Się robi, od niedzieli w nocy.
Projekt nie jest w jakimkolwiek sensie zakończony, ale powiedzmy, złom działa. Kosztowało mnie to trochę zdrowia, jak zwykle, z braku czasu, specyfikacji, dokumentacji, informacji tudzież kolosalnych błędów i wypaczeń zarządzania, plus me oczywiste nieogarnięcie w temacie i w narzędziach.
Wróciłem w nocy, nie mam sił i czasu na opisanie świata, ale kiedyś będzie z tego książka, bo Prawiekatastrofa Glen Spey plasuje się wysoko, gdzieś w pierwszej trójce moich Najbardziej Spierdzielonych Projektów Ever.
Morały które wypływają z tego projektu, są takie jak zwykle - chciwość jest siłą napędową świata (nie wiem czy od zawsze, ale obecnego - na pewno); zarządzanie to trudna sztuka; automatyk jest zawsze winien najbardziej, bo jest ostatni na obiekcie.
Jedyne co nowego do mnie-głuptasa w końcu dotarło, to że automatyk-majsterkowicz jest winien bardziej - bo skoro wszystko potrafi naprawić czy poprawić po innych, no to oczywiste, że on jest wszystkiemu winien, a nie jacyś mityczni inni.
Były ze dwa momenty podłamania, i ze trzy-cztery momenty, kiedy moim największym problemem było, jak nie wybuchnąć histeryczno-maniakalnym, albo i szczerym śmiechem, w twarz zafrasowanym czy spanikowanym czy aroganckim czy nieogarniętym, eee, powiedzmy, że ludziom.
Było też parę momentów paniki, szczególnie managerów; parę efektownych błędów moich i operatorów. No ale było-minęło.
Chyba, że jutro nie będą mogli zacieru wypompować ;)