niesłuszne przykłady, jak nieszczęsne drukarki 3D.
Mój skrócony komentarz, z pozycji przemysłowo - technologiczno - mcgyverowskich, to mniej więcej "przecież oni nawet nie wiedzą, w których miejscach bredzą". A z pozycji socjologiczno - medialnych "a czego się spodziewamy, żyjąc w symulakrze? a?".
A teraz będę rozwijał, więc będzie długo i chaotycznie.
Żeby taki Sowa czy inny dziennikarz, chuman czy lajkonik od "przecież coś wymyślą i ulepszą drukarki 3d / cokolwiek / zasadę zachowania energii" w ogóle skumał gdzie się myli, musiałby mieć opanowane nie tylko jakieś podstawy fizyki i chemii (uhaha) ale podstawy technologii i przemysłu (bwhehehe), najlepiej w ujęciu historycznym (HA!). Ja też nie jestem w tym jakimś wielkim fachowcem, ale spróbuję objaśnić i poukładać sobie i ew. czytelnikom małe conieco.
Pierwsze założenie, to upewnijmy się, że w ogóle rozmawiamy o produkcji przemysłowej - bo jeśli nie, to rozmawiamy o hobbystach czy podklasie bardzo drobnego rzemiosła, jakiejś niszy nisz. I pewnie, że w tej niszy jakaś nowa technologia może przynieść wstrząsy i niszowe mikrorewolucję, ale for krajst, dla tzw. społeczeństwa i jego normalnych potrzeb produkcji i konsumpcji, tudzież ich rewolucji czy ewolucji nawet, to zupełnie ale to zupełnie irrelewantne. I nie pojmuję, jak można nie pojmować, że jeśli JAKAKOLWIEK technologia X, jak te hipotetyczne drukarki 3D, jakimś cudem dałaby się postawić w kącie chałupy i obsłużyć przez laika, i zrobiłaby się rozpowszechniona (w sensie są tych urządzeń po chałupach dziesiątki tysięcy) - to znaczy, że po chwili stoi ona w równych rządkach na hektarowej hali fabrycznej, tyle że zasilanej energią tańszą niż w chałupie Sowy czy Sengupty czy Mbanefo, z hurtowymi cenami półproduktu, z synergicznym zarządzaniem, utrzymaniem ruchu i technologii, i, co za niespodzianka, w zupełnie nierewolucyjnym paradygmacie przemysłu; zmierzając w kierunku utrwalenia obecnego ustroju, i oby nie monopolu, i żaden Sowa czy Sengupta nie jest w stanie w takich okolicznościach konkurować z Tata czy Foxconnem.
Dla przypmnienia - każdy przemysł ma na celu generowanie maksymalnych zysków przez zaspokojenie i/lub wygenerowanie masowych potrzeb jak największej ilości ludzi. Zdaje się, że obecni
chumaniści przeważnie odczytują to: przemysł ma na celu generowanie maksymalnie FAJNYCH rozwiązań W CELU zaspokojenie i/lub wygenerowanie JAKICHŚ potrzeb JAKICHŚ ludzi. Moim zdaniem, od czasu rewolucji przemysłowej albo i deko wcześniej, niezmiennie po dziś dzień i na bliską przyszłość też, właściwe odczytanie to: przemysł ma na celu generowanie MAKSYMALNYCH zysków PRZEZ zaspokojenie i/lub wygenerowanie MASOWYCH potrzeb jak NAJWIĘKSZEJ ilości ludzi.
I już choćby dlatego w przemyśle produkujacym w miarę skomplikowane elementy z w miarę jednorodnych materiałów, o którym mówimy (a nie (semi)jednostkowej produkcji unikalnych tytanowych protez czy tytanowych węzłów obrotu płata myśliwca bombardującego), zawsze wygrywają metody szybsze, tańsze per sztuka (niekoniecznie per metoda czy stanowisko czy maszyna!); zawsze metody "jednorazowo-objętościowe" wypierają "przebiegowe-płaszczyznowe", które wypierają "przebiegowe-punktowe". I to nawet chyba niezależnie, czy mówimy o metodach ubytkowych czy addytywnych.
