Zdaje się że narastająca fala społeczno-politycznego przyzwolenia na lżejsze dragi właśnie przełamuje ostatnie bariery; zioło tu i ówdzie legalizują, celebryci przyznają się zupełnie otwarcie, wojna z narkotykami zrobiła się po 40 latach zupełnie passe. Oczywiście jeszcze grube parę lat poleci to rozpędem, ale jak boginii pozwoli, w końcu w pierwszym świecie temat wyląduje gdzieś pomiędzy modelem szwedzkim a holenderskim.
Tyle, że natura konserwatywno-moherowo-talibanowego (w sensie pewnego stanu umysłu, a nie - religii) odłamu społeczeństw, sprzężona z kompleksem polityczno-finansowym rozwniętego kapitalizmu, bardzo bardzo nie znosi próżni w temacie zakazywania i nakazywania różności. Stąd mam wrażenie, że raczej szybko znajdzie sobie nowe motywy do straszenia i prohibicji, w miejsce zioła i dragów. Co przy okazji wygeneruje, po raz kolejny, morze nieszczęścia, i tak pożądany cashflow w kręgach law enforcementu i różnych mafii/karteli.
Czasem mam wrażenie, że to już zachodzi. Kiedy PM Wielkiej Brytanii ogłasza wojnę z pornografią w necie. Albo kiedy, chcąc coś tam sprawdzić o neurologii
orgazmu na angielskiej wikipedii, dostaję od providera laurkę:
(Nieco mnie to wkurzyło, na tyle, że postawiłem se łantutri maciupeńkie proxy, żeby jednak zobaczyć, przed jakimiż to zberezieństwami Wikipedii usiłuje ochronić nieletnich dzielny Tmobile. Jedyne, czego się dowiedziałem, to że tl;dr i mam wrażenie, że żadne dziecko tego nie jest w stanie przeczytać. Ale zapewne nie znam się tak na ochronie niewinnych dziatek przed zboczeniami netu jak Big Friendly Corpo, premier Cameron i współczesne ekwiwalenty
WCTU)
Ogólnie, coś jakby logiczny (w specyficznej logice aparatów przemocy)
ciąg dalszy i następne kroki.
Obym się mylił.