Kiedy wyjątkowo się nudzę, łażę w streetview gdzie? różnie; przeważnie gdzie popadnie. Ale czasem sentymentalnie, po miejscach, w których bywałem, a do których ponowne dostanie się jest trudne i/lub kosztowne.
Dzisiaj zakręciłem się po Kotesashi (Tokorozawa, Saitama, Japan) i przebiłem się z hukiem o jeden a może i dwa levele poniżej normalności. Jeśli w ogóle jeszcze istnieje normalność i rzeczywistość, a nie tylko postmodernistyczne wirtualne symulakry.
Otóż kiedy wirtualnie wlazłem na parking przed stacją Seibu, nie poznałem miejscówki. Rozejrzałem się, cojestcholera, zaraz, zaraz, stacja jest jak była, niektóre kawałki też, ale połowa budynków i okolicy jest z jakiejś innej bajki. Ruszam fte i fefte, no gugiel pokazuje spójnie, tylko, że jakieś inne miasto miejscami.
Zrobiło mi się jakoś dziwnie, nie jak we śnie, nie jak na jawie, nie jak w dejavu i nie jak w zgubieniu się w prawdziwym mieście, tylko nagle znalazłem się gdzieś bardzo pomiędzy powyższymi.
Dopiero po dłuższej chwili zauważyłem, że streetview pokazuje co innego niż maps (lotnicze) - niecodzienna niespójność, ale to mnie otrzeźwiło. Gdyż lotnicze (maps) pokazuje jeszcze mniej więcej to, co pamiętam, ale streetview już nowe sklepy i apartamentowce.
To spostrzeżenie nie tylko przywróciło mnie z pomroczności jasnej, ale też bardzo dobitnie kopnęło mnie w półdupki mózgowe trywialną konstatacją, która mi jakoś umknęła - byłem tam 10 lat temu.
Zaprawdę, zawsze twierdziłem, że mam gigantyczne zadatki na solipsystę.
Potem połaziłem po Kotesashi i Tokorozawa już bez zdziwień - po zmianie w scenach mojego widzenia nie szukałem już spalonego domu (choć - na streetview działka nadal pusta, z dawno wyblakłym ogłoszeniem nieruchomości...) i nie dziwiły mnie spore drzewa, których kiedyś nie było.
Jednak - nie umiem podliczyć plusów dodatnich i plusów ujemnych takich wycieczek i całej tej technologii.