Wyprawę na północ przygotowałem latem.
Co oczywiste w sumie. Co nieoczywiste, to, że było parę tras do wyboru, jechałem sam, własnym wózkiem, w niedzielę, nigdzie się specjalnie nie spiesząc (z dokładnością, żeby się nie tłuc w hotelu po nocy).
Dlatego już od paru dni zamawiałem pogodę, bo żeby skusić się na przelot vanem przez Highlands, zamiast krajówką normalną, to jednak pewne warunki brzegowe musiały być spełnione - na początek przydałby się brak deszczu (w tygodniu lało uczciwie...). Tudzież przekonanie, że samochód wytrzyma (ostatnio łatałem mu trochę układ chłodzenia, to inna, bardzo zabawna historia, tylko, że nie), no i żeby ogólne samopoczucie wskazywało na.
Waruny spełniono, więc jak już się spakowałem, pojechałem, wróciłem po to co zapomniałem, pojechałem znowu, objechałem łukiem przez pola i zadupia Stirling, doleciałem do Perth, gdzie zatankowałem, pogmerałem w oświetleniu vana-prickstera (zrobił mnie n-ty raz w bambuko, oczywiście) - dokonałem wyboru: Old Military Road (+7 do szacunu za nazwę samą, no dobra, tak naprawdę, miejscami nowe szosy równoległe do).
Czyli na Blairgowrie i Braemar. Żeby było ciekawiej, wbiłem navi trasę typu "krótka", oblizałem się lubieżnie, i poszedłem ogniem.
(Tu możecie zacząć grę pt. "z zazdrości upijamy się z autorem" - jak ja się będę nadmiernie rozpływał, to wy 50g czegoś z procentem, najlepiej single malta. A nawet jak będzie to mleko 2% to i tak upijecie się przed końcem notki. A na zagrychę poleca się google streetview wzdłuż mapki i notki).
Wyjazd na górki za Perth, no całkiem przyjemnie, Beskid Szkocko-Niski, coś jak nasze Campsie Fells pod Glasgow, tylko kopki nieco większe, trasa malowicza, wzdłuż rzeki Tay. Nagle zza kolejnej kopki wynurzyła się ee, fest kopiasta kopka, droga zaczęła się naprawę wić i zrobiło się zajebiście (toast!).
Potem droga zaczęła wić się bardziej naprawdę i zrobiły się wjazdy i zjazdy jak w najlepszych kawałkach Beskidów itp. I powstała myśl, czemu Clarkson i ska szukają fajnych dróg po świecie a nawet Europie, jak mają na miejscu takie fajne. A druga myśl, czemu ja tu vanem FWD a nie małym kupetem/kabrio RWD popylam.
A potem okazało się, że do Blairgowrie to była rozgrzewka, bo zajebiste Grampiany (do dna!) zaczynają się kawałek dalej - kończą się wioski i ludzkie sadyby, przynajmniej w stanie zamieszkałym a nie ruiny, i zaczyna się poważna trasa (wiecie, te znaki "uwaga motocykliści") między całkiem poważnymi górkami - dowodem leżący w paru miejscach pod szczytami śnieg (no dobra, spłachetki, ale... a przecież tu lipiec ciepły jest...). Szosa porządna, idzie dolinami-zboczami, wije się umiarkowanie wzdłuż Cluni Water, czyli takiego Dunajca, i jest zajebiście (toast), bo mam widoki jakie widuję w co lepszych filmach i grach, muza leci mi zacna i wylosowało zajebiste kawałki na ten kawałek (siup w dziub!) a przy tym droga względnie łatwa i są miejsca żeby stanąć - co też zrobiłem (i zrobiłem zdjęcia, ale wrzucę kiedy indziej, na razie kradnę z gugla).
A potem znaki zmieniły się z "uwaga motocykliści" na zakazy zatrzymywania się przez 4 mile i nachylenie 12%, co za niespodzianka, przez te same mile - ale moje bydlę na kołach łyknęło górki spoko, tudzież przeleciałem nisko przez jakiś kurort narciarski w stanie letnim. Oczywiście, zajebiście było (pijemy) i najgorsze za nami, tylko, że nie.
Potem doleciałem nieco z górki do Braemar, które jest zajebistą wioską (toast), a zameczek ma taki, że o ja pierdzielę (TOAST!). Za Braemar pokazał się drogowskaz "Aberdeen", na co zmarszczyła mi się brew, ale zanim na dobre mi się zmarszczyła, navi usłużnie kazała spadać "lewo-góra", co też niezwłocznie uczyniłem, tylko zaraz żałowałem, gdyż droga okazała się jednopasmowa dosłownie, z mijankami... Ale zajebista (za mamusię).
Potem z cywilizowanej wąskiej z mijankami, zrobiła się zajebiście niecywilizowana, a po lewej pokazały się Cairngorms, czyli masyw centralny, czyli zajebiste góry (lejemy) i praktycznie zero ludzi i siedzib (BTW nie dziwne - tu bywa -20 regularnie i wiaterki 100km/h... a rekordy to -27 i prawie 280km/h...). Ale zrobiło się nieco niebezpiecznie na drodze, jakby szczególniej dla volksdojczów, tfu, volkswagenów (jednemu mało nie strzeliłem czołowo zza górki a inny zalegał malowniczo zawieszony nad jarem, z ryjem w rowie, a tyłem 1m w górze, i zafrasowanym kierownikiem kręcącym się obok). No ale to wszystko zostawało w tyle, tylko góry i górki, i doliny, i droga, i stężenie zajebistości takie, że mi przepaliło neurony (można z gwinta).
Potem w okolicy Tomintoul-Glenlivet zrobiło się z górki, droga normalniejsza, i ot, takie sobie Beskidy znowu, gdy nagle! jakiemuś niedowarzonemu Szkotowi wydało się genialnym pomysłem prowadzenie drogi wprost na szczyty zamiast dolinami-zboczami (tak naprawdę, to chyba tam są rozpadliny i jary a nie uczciwe doliny). I zrobiło się zajebiście, tylko, że niekoniecznie, i jak kiedyś zobaczycie znak nachylenia 20% i "Low Gear", w perspektywie dosko widocznych kilometrowych podjazdów, to wróćcie się do domu po diesla w ręcznej skrzyni. Którego zaraz zapragnąłem w miejsce 3.8 w automacie, ale jednak ten van jest zajebisty (zdrowie vana) i dał radę, nawet się nie zagotował, a skądinąd trochę towaru, znacznie nowszego, po zatoczkach stygło...
Potem było już spoko i luzik przez zwykłe górki, do Keith i hotelu. Który
starawy i stylowy, ale całkiem zajebisty (zdrowie!). I z którego do was kieruję te słowa.
Jutro do roboty, paręnaście km w bok.
Powrót (okolice weekendu) przewidywany jednak krajówką, może z odchyleniem na zachód wzdłuż rzeki Tay i Loch Tay.
A czego po tej wycieczce nieco żałuję, to że nie wybyłem do Szkocji parę lat wcześniej. Drugi żal, że sam, bez rodziny się rozbijam, jest mniejszy, gdyż zaprawdę, powiadam wam, jeszcze nie raz tu razem pojeździmy...
Dodane zdjęcia hi-res: