W moim życiu majsterkowicza, także zawodowego majsterkowicza, momenty największej satysfakcji nie są takie całkiem oczywiste - jasne, że dłubanie w deseczkach czy bajtach czy oporniczkach niesie spore satysfakcje samo w sobie. Jeszcze bardziej, kiedy są efekty. Jeszcze bardziej, kiedy efekty są efektowne. Zupełnie fajnie, kiedy efektowne efekty są zgodne z planem.
Ale chyba najbardziej satysfakcjonujące, to kiedy efektowne zaplanowane efekty niespodziewanie zaskakują mnie samego. Co z definicji jest raczej trudne (bo skoro zaplanowane, efekty i wykonane przeze mnie, to przecież nijak nie powinny zaskoczyć), ale czasem się zdarza, i to na trzeźwo, bez pomroczności jasnej (bo zapomniał co wydłubał i go zaskoczyło). W fizycznym motaniu w szrotach, domach, itp. zdarza się to nieczęsto i raczej jako przekroczenie planu i efekty specjalne, jakieś dodatkowe cechy czy niezamierzone features. W dłubaniu w elektronice i programach jakby częściej i w postaci "czystej", tzn. także bez przekroczenia planu, zamiaru i efekt(y/o)wności - po prostu nagle coś działa zupełnie i doskonale, tak jak powinno.
Jak dzisiaj - debaguję sążniste programy, w symulatorze, bo hardware zabrany i już montują u klienta; symuluję zylionem okienek i forsownych monitoringów, na trzech maszynach wirtualnych, napełnianie zbiornika, z wszystkimi blokadami, wypasionymi nadzorami zaworów, pomp itp. I jest takie miejsce, że proces dociera do napełniania w sensie najoczywistszym, czyli stan pacjenta stabilny, pompa (symulowana) pompuje, przepływomierz (symulowany) odlicza, i czekamy aż się napełni. Ale się znudziłem zaraz, i przecież nie będę siedział pół godziny i się patrzył w 10 okienek, więc zachciało mi się pogonić symulację - ale żeby nie zmieniać pierdyliarda nastaw i nie rozsypać procesu, wymyśliło mi się, że "oszukam" tylko przepływomierz, coś jakby w realu pompa była 10x wydajniejsza.
Wbijam 'z palca' przepływ pi razy oko razy 10 - na co symulacja, zamiast przyspieszyć licznik tylko, jęknęła, zamrugała we wszystkich oknach na wszystkich ekranach, po czym efektownie stanęła dęba, proces poszedł w jakieś maliny a nawet w stand-by.
W pierwszej chwili mnie przylutowało do fotela, bo się w życiu takiego buga nie spodziewałem i nie w smak mi takie niespodzianki na tydzień przed uruchomieniem u klienta.
W drugiej chwili wzeszło mi małe słoneczko, gdyż okazało się, że to nie bug, to feature, tylko zapomniałem o nim. To zapomniany kawałek programu sprzed tygodnia, odpowiadający za obliczenia i monitoring przepływomierza, uznał, że sytuacja, k..., się w pale nie mieści i co te wejścia (podkręcone przeze mnie 'ręcznie') pokazują i do dupy z takim przepływomierzem - tu nie ma co się zastanawiać, tylko trzeba robić shut-down napełniania, z miękim lądowaniem i wystawieniem alarmów i logów. I wziął się i to wszystko prawidłowo zrobił (a testowany wcale nie był w tym aspekcie, bo tydzień temu nie bardzo było na czym).
Zaskakujące. Satysfakcjonujące. Oby tak dalej.