Jak dało się zauważyć, ostatnio pisać mi się jakoś nie chce, nudzę, marudzę, zalegam, odliczam dni do urlopu. Co nie znaczy, że nic się nie dzieje - na przykład przytrafiła się
nowa płyta Dido.
Ludzie, jaka ona jest dobra! I ona też!
Miejscami słychać wsparcie
Faithless (po bratersku Rollo i ska) tudzież dobrych aranżerów, i bardzo dobrze, ale głównie słychać chillująco-niespodziewanie-melodyjnie-taneczną Dido.
A za "End of Night" ma plus jak stąd na Mazowsze.
Tekst, elektronika, przeszkadzajki, śpiew, chórek, wszystko na swoim miejscu i miejsce na wszystko. I parę innych kawałków podobnie wymiata.
Więc chyba welcome to past perfect, bo mogę tego słuchać tak jak 10 lat temu "No Angel", na okrągło, a "End of Night" naprawdę na okrągło, po 5-10 razy, tak jak kiedyś zaprawdę bonusowej
"Take My hand".