O drodze łączącej naszą wioskę z zachodnim Glasgow, czyli dom-praca-dom,
napisałem na samym początku szkockiej przygody: "idealna na OS (no trochę za wąska, ale krrręta, hopki też są, w ogóle maniacka, co udowadniały stada motocykli), jakbym miał tu camaro, to jak rany... zaraz bym się zabił. A że Szkoci jeżdżący po tym uczciwie szybko nie rozbijają się co chwila, to cuda, panie - jak będę miał jak, to filmik może zrobię."
Filmik nawet zmontowałem, ale mnie nie chce się tych 600+ MB wrzucać do sieci, a wam oglądać - musicie uwierzyć na powyższe słowo. Bo niewiele się zmieniło - niby przez półtora roku droga opatrzyła się, ale jednak nadal jest nieco wymagająca, urzekająca i przerażająca jednocześnie.
Co przypomniał mi, zalegający od ostatniego weekendu poniższy samochód grillowy:
A jak chciałem wyguglać szczegóły wypadku, to
wyguglałem w sumie coś innego - głównie info, jak bardzo niebezpieczna jest nasza dróżka. Co prawda, zdaje się, że statystykę obniżają stada motocykli (bo ta droga i dalej na północ do Duke's Pass i Trossachs, to mekka całego motocyklowego Glasgow); tudzież niebezpieczna droga w rozumieniu UK może być znacznie bezpieczniejsza niż drogi w PL - ale faktem jest, że nie zdziwiło mnie to wszystko zbytnio.
Jakoś mamy "szczęście" do wyjątkowych miejscówek...
(A tak naprawdę wyzwalaczem notki (i nieco w kontekście poprzedniej) było, że Grażyna z dreptania i biegania po Szkocji, właśnie przeszła do samodzielnego jeżdżenia
starą V6 RWD, po niewłaściwej stronie niewłaściwej drogi...)