Jakoś tak wychodzi, od lat, że na urlopach jestem zarobiony bardziej niż w pracy. Ba, nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałem naprawdę "wolne" (pewnie to było coś w stylu "urlop w domu, skrzyżowany z brakiem pieniędzy i deszczem przez tydzień"). Bo nawet jeśli gdzieś wyjeżdżaliśmy to trzeba było organizować czy kierować. Bo nawet jeśli akurat nie załatwiłem się pracą fizyczną w domu i zagrodzie, to zdemolowałem się pracą umysłową czy organizacyjną.
Żart, że po powrocie z urlopu przysługują mi dwa dni luzu w pracy za każdy rozpoczęty tydzień urlopu, był śmieszny kiedyś, ale po dekadach już tak nie bawi.
Inna sprawa, że przeważnie mam lekką pracę i tylko nieco cięższą na urlopach; zresztą, wymyślam sobie zajęcia na własne życzenie. Stąd nie tyle narzekam, co dziwuję się.