Moim zdaniem ładnym przykładem jest np. zwykła flaszka na płyn, no butelka jakaś takaś. Na samym początku można ją wydrążyć, nawet kamiennymi narzędziami, z tykwy czy pnia, albo zbić z deszczułek, zalać żywicą czy smołą, i już. Tyle, że to w cholerę dłubaniny w drewnie itp. więc drogo, i nietrwałe - stąd nagle przychodzi koleś Uuk i mówi "ej, ale z tej gliny co się wala w koło, można ulepić garnek więc flaszkę też, i nawet przypadkiem zaczęliśmy te garnki wypalać i są kul i mocne, no to ja ulepię taką flaszkę z błota i wypalę i będzie dwa razy szybciej i taniej i odporna na wodę i chemikalia i pomaluję ci w modne wzorki i (drobnym druczkiem) gwarancja nie obejmuje uszkodzeń i wyszczerbień, bo to trochę kruche". I zaczynają masowo lepić te garnki i flaszki, czyli stosują metodę addytywno-punktową, niczym dziecko w przedszkolu albo, co za niespodzianka, wypasiona drukarka 3D na glinkę. I ludzie dochodzą w tym po tysiącu albo i więcej lat, do pewnej wprawy, ale nagle przychodzi koleś Ank z Ur i mówi "pshaw, jesteście obsolete jak Lacan za 5000 lat, jak zakręcę moim kołem garncarskim, to zrobię wam rewolucję w środkach produkcji, o" i nagle metoda "przebiegowo-płaszczyznowa-addytywna" wypiera lepienie garnków i flaszek ręcznie, w całym Starym Świecie (ale w Nowym Świecie nie, bo nie mieli internetów i smartfonów, więc newsy o metodzie Anka z Ur nie miały jak dotrzeć, musiał Kolumb tam popłynąć). I przez jakieś 2000 lat niby wszyscy są zadowoleni, ale jednak każdy rozgląda się za czymś fajniejszym, trwalszym, łatwiejszym do utrzymania i ładniejszym na te flaszki itp. niż chamska ceramika, ale nic taniego i masowego nie podchodzi, jedyne co wydaje się naprawdę ok., to szkło. Ale panie, szkło jest drogie w cholerę, to jest luksus, to się nie opłaci - przez jakiś 1000 lat, prawda. Bo może i nie opłaci się odlewanie tego nieudolnie w tygielku a la jubilerski, ale kaman, mój drogi Lucjuszu, zróbmy z tego przemysł, tu są złoża dobrego piasku, wyłóż kasę na piec szklarski na 8 ton wsadu, w koło postawimy setkę zależnych od nas warsztacików-dmuchaczy, a oni zrobią fajne flaszki, i zalejemy produkcją prowincję a nawet Rzym, będzie się czym dzielić. I tak leci przez następny ponad tysięc lat, bo średniowiecze dodało trochę kolorów i drobiazgi technologii, ale w sednie już w roku 400ne. flaszka jest szklana, produkowana przemysłowo metodą "objętościowo-jednorazową", czyli piec wsadowy-hurtowy i dmuchanie szkła. A natura lucka i przemysłowców jest taka, że pewnie i w 300ne w Tier siedział se manager Lucjusz z technologiem Verusem, i jak już rozliczyli się, ile z recyklingu (tak, nie przejęzyczyłem się, powszechny recykling szkła był prawie 2000 lat temu) pójdzie do następnego wsadu i koszta opału, to zaczynali se gdybać "Na Sol Invictus, Verusie, musimy wymyśleć jakieś formy do tego szkła, to całe dmuchanie przez dmuchaczy nas dyma, strata kasy i czasu, musimy uciekać przed konkurencją do przodu, dziś mamy najtańszych niewolników i opał, ale kto wie co będzie jutro! no wymyśl coś, Verusie" - "Lucjuszu, dobrze wiesz, że nie potrafimy zrobić sensownej formy, żeby wyszedł towar ładny, gładki i nie popękało, piece ledwo wytrzymują gorąc szkła, po prostu nie mamy materiału na to, trzeba dmuchać" - "No to może chociaż piec przerobimy na ciągły a nie wsadowy, co? Ludzie za 2000 lat na pewno będą mieli piece dostarczające ciekłe szkło jak akwedukt wodę, mówię ci Verusie!" - "Lucjuszu, ja tu jestem od szkła a nie od science-fiction, a przypominam, że te słowa jeszcze nie istnieją, podobnie jak słowo "platyna", o metalach odpornych na ciekłe szkło i nie zanieczyszczających go, nie mowiąc" - "Ech, Verusie, nie ma w tobie ducha wynalazcy, lwom cię rzucić...".
