Niezwykłe w moich notkach o muzie, bo jeszcze ciepłe, lejdis end żentelmen, jeszcze ciepłe - nowa płyta Tricky'ego.
Zaledwie parę miechów temu rozpływałem się nad świrem z Wysp, a tu proszę, co za zbieg okoliczności, Tricky właśnie przyszedł, wydał i pozamiatał.
Wszyscy porównują "False Idols" do "Maxinquaye" z 1995 (sam Tricky mówi, że najnowsza to lepsza "Maxinquaye") i słusznie - to jest tamten duch i styl, może tylko bardziej kameralny, mądrzejszy, lepszy technicznie i bez nerwów.
Nie wiem jak on sklonował Martinę, ale Franceska nie tylko podobnie śpiewa, ale wręcz robi na "False Idols" te same zagrywki i maniery, co poprzedniczka. Z czego wynikałoby, że to są zagrywki dosko aranżera, czyli znowu - Tricky'ego, a nie wokalistek...
I do tego teksty, te teksty.
Od paru dni słucham na okrągło, i nadał wymiata. Jeśli o mnie chodzi, Tricky mógłby takie "proste", nieprzebojowe, kameralne albumy wydawać co miesiąc, a mnie i tak byłoby mało...