Napisałem pod koniec stycznia
"Zima wasza. Migracje najlepsze są wiosną", i chyba miałem całkowitą rację.
Poszukiwania zajęły około dwu miesięcy (hm, mniej więcej wielki post, akurat do Wielkanocy? jest w tym pewnie jakaś symbolika, ale nie mam pojęcia jaka), ustalenie szczegółów, z przyszłym i obecnym pracodawcą, coś jakby tydzień.
Zdaje się, mamy właśnie początek prawdziwej wiosny, bo dziś była u nas pierwsza noc bez przymrozku. A ja mam kontrakt w Szkocji od maja; panikę w obecnej-wkrótce-byłej pracy (z oficjalnym aneksem do porozumienia stron na jakieś 15 solidnych punktów); własne zadania logistyczne na jakieś 150 punktów (notes nawet już mam, pierwszy raz od tysiąclecia, no ale na razie pusty); trzy tygodnie na ogarnięcie tego, co da się ogarnąć.
Hm, eee, luzik.
A jakie fajne jest camaro na wiosnę. Trochę szkoda, że trza się go pozbyć, jak wielu innych rzeczy, okoliczności, znajomości.