I tak se gadano przez 1500 lat tu i tam, a potem nagle ktoś się zorientował, że najnowsza forma działa i prototypowe flaszki dmuchane w formie wychodzą w końcu ok. i proces nadal "objętościowo-jednorazowy" ale zylion razy szybszy niż dmuchanie bez formy. A w międzyczasie masowe potrzeby w zakresie szyb płaskich i ich przemysł udsokonaliły proces wytopu szkła i piece ciągłe stały się dostępne. Więc zostało to szybciutko skompletowane, przeskalowane, zsynergizowane i na koniec zautomatyzowane, stąd macie piwo w zgrabnej cienkościennej szklanej flaszce kosztującej grosze, gdy 1500 lat temu kosztowałaby tetradrachmy. A skądinąd obok macie konkurencję flaszki, też rozdmuchiwanej w formie, tyle, że z tworzywa PET.
Ale wracając do tematu - że niby nagle będą masowe potrzeby w zakresie flaszek, które uczynią sensownym MASOWY powrót do JAKIEJKOLWIEK metody addytywno-punktowej i że to rewolucja będzie? No chyba każdy rozumie, że obecnie raczej nie (sci-fi zajmę się za chwilę).
Przemysł tak nie działa, przemysł chce szybko i "na raz" dostać sztukę, a jeszcze najlepiej, jeśli ta "sztuka" zastąpi zespół 10 elementów, w poprzedniej generacji mozolnie wyprodukowany z kilku materiałów w kilku krokach. I nie ważne, że maszyna czy linia do takiej produkcji wymaga kolosalnych nakładów, a R&D materiałów i procesów pochłania M$ - i tak się opłaci, jeśli cały ryj a.k.a zderzak waszego samochodu wyskakuje z wtryskarki, wielkości wielkiej chałupy, co minutę, czy jego drzwi spod prasy podobnej wielkości, co 10 sekund, zamiast wylaminowania czy wyklepania tego elementu; i przecież to ciągle bardziej się opłaci od wyklepania/wylaminowania przez elastycznie programowanego i kulerskiego robota, czy elastycznie nauczonego i niekulerskiego robotnika na klepisku fabryki 3 świata. A nawet przy kosztownych drobiazgach, nadal lepiej zainwestować, nawet w bardzo fikuśne, odlewanie/wtrysk niż w metody "płaszczyznowe" czy "punktowe", o ubytkowych nie mówiąc - dlatego szkielet waszego telefonu jest odlany/z wtrysku a nie frezowany CNC czy napawany laserem czy wiązką elektronów itd itp, bo ktoś tłucze tych telefonów miliony, zaspokajając masowe potrzeby. I dlatego scalaki, procki, pamięci robi się metodami napylania i dalekimi kuzynami fotografii, na jak największych płytkach krzemu i hurtowo, czasem z kolosalnymi odrzutami z powodu wad - a nie napyla precyzyjnie i dokładnie jakimiś super-duper laserowymi wiązkowymi akceleratorami, w mikroskopie elektronowym, punkt po punkcie.
Bo przemysł nie bawi się w małoseryjną, wooolną, elastyczną manufakturkę a la Sowa.
I tak będzie do momentu aż NAPRAWDĘ zmieni się technologia PRZEMYSŁOWA. Czy może się zmienić, w zakresie jaki miałyby "pokryć" drukarki 3D w rozumieniu Sowy itp.? Oczywiście, że może. Moim zdaniem są oczywiste dwa kierunki i dwa obszary, nieco SF w temacie, ale możliwe w niedalekiej przyszłości (pod wstępnym warunkiem, że świat nam się nie rozsypie z braku energii czy technologicznej osobliwości itp.) - kierunki to niskoenergetyczność i nowe materiały, obszary to nano i pochodne biologii i chemii molekularnej. Zresztą, kto wie, czy to nie jeden wspólny obszar.
Kierunek "niskoenergetyczność" oznacza, że jeśli ktoś zrobi proces w którym butelka a la PET zostaje wyhodowana z roztworu itp., bez połowy petrochemii, linii wtrysku i linii rozdmuchiwania; albo flaszka szklana wykrystalizuje się automagicznie bez gigantycznego pieca do szkła i linii formierskiej, to może zaorać kawał przemysłu. Pod warunkiem, że wygra CAŁOŚCIOWĄ konkurencję w sekundach-metrach-kilogramach-megawatach i że jego produkt będzie porównywalny. I nie, raczej nie będą to drukarki 3D ani inne metody "punktowe" i nie będzie to zarzewie rewolucji.
Kierunek nowe materiały, jest oczywisty acz niedoceniany - w koło nas są materiały, tworzywa, stopy, farby, kleje, itd. które były czystym SF 70 lat temu, a 20 lat temu niewiarygodne przemysłowo, jak nie przymierzając nanotechnologia dzisiaj. Nie będę się rozpisywał, bo serio, to jasne, że R&D przynosi co i rusz ciekawe nowości. Ale czy przyniosą one rewolucję czy nowe stosunki pracy czy produkcji? A skąd.
Obszary, które moim zdaniem najszybciej i najskuteczniej mogą przesunąć przemysł w powyższych kierunkach, to nanotechnologie i pochodne biologii i chemii molekularnej - obie dziedziny są na fali i prą do przodu, ich koszta spadają, rowiązania dojrzewają, i w ogólnie zbiegają się w zagadnieniu manipulacji na poziomie molekuł i atomów. Znaczy, jesteśmy w tym nieźli już od ładnych paru dekad, PROJEKTUJEMY a nie ODKRYWAMY nową chemię czy struktury krystaliczne czy materiałowe w skali atomowej - ale idzie o to, żeby robić to PRZEMYSŁOWO, czyli, zgadliście, w procesach "objętościowo-jednorazowych" zamiast płaszczyznowych czy punktowych; ciągłych zamiast wsadowych, z odpowiednio niską energochłonnością i materiałochłonnością, i odpowiednio niskim stopniem "błędów" (w tych obszarach specyficznie rozumianych, ale o tym może kiedy indziej). Stąd punkt nie w tym, że ktoś tam pokazał tranzystor z bramką z 3 czy 5 atomow szerokości, ale w tym, że Intel podobno ma już w sejfie technologię następnej generacji z bramką szerokości 20 atomów. Że mamy już mnóstwo ciekawych związków, molekuł, bazy nowych materiałów, ale wygra ten, kto wymyśli, jak tanio i skutecznie np. rozdzielać prawo i lewoskrętne związki chemiczne, bo jedne są na wagę srebra co najmniej, a drugie nawet na mydło się nie nadają. Itd itp.
Ale czy to zmieni stosunki społeczne czy pracy czy produkcji? A jakimż to cudem, że niby zamiast drukarki 3D - reaktor-nanomat pod każdą strzechą? A jużci.
Zostaje jeszcze ostatnia kwestia - skoro to wszystko takie oczywiste, skąd
chumaniści tudzież portaloza tudzież laicy tak bardzo wierzą, jak nie w drukarkę 3D to w klonowanie i że to będzie PRZEMYSŁ? Dobrze ujął to w komciach u WO Tarhim - "w ludziach jest wielki głód replikatora ze Star Treka". Plus to co podnosił WO - nie rozumieją nawet zasady zachowania energii, o przemyśle nie mówiąc. Dokładnie tak. W prostych ludziach jest głód magicznego, darmowego, hm, wszystkiego. Żeby dżin spełniał życzenia, w ramach zastępstwa AD2015, może być i drukarka 3D. Tyle, że to tak nie działa.
A portaloza i "dziennikarze" mają głód klika, więc sprzedadzą jako newsa temat zupełnie dowolny, a co dopiero egzotyczne nowe technologie.
Natomiast to, że za hype i ściemą o nierealistycznych drukarkach czy technologiach idą realne pieniądze, to przyczynek do innej dyskusji, o symulakrze i symulakrum - ale może innym razem.